Tuesday, October 6, 2009

W Oxfordzie stare przeplata się z nowym

W akademiku przy wejściu wisi duża drewniana tablica z 30 małymi deseczkami. Każdą deseczkę można wysunąć i podmienić albo w razie potrzeby odwrócić. Któregoś dnia zauważyłem przy niej posiwiałego już pana w ciemnoczerwonej koszuli, gdy pochylał się nad nią w skupieniu. W jednej dłoni trzymał puszkę z białą farbą, w drugiej długi, cienki pędzel. I tym pędzlem kreślił na desce piękne białe litery pochyloną czcionką. Litery te z kolei składały się w nazwiska mieszkańców poszczególnych pokoi. Chociaż to zaledwie spis nazwisk, to jednak forma zapisu kazała czuć się wyróżnionym – to pewnie pierwszy i ostatni raz, kiedy ktoś będzie pisał moje imię ozdobnymi literami na brązowej desce…




Anglia jest chyba najbardziej przewrażliwionym na punkcie zasad bezpieczeństwa krajem na świecie. Nie dość, że po 23 nie wolno używać tosterów, nie wolno zapalać świeczek w pokojach pod karą śmierci ani też używać niesprawdzonych (bo certyfikowanych jedynie marką firmy, a nie naklejką specjalnej osoby odpowiedzialnej za testowanie) urządzeń elektrycznych. Nie wolno zostawic otwartych drzwi do korytarza albo kuchi, bo to drzwi przeciwpożarowe (chyba tylko drzwi do kibelka nie cieszą się tym statusem) i dlatego pod żadnym pozorem nie mogą pozostawać otwarte – no bo gdyby nagle wybuchł w tym deszczowym kraju, w którym wszystkie gniazdka mają osobne włączniki, a na każdym kroku jest gaśnica, gdyb więc w tym kraju nagle coś się zapaliło, to przecież drzwi przeciwpożarowe muszą być zamknięte. Anglicy starają się (i dobrze im to idzie) całe życie ująć w normy i noremki, przepisy i przepisiki, żeby zawsze i w każdej możliwej sytuacji było wiadomo co? czyje? komu? za co? dlaczego? Np. KAŻDY kontakt i KAŻDY włącznik światła ma naklejkę informującą o tym, jaki to numer seryjny i który obwód elektryczny. Ordnung muss sein…

Jakąś antyczną regułą jest też to, że trudno o pub, który byłby otwarty po północy. Nawet te otwarte po 23.30 należą do rzadkości. Zwykle ok. 23 rozlega się dzwonek obwieszczający koniec pracy barmana, a kwadrans później goście zaczynają być powoli, ale stanowczo wypraszani. Może to w myśl zasady, że najlepiej pozostawić ludziom nutkę niedosytu?

Jeśli chodzi o dzwony, to rzecz wyjaśnił mi Ojciec Benedykt. Każdy kościół w mieście i kaplica w college’u ma własne dzwony. Jest – oczywiście- ustalony porządek dzwonienia, więc np. dominikanie wybijają godzinę przez oratorianami, a dzwony college’u Christ Chuch przed tymi z Magdalene. Ale jest coś więcej niż tylko ustalona kolejność: mianowicie melodia zdeterminowana jest przez liczbę dzwonów na danej wieży. Jest bowiem tradycją, że z różnych ważniejszych okazji wybija się permutacje i w ten sposób tworzy melodię. Jak to działa? Wyobraźmy sobie 3 dzwony, każdy o tonie nieco wyższym od poprzedniego. Tradycja każe więc wybić wszystkie możliwe kombinacje 3 tonów, zatem: 1, 2, 3 ; 1, 3, 2 ; 2, 3, 1; 2, 1, 3 ; 3, 1, 2 ; 3, 2, 1 = 6 kombinacji. A teraz musimy sobie wyobrazić, że Christ Church, najbogatszy i największy college w Oxfordzie, ma swoich dzwonów 12, więc do wybicia jest 12! = 479001600 kombinacji. Ojciec Ben mówił, że to bicie trwa prawie 3 godziny. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że w każdym uderzeniu pobrzmiewa ludzka ręka, rezonuje wysiłek włożony w pociąganie grubego sznura, który rozkołysze serce dzwonu. W Oxfordzie od wieków funkcjonują bractwa dzwonników, którzy trenują się w tym właśnie, żeby poprawnie wybijać te skomplikowane rytmy.

Jeszcze słowo o tradycjach: prawie każdy college (a przynajmniej te starsze) ma swój „Hall”, czyli zabytkową salę jadalną. Taką, jak widzieliśmy w Harrym Potterze (nota bene sceny filmowe kręcili właśnie w Christ Church). Wraz ze starymi murami przetrwała nie młodsza tradycja uroczystych kolacji, odbywających się raz, dwa lub nawet trzy razy w tygodniu, kiedy goście zobowiązani są ubrać się w garnitury i w zabytkowym wnętrzu uroczyście spożywać posiłek. Czasami zapraszani są też goście, którzy uświetniają wieczór przemówieniem. Podobno co bardziej konserwatywne college utrzymują jeszcze zwyczaj wspólnego siadania do stołu…

Tradycja działa chyba jednak w dwie strony – każdy ze studentów (z niewyjaśnionych powodów) dostał na własność wolumen opiewający przepisy egzaminacyjne. Wszystkich przedmiotów. I wszystkich stopni. Całego uniwersytetu Oxfordzkiego. Chociaż o samej ekonomii są zaledwie 2 strony, to każdy z nas może raczyć się lekturą 1100 stron zasad dotyczących egzaminów. A wydawałoby się, że to taki logiczny kraj…

No comments:

Post a Comment