Freshers Fayre, czyli targi, na których prezentują się wszystkie stowarzyszenia i kluby działające w Oxfordzie (uwaga: tylko te na szczeblu uniwersyteckim, bo każdy college ma dodatkowo swoje własne sekcje wioślarskie lub piłkarskie kółka filmowe itd.) to rzecz bez mała imponująca. Można odnieść wrażenie, że właśnie tutaj najpełniej wyraża się brytyjski duch pluralizmu, wielokulturowości, chęci stowarzyszania się i działania w grupie. Że tak jak pierwsze związki handlowe, które zawiązywali biznesmeni z Londynu podbijały świat (patrz np. Kompania Wschodnioindyjska), tak pierwsze formalne związki studenckie zakładane były właśnie tutaj, w Oxfordzie, w XIX wieku. Ale co konkretnie można tam znaleźć? Ano, znaleźć można prawie wszystko! Pomyśl o jakimś zajęciu, które chciałbyś robić, o jakimś hobby: problemem nie jest to, czy istnieje odpowiedni klub albo stowarzyszenie, ale żeby w tej mnogości konkurujących ze sobą straganów, ulotek, zdjęć i ludzi znaleźć to, czego szuka się naprawdę. Bo można też szukać na niby, czyli przechadzać się tylko i patrzeć, co studenci Oxfordzcy mają nam do zaoferowania, jak mogą nam zagospodarować wolny czas (albo ten, który wolny być nie powinien…). I wtedy będziemy zgubieni. Bo czyż nie warto przyłączyć się do klubu United Nations? Albo stanąć w szranki słownej szermierki w Debating Society?
Stać się członkiem najstarszej w kraju gazety studenckiej? Przy każdym z ciekawszych klubów przystawałem, brałem ulotkę, chwilę rozmawiałem. Skończyło się to tym, że po półtorej godziny wyszedłem z budynku z kilogramem ulotek i wypiekami na twarzy.
Ale po kolei: całe targi odbywały się w Examinations School, osobnym budynkiem przeznaczonym tylko na egzaminy. Przez pozostałą część roku wykorzystuje się pomieszczenia na wykłady i specjalne prelekcje. Na 3 dni pomieszczenia, korytarze i przestronne hole zapełniają się ludźmi, którzy agitują na rzecz swoich stowarzyszeń. Wchodzę – pierwsza sala to głównie kluby zainteresowania społecznego: Amnesty International, United Nations, klub prawniczy, stowarzyszenie Zarządzania i Ekonomii, gazeta studencka „Oxford Student”, kwartalnik społeczny „the Summit”, oxfordzkie grupa demonstrantów antywojennych: na swojej ulotce chwalą się: „Co robimy? Organizujemy demonstracje, petycje, przemówienia, kampanie bojkotujące i inne protesty które mają na celu podniesienie społecznej świadomości odnośnie tego, jak katastrofalny wpływ mają wojny prowadzone przez nasz kraj…” – na potwierdzenie tych słów przytaczają akcję z poprzedniego semestru: studenci, zbulwersowani Izraelską masakrą w Strefie Gazy, w liczbie 100 zajęli i okupowali Bodleian Library, prawie największą w Anglii i jedną z najstarszych w Europie bibliotek, domagając się, by Uniwersytet Oxfordzki zaprzestał inwestycji w przemyśle zbrojeniowym – na stronie obok widnieje szokujące zestawienie: podpis „w 2008 Uniwersytet Oxfordzki zainwestował 6 milionów funtów w myśliwce, helikoptery i bomby, które w grudniu 2008 zrobiły to…” i zdjęcie szkoły bombardowanej w Strefie Gazy. Zaraz obok mniejsze stanowisko grupy „Łapy precz od Irańczyków!”, która działa na rzecz wycofania wojsk z Iranu i powstrzymywania agresji Izraelskiej na Bliskim Wschodzie, przeciskając się między ludźmi, kątem oka zauważyłem czerwony napis: „Partia komunistyczna” (a dokładnie grupa korespondująca z komunistami)! Na stoliczku leży streszczenie „Kapitału” z wizerunkiem autora na okładce, obok plan spotkań w tym semestrze – tematy cotygodniowych spotkań wydają się interesujące „Źródła ubóstwa”, „Socjaldemokracja w teorii i praktyce”, „Kto zamiatałby ulice w państwie komunistycznym?”…kiedy tak się przypatruję, pytają, czy chcę się przyłączyć. Mówię, że jestem z Polski i historia pokazała nam, że komunizm nie bardzo ma przyszłość. W odpowiedzi słyszę, że są różne punkty widzenia na tą sprawę…kilka metrów dalej wpadam w wir sportu, widzę zdjęcia atletów, biegaczy, kolarzy, zbieram ulotki i płynę naprzód z tłumem. Brzegu chwytam się dopiero przy stanowisku triatlonu, bo poważnie zastanawiam się, czy się do nich nie przyłączyć. 6 treningów tygodniowo (gdybym chciał to trenować na poważnie) sprawia jednak, że rezygnuję. Krok dalej zabiera mnie do Walking Club, tutejszego odpowiednika Bootsów. Nie pytam o to, jak działają i co robią – wszystko to wiem z doświadczenia. I cieszę się, że będę mógł (mam nadzieję) nacieszyć się klubem bez odpowiedzialności przewodnika. Kto wie, może będzie mi tej roli brakowało? Po drugiej stronie przejścia zaczynają się rzeczy naprawdę ekscytujące. Wycieczki górskie bledną, kiedy zestawiam je z wyprawami w głąb jaskiń, a mam w pamięci słowa Goprowca, który oprowadzał nas w zeszłym roku po Yorkshire: podziemne korytarze w Anglii potrafią być bardzo długie, najbardziej rozległe mają ponad 50km…50km w głuchej ciszy i absolutnej ciemności, w martwym bezdźwięku, w którym każde uderzenie serca wydaje się hałaśliwe, w mroku, który przytłacza tak samo, jak skalne masy ponad głową…zamyśliłem się, tymczasem ulotka podaje, że weekendowe wyprawy pod ziemię to tylko 30 funtów. Chowam ulotkę z boku, wśród tych, które przeczytam jeszcze raz. Nagle słyszę, jak z oddali ktoś krzyczy „Ty!”. Podnosze głowę i widzę wymierzony w siebie palec, a za nim uśmiechniętą twarz „Tak, ty! Wiem, że chcesz jechać autostopem do Maroka!”. „Skąd wiedziałeś?” pytam przekornie i ściskam tą wycelowaną we mnie rękę. W ten sposób poznaję grupę autostopowiczów-wolontariuszy, którzy przez pół roku zbierają pieniądze na cel wspierania edukacji w ubogich krajach Afryki, szukając „sponsorów” swojej autostopowej podróży. Widzę nawet wyliczenie kosztów – 79% funduszy trafia bezpośrednio do szkół Trzeciego Świata. Od 1992 akcja ta objęła przeszło 5500 studentów, którzy zebrali łącznie 2,5 miliona funtów. To tylko kilka dni podczas przerwy wakacyjnej…a Maroko już od jakiegoś czasu jest na liście miejsc, które chciałem odwiedzić. Czy to może być przypadek? (mają jeszcze jedną ulotkę, ze zdjęciem z Maroka z przodu i Krakowa z tyłu [charakterystyczny pan Piwo, przechadzający się po ulicach przy Rynku] – chłopaki nie chcą wierzyć, że to nie Praga, kapitulują dopiero, kiedy mówię, że jestem z Polski i byłem tam wiele razy…). Podróżnicze szaleństwo nie ma końca- rozpalony wizjami kolejnych wypraw, trafiam na szyld „Exploration Club”. Klub ma się czym poszczycić – kulturowe i przyrodnicze wyprawy do Chin, Indii czy dalekie wyspy Pacyfiku…czytamy: „Przez 75 lat Oxfordzki Klub Eksplorerów odwiedził każdy kontynent i każdy ocean. Wyprawy powróciły z nowymi gatunkami roślin, ptaków, ssaków oraz przeprowadzały badania antropologiczne, archeologiczne, biologiczne i geologiczne na całym świecie”. Dalej ciągną się sekcje muzyczne, taneczne, chóry i trupy teatralne. Wychodzę z wielkiej Sali, schodzę po szerokich schodach i…przede mną otwiera się kolejne pomieszczenie, większe jeszcze od poprzedniego! Widzę sportowców wszelkiego rodzaju, piłkarzy, siatkarzy, wioślarzy, żeglarzy, tenisistów, a nawet graczy polo w wodzie. Idę jednak dalej, w następnym przejściu między stolikami widzę już charakterystyczne sylwetki wojowników w ciemnoniebieskich strojach, metalowe osłony, zza których nie widać twarzy i bambusowe miecze, wyślizgane i zabrudzone – mocno zużyte. Kendo. Japońska szkoła walki na miecze, pozostałość po kenjutsu, czyli szkole walki bronią, której używaną na polach bitwy, podczas pojedynków albo krwawych zemst rodowych i najazdów. Zmieniły się bronie, drewno zastąpiło metal, do walki na śmierć i życie wprowadzono zasady i punkty, ale duch pozostał ten sam. Kiedy stoisz naprzeciw granatowego wojownika, a czubek jego miecza celuje w twoje gardło, to tak, jak gdybyś zaglądał w oczy śmierci. Ale ty też masz miecz, możesz się bronić, więcej, możesz zwyciężyć, musisz zwyciężyć, więc krzyczysz, żeby go przestraszyć, przerazić, pokonać samym duchem walki…znów się zamyśliłem i wspomnienia treningów, w których uczestniczyłem kilka razy tylko jako obserwator, zaczęły do mnie powracać. Jestem prawie zdecydowany, więc biorę tylko ulotkę i zapewniam kendoków, że zobaczymy się na treningu. Nie wiem jeszcze, czy się przyłączę, to zależy od tego, jak w Oxfordzie wygląda karate. Zanim jednak się tego dowiem, muszę przebyć drogę przez wszystkie inne sztuki walki: Koreańskie Teakwondo, niszowe i syntetyczne Bujinkan Budo Taijutsu (czyli zakamuflowane ninjitsu, sztuka walki zabójców rodem z Japonii – znana z tego, że nie była jedną konkretną szkołą, jak Aikido lub Karate, ale brała „to, co najlepsze” z każdej ze szkół, uzupełniając trening sztuczkami i niekonwencjonalnymi technikami), kolejna sztuka walki z Korei, Sulkido (nigdy o niej nie słyszałem), Jitsu (jakaś hybryda oryginalnego Jiu Jitsu, japońskiej szkoły samoobrony), Aikido („wywodząca się z technik używanych na polach bitwy średniowiecznej Japonii do obrony przed mieczami i innymi broniami”). Każda szkoła zapewnia mnie o skuteczności swoich treningów, pucharach zdobywanych w zawodach i trenerach, którzy pół życia spędzili na wychowywaniu kolejnych pokoleń adeptów sztuk walki. Wreszcie trafiam do sekcji Karate: ulotka mówi „Współzawodnictwo. Wysportowanie. Dyscyplina.” Zdeterminowany wzrok karateki na zdjęciu wydaje się to potwierdzać. Pozostaje mi więc wybór: karate czy kendo? Zajrzę na trening do obu, może to mi ułatwi decyzję…
Minęła już godzina od wejścia, a do końca mam jeszcze daleko. Zszedłem teraz na parter i jeszcze w korytarzu trafiłem na część religijną: oto libertarianie („wierzymy w rozszerzanie wolności do maksimum”), tuż obok ulokowali się ateiści, metr obok, ściśnięci w kącie, siedzą przedstawiciele Świeckiego Towarzystwa Oxfordu. Za progiem zaczyna się Bóg: ramię w ramię kwestują katolicy i prawosławni, jedni i drudzy oferują nabożeństwa, grupy Biblijne, wspólne gotowanie. Zanim wyjdę, mijam jeszcze Sikhów i, naturalnie, muzułmanów.
Idę dalej, ale wyjścia wcale nie widać. Kolejny pokój w tym labiryncie wypełniony jest tym wszystkim, co trudno zaklasyfikować: grupa smakoszy wina, chłopcy od bractwa rycerskiego (tematyka nordycka, utożsamiają się z Wikingami), Gildia Zabójców (nazwa robi wrażenie, zwłaszcza, kiedy na stole wystawiony jest cały arsenał broni białej – miecze, pałki, włócznie, sztylety…), czyli gracze RPG oraz Klub Fotograficzny. Kiedy zapisywałem swoje imię na liście emaili, usłyszałem „Skąd jesteś?” i okazało się, że klub ten prowadzi Kinga z Polski. Jeszcze milej zaskoczyła mnie wieść, że członkowie do dyspozycji mają aż 2 ciemnie i studio, a także lekcje prowadzone przez profesjonalnego fotografa. Kolejna ulotka, którą odkładam do specjalnej przegródki. Wychodzę z nadzieją, że za drzwiami zobaczę światło dzienne…
…niestety. Pozostała jeszcze część międzynarodowa, a raczej multi-narodowa. Wygląda to tak, jak gdyby każda narodowość postanowiła zorganizować się niezależną grupę i działać, spotykać się, integrować i coś organizować. Widzę flagi Armenii, Kanady, Niemiec, Hiszpanii, widzę Rosjan i Żydów, widzę też naszych. Program nie zapowiada się tak oszałamiająco, jak w niektórych innych grupach, ale wybiorę się, żeby poznać parę nowych twarzy.
Jest jeszcze osobny pokój, gdzie ściśnięte są wszelkiej maści Stowarzyszenie Azjatyckie: koreańskie, chińskie, japońskie, tajskie, a nawet jedno wspólnotowe, łączące wszystkie kraje Południowo-Wschodniej Azji i Pacyfiku.
Koniec? Nie, przed wyjściem zaczepia mnie jeszcze chodząca elegancja, pan ubrany w doskonale uszyty garnitur, zachęcając do kupienia marynarek, koszuli, muszek czy garniturów po promocyjnej cenie. Mijam stanowisko armii, by natknąć się na biżuterię Oxfordzką: srebrne i złote sygnety z logiem uniwersytetu, wsuwki, łańcuszki i spinki do mankietów. Ich motto: „Upamiętnij swoje osiągnięcie!”. Na koniec zgarniam jeszcze kilka ulotek klubów, do których pewnie nigdy nie pójdę. I kawałek pizzy od sponsorów całego tego bałaganu…
Wreszcie wolny! A jednak…chociaż oddalam się szybko, mijając rosnącą kolejkę studentów, to myślami wciąż jestem w środku, patrząc na zdjęcia z wycieczek, prowadząc w myślach debaty, wsłuchując się w chóralne śpiewy kościelne, wylewając siódme poty na treningach sztuk walki i zajadając się przysmakami Azjatyckiej kuchni. W wyobraźni już jestem członkiem tych wszystkich klubów. Całe szczęście, że wyobraźnia nie podlega prawom czasu…
A czy mają też kółko erpegowe? (Jeśli dobrze pamiętam, wspominałeś o ludziach, którzy obłożyli się podręcznikami do D&D – to właśnie tu?).
ReplyDeleteEDIT: Aha, przeczytałem dalszą część wpisu. Jak miło!
"Oxfordzki Klub Eksplorerów".
Odkrywcóóów...! :-)
"badania antropologiczne"
Rozmowy ze stałymi bywalcami światowych pubów.
"archeologiczne"
Badanie piwniczek światowych pubów.
"biologiczne"
Badanie zawartości beczek w światowych pubach.
"i geologiczne"
Wpływ zawartości beczek w światowych pubach na glebę o trzeciej nad ranem...
Podoba mi się zabieg kompozycyjny: "Koniec? Nie, jeszcze...".
Może kupisz sobie zmieniacz czasu, który pozwoli Ci być na wszystkim naraz? (Wyobraziłem sobie przez chwilę Wojtka na siódmym z rzędu treningu sztuk walki, ach, ten mord w oczach...!).
Tak czy inaczej cieszę się bardzo, że piszesz, co u Ciebie słychać; nie ustawaj! :-)
Mord w oczach:D...ale nie, zwłaszcza, że codziennie rano też jest 45 minut ćwiczeń...chyba wybiorę karate, 2 razy w tygodniu wystarczy. A mord w oczach na kiedy indziej;]
ReplyDelete