Monday, October 5, 2009

Pogoń za internetem


Regularnie słyszę o różnych absurdach polskich uczelni, które – usłyszane – brzmią jak dobry żart, natomiast jako doświadczenie przypominają raczej dramat. W kraju tak logicznym i uporządkowanym jak Anglia miejsca na taki bałagan nie ma (a przynajmniej tak by się mogło wydawać). Czasami jednak wychodzi na jaw to, że Anglicy wydają się być zapętleni we własnych formalnościach i procedurach. Zwłaszcza w miejscu takim jak Oxford, gdzie osobną instytucją jest sam uniwersytet, osobną zaś college, z których każdy jest niezależny i posiada własną administrację i zasady. Jak to określił Morris, „Oxford is FAR from being even remotely organised”…

Więc o co chodzi? Wczoraj okazało się, że nie dosłałem kontraktu uczelni, umowy, którą student zawiera z uniwersytetem. Przesłano mi go jednak na maila, do wypełnienia i zwrócenia. Żeby wypełnić, musiałem najpierw wydrukować, żeby wydrukować, musiałem ściągnąć go Internetu, żeby ściągnąć, musiałbym podłączyć laptop do Internetu, a tego zrobić nie mogłem bo – nie byłem zarejestrowany. To błędne koło pomogły mi przerwać komputery w minipracowni tuż obok mojego pokoju. Niestety (zapewne w trosce o nasze bezpieczeństwo) administrator zablokował je tak skutecznie, że można było tylko otwierać Google. O ściągnięciu pliku nie było mowy. Pomogła mi jednak koleżanka z 3 piętra i po chwili miałem już kontrakt na swoim komputerze. Teraz pozostawało go tylko wydrukować i wypełnić. Okazało się jednak, że moja drukarka nie ma najnowszego oprogramowania do systemu Windows Vista i muszę je pobrać…z Internetu. Zirytowany wziąłem laptop pod pachę i poszedłem do głównego budynku, ufając, że będzie tam bezprzewodowy dostęp do sieci bez koniecznej rejestracji. Ależ skąd! Natomiast jeden ze studentów, który akurat siedział w pokoju komputerowym pozwolił mi wydrukować kontrakt przez swoje konto. Więc mam już wszystko? Nie, bo na dole kontraktu jest jeszcze miejsce na zdjęcie. Zdjęcia zaś nie mam. Ustawiłem szybko statyw i pstryknąłem portret




ale znów utknąłem w błędnym kole – nie mogłem go przecież wydrukować! Na szczęście w centrum Oxfordu są 2 sklepy fotograficzne i udało mi się w 5 minut dostać gotowe zdjęcie. Szczęśliwy dotarłem do biura college’u, ale okazało się, że niestety przetworzenie danych może zająć trochę czasu i po kartę-legitymację zgłosić się mogę najwcześniej w poniedziałek.

- A czy jest możliwe, żeby dostać ją już jutro?
- Właściwie…(tutaj chwila namysłu, którą Anglicy często stosują zanim poproszą cię o przysługę) tak, ale musiałbyś zanieść kontrakt osobiście do Examinations School. Examinations School to osobny gmach, zbudowany po to, żeby organa oceniające miały swoją siedzibę. To tak składa się prace pisemne, projekty, eseje, magisterki, doktoraty, to tam także odbywają się wszystkie egzaminy. Muszę więc udać się do Examinations School przez 16 i wtedy na mur beton karta będzie gotowa na jutro. Czułem się jak średniowieczny goniec, biegnąc przez Turf Street, pomiędzy wiekowymi murami college’ów i kościołów. Dotarłem na miejsce, oddałem dokument we właściwe ręce i, chyba tylko pro forma, zapytałem, czy będę mógł jutro odebrać swoją kartę z college’u. Wszak gorąco mnie zapewniano, że tak wlaśnie będzie. Czy to już koniec opowieści? Żeby tylko! Owszem, karta będzie wystawiona do jutra i jutro również wysłana, ale wewnętrzna poczta międzycollegowa potrzebuje 2 dni roboczych na dostarczenie przesyłki…Zapytałem zrezygnowany, czy mógłbym może odebrać ją osobiście. Odpowiedź była twierdząca, ale! W tym celu muszę udać się do biura college’u (trzeci raz w ciągu tej godziny) i poprosić o email autoryzujący moje osobiste odebranie karty…Po 3 godzinach wróciłem w końcu do pokoju. Kiedy opowiedziałem to później Giovanniemu, wykrzyknął „Man, I would freak out!”. Mało się tak nie stało…


Odebrałem długo wyczekiwaną kartę. Zarejestrowałem się w lokalnej sieci i okazało się…że administrator potrzebuje 24 godzin na aktywację konta…ech.

2 comments:

  1. Chyba rozumiem dlaczego Oxford to jeden z najlepszych uniwerystetów na świecie. On po porstu przygotuje Cię toak do życia, że nic Cię nie zaskoczy i ze szystkim będziesz umiał sobie poradzić;)

    ReplyDelete
  2. Nie no, MISH jest pod tym względem 14 razy lepszy... ;)

    ReplyDelete