Freshers Week trwa, to już 6 dzień i niektórzy robią sobie dzień wolnego od imprezowania, bo…nie dają rady. Ktoś słusznie zauważył, że przydałby się potem tydzień na odsapnięcie od intensywnego bawienia się i zapoznawania. Ale nie, nie ma taryfy ulgowej – przeciwnie, zaczyna się wybór! Dziś wieczorem „pub crawl”, czyli wizyty kolejno w różnych miejscach, w których można się napić i porozmawiać (znowu to, co Anglicy lubią najbardziej…). Do dyspozycji mamy jednak 3 warianty:
a) „Pub golf” – bardziej niż cokolwiek innego przypomina to dzikie wyzwanie, a atmosfera współzawodnictwa jest wręcz namacalna. Idea golfu pubowego jest podobna do samego sportu (stąd też, rzecz jasna, nazwa) – tak jak w golfie każde pole ma ustaloną ilość uderzeń, po których piłka musi trafić do dołka, tak każdy pub ma przypisaną ilość łyków, w których trzeba wypić duże piwo (pint). Oczywiście są punkty karne za przekroczenie tej liczby i premie, jeśli zmieścimy się poniżej. Dla przykładu: w piątym pubie (spośród łącznie dziewięciu – przyp. autora) liczba wynosi dwa, więc mamy pół litra piwa do wypicia na dwa razy. Jeśli uda się nam wypić duszkiem, dostajemy premię, jeżeli potrzeba nam będzie więcej niż dwóch łyków, naliczają się punkty karne. Witek, Czech z korytarza, pokazywał mi potem swoją tabelę punktową, chwaląc się, że dobrze mu szło – w każdej rubryce miał coś nabazgrane. Najbardziej zaangażowani ubierają się nawet w strój golfowy – kraciastą marynarkę i beret. Widziałem takich kilku, kiedy wychodzili na miasto…
b) Cocktail crawl – cocktail to po angielsku drink (zaś koktajl to smoothie), więc była to opcja dla tych, którzy uważają się za lepszych i nie chcą, tak jak hołota powyżej, żłopać piwska (albo po prostu chcieliby zobaczyć bary spokojniejsze niż hałaśliwe wnętrze brytyjskich pubów).
c) College pub crawl – prawie każdy college ma swój własny bar, przeznaczony głównie dla swoich studentów. Ale idea wzajemnego poznawania się jest w Oxfordzie niezwykle silna i przezwycięża nawet międzycollege’ową (i czysto teoretyczną) nienawiść. Dlatego wyruszyliśmy na obchód do St. John’s, Merton i Magdalen (uwaga: czyt. [modlyn] ), żeby poznać naszych braci (w jednym z mniejszych college’ów, gdzie wszystkich studentów mieszka niecała setka, jest tradycja, żeby mówić o sobie wzajemnie „brat” i „siostra”, a sam college przydziela „rodziców”-opiekunów) żaków. St. John na St. Giles ma piękne stare mury i ładną kaplicę, ale bar niestety rozczarowuje – bardzo zwykły jak na takie miejsce. Merton mógł pochwalić się barem dużo lepszym i niezwykle klimatycznym MCR (czyli świetlicą) – staliśmy, rozmawiając, ściśnięci w wysokim starym pomieszczeniu i stropie wspierającym się na surowych drewnianych belkach. Wreszcie Magdalen – miejsce jak ze snu! Trudno uwierzyć, że żelazna brama, którą przekraczaliśmy, wchodząc na teren college’u to nie wrota czasu, które przeniosły nas do średniowiecza! Idziemy kilka minut, pokonując krużganki wzniesione z kamiennych płyt, przechodzimy przez brukowane place i przejścia o krzyżowych sklepieniach, mijamy zadziwieni wielkie skwery idealnie przyciętej trawy, otoczone z czterech stron murami akademików. Mógłbyś pomyśleć, że to ogromny klasztor i niebawem zobaczysz sunące słabo oświetlonym korytarzem postacie zakonników. Albo rozległe zabudowania zamku, przejścia przyozdobione herbem władcy – czyli college’u Magdalen. Za murami rozciąga się nie ogródek, ale park, w którym na wolności żyją jelenie…
Wybrałem opcję c), jako najbardziej krajoznawczą.
Przez północą pożegnałem jednak kolegów i pognałem do kościoła filipinów. O 23.45 rozpoczynała się tam uroczysta kompleta (ang. „compline”, czyt: [komplyn], a nie [komplajn] bo Cię nie zrozumieją) odprawiana przez dominikanów. Powód? Na 24 godziny zawitały do Oxfordu relikwie św. Teresy z Lisieux. Zanim wszedłem, musiałem ustawić się w kolejce (kolejne ulubione zajęcie Anglików). Czekałem prawie kwadrans żeby w ogóle wejść do świątyni, po czym okazało się, że kolejka wiedzie tylko do relikwiarza, a wokół jest pełno miejsca (jeśli za porównanie wziąć dominikańskie roraty, Triduum albo Pasterkę)…atmosfera pełna była adoracji i modlitewnego napięcia, lecz jednocześnie przesycona spokojem (a może już sennością?). Na posadzce leżało mnóstwo różanych płatków, które wypełniały powietrze podczas procesji wejścia. Dlaczego róże? Mówi się o św. Teresie, że bardzo lubiła te kwiaty, a także, że krótko przed śmiercią powiedziała: „Ja ześlę róże z Raju” jako obietnicę swojego wstawiennictwa za tymi na ziemi.
Co jakiś czas któryś z zakonników inicjował modlitwę, ale przez większość czasu modliliśmy się w ciszy. Wydawało mi się, że słabo się na to przygotowałem, bo raz po raz ogarniała mnie senność. Ale na koniec pozostało we mnie jedno jasne przeświadczenie, które Dawid tak opisuje w psalmie:
„Wiedzcie, że Pan jest Bogiem,
On sam nas stworzył,
jesteśmy Jego własnością,
Jego ludem, owcami Jego pastwiska.”
I pięknie.
ReplyDeleteAha, jeszcze:
ReplyDelete"przydałby się potem tydzień na odsapnięcie od intensywnego bawienia się i zapoznawania".
To już by była przesada. ;-)
jak zbierałes te ulotki i wizytówki, to pomyślałem: ci za dużo, to nie zdrowo, a potem: ale przecież: od przybytku głowa nie boli.
ReplyDeleteWięc wybór będzie trudny. Ale na pewno masz w czym wybierać. Ciekawe,też naprawdę ile zadają do domu ? - pewnie coming soon.