Saturday, October 17, 2009

Oxford na poważnie




Dzisiejszy dzień był jak film, którego fabuła opleciona była wokół centrum, serca naszego college’u – akcja rozwijała się powoli, żeby pod koniec porazić burzą wrażeń. Kilka scen z tego dnia:








Scena pierwsza: 15.55, wchodzę na przedni dziedziniec college’u. Rozglądam się dookoła, z czterech stron wnoszą się stare jak sam Oxford mury Balliol college. Wchodzę do klatki V, której numer jest wyryty w piaskowcowym kamieniu nad drzwiami. Schody prowadzą mnie w górę, co raz przez stare szyby w metalowych oprawach widzę to główną ulicę, to znów dziedziniec. Trzecie piętro okazuje się ostatnim, ale z boku jest korytarzyk, który prowadzi mnie bo schodów centralnej wieży – kamienne spiralne schody zakręcają stromo pod górę, wąskim przejściem prowadząc mnie do siedziby mojego opiekuna. Kamienie, o które się wspieram musiały widzieć i byłych angielskich premierów, i Adama Smitha, i innych prominentnych członków Balliol. Wchodzę do pokoju opiekuna i przez moment myślę, że jesteśmy w bibliotece – oprócz ściany z oknem pozostałe trzy są szczelnie zabudowane regałami, te zaś uginają się pod ciężarem książek – od podłogi po sam sufit. Siadam na wygodnej kanapie, naprzeciwko mnie James Forder rozparty na krześle, z nogą założoną na nogę, i zaczynamy rozmowę.







Scena druga: Długi orszak postaci ubranych na czarno wchodzi do wielkiej ciemnej sali. Przecinają ją jaśniejące linie: to lampki, które układają się w równoległe rzędy na trzech podłużnych stołach. Nieco powyżej, na podniesieniu, stoi „high table”, a więc miejsce zarezerwowane dla najważniejszych gości – zarządu college’u i jego profesorów. Wszyscy ustawiamy się przy swoich miejscach i nagle, na komendę, zapada milczenie. Przez kilka sekund, jedną chwilę zaledwie, przenosimy się w czasie, cofamy o 50, 100, 200 lat, cofamy się o pół tysiąclecia, wracamy do końca lat osiemdziesiątych XIII wieku, salę wypełnia pamięć o tych wszystkich, którzy jak my teraz stali w milczeniu i słuchali. Ale czegóż to słuchaliśmy? Otóż na tych kilka sekund ciszę sali przerwała płynna łacina, więcej, modlitwa-błogosławieństwo.





Benedic, Domine, dona tua quae de largitate sumus sumpturi.





„Pobłogosław, o Panie, nas i Twoje dary”. Wyobraźmy to sobie: dwieście osób z każdego zakątka globu, z różnych krajów, kultur, religii, spotyka się na studiach w Oxfordzie, gdzie tryumfy święci wolna myśl i pluralizm, gdzie Richard Dawkins publikuje „Boga urojonego”, by wkrótce potem zostać skrytykowanym przez innego profesora z tegoż samego Oxfordu, a wszystko to dzieje się w Anglii, kraju o całkowitej niemal tolerancji religijnej, w którym od dawna przenikają się najrozmaitsze duchowe nurty, a samo chrześcijaństwo jest tylko jedną z „opcji”. W takim właśnie miejscu przed posiłkiem najbardziej honorowy gość wieczoru odmawia modlitwę, prosi Boga o błogosławieństwo! 















Podano przystawkę, rybę, do niej białe wino. Towarzyszący mi ekonomiści (bo usadzono nas w grupach zgodnie z kierunkiem studiów) zaczęli rozmawiać o tym, czy Barack Obama zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Ze ścian spoglądali na nas dawni uczniowie, jak gdyby chcieli zadać pytanie: „A kim ty zostaniesz? Co zrobisz dla świata? Czy przyniesiesz naszemu college’owi sławę, tak jak i my to zrobiliśmy?”. Za wielkimi oknami, które przypominały wielkie witraże gotyckiej katedry, zapadła już noc. W pewnej chwili na sali zapadła cisza, a wszystkie oczy zwróciły się w stronę „high table”. Dyrektor rozpoczął mówić, a mówił tak, że z minuty na minutę wszystko wokół wypełniało się magią jego słów, tradycją i historią, które przywoływał z przeszłości.





„Balliol College otrzymał swoje statuty w 1282, prawie 20 lat po tym, jak zamieszkali w tym miejscu pierwsi studenci. Przez wieki rozwijał się i pielęgnował tradycje, które trwają do dziś. W szeregach studentów znajdowali się tacy ludzie, jak np. John Wycliff, pierwszy tłumacz Biblii na język angielski i jeden z pierwszych inicjatorów reformacji, Adam Smith, ojciec ekonomii wolnorynkowej, 3 Brytyjskich premierów i wielu innych zasłużonych ludzi, których widzicie na obrazach wiszących dookoła. Niektórych z was może dziwić system kolegialny, który jest niezależny od uniwersytetu, ale warto podkreślić, że taka struktura zapewnia zdrową konkurencję, a poza tym daje niezwykłą szansę na poznanie ludzi spoza swoich dyscyplin naukowych. Co więcej, taki układ zapewnia decentralizację władzy, która od samego początku była ważnym elementem Uniwersytetu Oxfordzkiego. Kiedy w 1167 Henryk VIII zabronił angielskim studentom pobierać nauki w Paryżu, przybyli oni tutaj, żeby stworzyć odrębny, niezależny ośrodek rozwoju myśli i nauki. 












Przez ostatnie 6 lat pracowałem dla rządu, ale postanowiłem wrócić na uczelnię. Wiecie dlaczego? Bo różnica między pracą w biurze a pracą naukową jest taka, jak między jazdą na nartach a chodzeniem po górach. To pierwsze oznacza ciągłe wymijanie, uginanie nóg, niespodziewane zakręty i zwroty…to drugie natomiast to mozolnie wchodzenie pod górę, krok po kroku, czasami w grupie, ale częściej samemu. Przed wami stoi teraz taka szansa – macie wielkie możliwości i dobrze je wykorzystajcie. I piszcie, piszcie jak najwięcej, bo praca magisterska to coś zupełnie innego niż wcześniejsze eseje czy nawet praca licencjacka. Nie wstaje się rano z łóżka, żeby po chwili zdecydować: dzisiaj przebiegnę maraton…








Scena trzecia: to ponoć już tradycja w Balliol, że po pierwszej oficjalnej kolacji studenci częstowani są porto i czekoladkami. W połączeniu z garniturami i czarnymi sukniami robi to wrażenie bankietu lub arystokratycznej uczty – kto wie, czy nie takie wrażenie chcieli na nas wywołać starsi koledzy, którzy cały ów wieczór przygotowywali?

7 comments:

  1. Naprawdę niezwykle ciekawe wrażenia i refleksje. Przezywasz bardzo ciekawy okres.

    ReplyDelete
  2. Zaczyta mi rano nowego bloga i wiesci z Osfordu brakować mi bardziej niż kawy. Piękne opowieści oddają ducha tej uczelni. Ale tam chyba trzeba się jeszcze trochę uczyć - czy wykłady bywają otwarte dla Visitors ?

    ReplyDelete
  3. Teoretycznie nie. W praktyce to chyba zależy od tego, ile osób jest na sali - u nas przy 50 osobach nowa twarz byłaby mocno widoczna...

    ReplyDelete