120 sekund – tyle trwa przejście z mojego pokoju na salę wykładową.
Sam budynek wydziału to duży, dwupiętrowy prostopadłościan, zbudowany na przemian z szarych płyt betonowych i wielkich przyciemnianych okien. Na Sali wykładowej siedzą już studenci – grupa, która już na pierwszy rzut oka zaskakuje. Po pierwsze dlatego, że nie widać prawie Brytyjskich twarzy, a w powietrzu słychać wszystkie akcenty angielskiego prócz królewskiego. Jak się później okaże, na kilkudziesięcioosobowa grupę Brytyjczyków jest zaledwie kilku. Drugie zaskoczenie to pochodzenie – 90% studentów przyjechało z Europy (kontynent) albo z USA. Myślę sobie, że to dobrze, bo w Brytyjskim towarzystwie nigdy się dobrze nie odnajdywałem.
Wykład prowadził profesor, Anglik. Trzeba przyznać, że jest coś ujmującego w angielskim stylu, który potrafi poważne rzeczy (a do takich przecież matematyka należy) traktować lekko, który potrafi skromnie żartować z siebie („powiedzcie mi, bo nigdy nie pamiętam, przez D oznaczamy dziedzinę czy zbiór wartości funkcji?”), a zarazem przemawiać z prostotą, która dobrze trafia do słuchaczy. Taki charakter miał właśnie nasz wykład.
Na popołudniowych ćwiczeniach zajmował się nami doktorant i – jak to już nie raz bywało – po kilku pytaniach zaczął się uśmiechać z zakłopotaniem, kiedy nie potrafił odpowiedzieć na zadane pytania, zasłaniając się tylko tradycyjnym: „na pewno nie będzie wam to potrzebne”.
Wieczorem ktoś rzucił hasło i do pubu w centrum (8 minut) zeszło się ok. 20 osób z naszego roku. W powodzi imion, których większość już zapomniałem, pozostały mi w pamięci dwie sylwetki. Zsolt to Węgier, którego pobieżnie poznałem na Royal Holloway, kiedy bawiłem się jeszcze w Investment Society. Druga osoba to Maciek. Kiedy wspominam jego imię, w głowie pojawia mi się wielki znak zapytania z podpisem „upper class”. Chociaż przedstawił się polskim imieniem, to wszystko potem zdawało się przeczyć jego narodowości. Nawet sam David, Anglik, powiedział: „Maciek, You’ve Got TREMENDOUS upper class accent”. Nigdy nie słyszałem Polaka, który mówił by po angielsku z tak doskonałą melodią języka, do tego należącą faktycznie do „wyższych sfer”. Ale język to nie wszystko. Maciek swoim ubiorem, sposobem mówienia, a nawet żartami uosabiał to, co zwykło się nazywać „British”. Krótko mówiąc, był bardziej angielski od Anglików. Jak to możliwe? Nie wiem, bo zapytany przeze mnie, Maciek zręcznie uchylił się od odpowiedzi…
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment