Od poznawania ludzi już boli głowa. Chyba właśnie dlatego amerykanie wymyślili Facebook – bo kiedy trzeba zapamiętać (a raczej: nie wypada nie pamiętać) dwadzieścia imion dziennie, to przypomina to zakuwanie na egzamin. A wygląda to tak: wchodzisz na dużą salę, rozglądasz się niepewnie pośród nieznajomych twarzy, nagle napotykasz wzrok sąsiada: Witaj, jak się nazywasz? Wojtek, a ty? Ja jestem Sashila. Co studiujesz? Ekonomię, a ty? Ja studiuję prawo. Skąd jesteś? Z Indii. Aha, a ja z Polski. A w jakim college’u jesteś? W Balliol, a ty? Ja w Pembroke. A gdzie to jest? Wiesz gdzie jest (tutaj następuje litania nazw ulic i budynków, których nie znam, więc tylko ugodowo kiwam głową). A co studiowałaś wcześniej? Też prawo, a ty? Ja też…chwila milczenia, rytuał pytań o imię, kraj, kierunek i college został przeprowadzony. Teraz albo się rozejdziemy, albo spróbujemy porozmawiać o nieco ciekawszych rzeczach: jaki masz pokój w akademiku, czy się zapisujesz na jakieś sporty, jak ci minęły ostatnie dni (które wszyscy nieodmiennie spędzają na różnego rodzaju rozrywce). Rozejście natomiast to powrót do punktu wyjścia, czyli rozglądania się, napotykania, przedstawiania i zapamiętywania. College’ów jest w Oxfordzie 38, każdy ma własną nazwę i tradycje. Kierunków ma uniwersytet bardzo wiele, więc nawet nie ma sensu strzelać, jeśli się nie pamięta. Wreszcie: są tu ludzie z całego świata, więc imiona brzmią tak obco, jak nazwy geograficzne państw środkowej Azji…
Dziś było barbeque, czyli kolejna darmowa kolacja.Fajnie, że komuś chce się to organizować. Wydaje mi się, że taki jest sens tego codziennego (przez tydzień) razem-się-bawienia. Taki właśnie, że będę przynajmniej dobrze znał swoich sąsiadów. Pozwólcie więc, że kilku przedstawię:
Mirosława – z Meksyku, robi doktorat. Chociaż ojciec był Polakiem, to po polsku potrafi powiedzieć tylko „nie mówię po polsku”. Mówi za to po hiszpańsku, co mnie bardzo cieszy.
Aleksandra – ze Słowacji, studiuje naukę o religiach (chociaż sama wierząca nie jest). Tym co nas łączy, jest Środkowoeuropejska niechęć do angielskich zasad bezpieczeństwa i regulaminów przeciwpożarowych – wydają nam się tak samo głupie.
Patrick – z Niemiec, robi doktorat z fizyki. Opowiadał nam, że system college’ów w Anglii został skopiowany z Niemiec, gdzie wcześniej był po prostu wspólnotą studentów mieszkających razem. Na bluzie ma logo klubu szermierczego, bo, jak tłumaczy, szermierka jest tym dla studentów uniwersytetu w Monachium, czym wioślarstwo dla Oxfordczyków. Bierze się to zaś stąd, że w pierwszych dekadach funkcjonowania uczelni (a było to późne średniowiecze) nie było jeszcze systemu bankowego, więc studenci przyjeżdżający na nauki musieli wieźć ze sobą worki pełne pieniędzy. Drogi zaś były niebezpieczne i pełne rabusiów, więc dyscypliną studencką stał się fechtunek, który miał służyć żakom za obronę. Do dziś pozostało to jako chlubna tradycja.
Paolo – from Italy, też robi doktorat z fizyki. Dumnie nosi swoją bluzę z napisem „Stanford”, bo chociaż studiuje we Włoszech, to prowadzi badania wespół z fizykami z amerykańskiej uczelni. Ale to, co wyróżnia Paolo z tłumu, to fajka. Fajka, którą sam wyrzeźbił. Tak to było – mówi – że kiedy się uczył i mu się już nie chciało, to szukał czegoś, przy czym by się mógł zrelaksować. I tak pewnego dnia odkrył, że na parterze jego bloku jest warsztat, w którym rzeźbi się fajki. Więc wszedł, porozmawiał i tak się zaczęło. Mówi mi też, że sam powinienem palić fajkę, bo to bardzo dobre, że sam Einstein mówił, że dopiero wtedy można zrelaksować umysł i dobrze się nad czymś zastanowić. I że to coś zupełnie, zupełnie innego niż papierosy. Raz po raz wyciąga zapalniczkę, żeby zapalić tytoń w główce. Raz po raz tytoń gaśnie, bo Paolo, rozpalony swoją własną opowieścią, zapomina o fajce i gestykuluje, pokazując mi, jak drobnym wiertełkiem drążył dziurkę w cybuchu.
Arjun – z Indii, studiuje tygrysy. Tzn. zoologię, ale zajmuje się tygrysami. Barwna postać, zawsze wesoły i roześmiany, chociaż przeszło 10 lat starszy od większości pozostałych. Poznałem go, przysłuchując się, jak z Anglikiem Fredem rozprawiał gorąco o krykiecie. Przerzucali się latami, nazwiskami, drużynami, a nawet przypominali sobie legendarne piłki sprzed 15 lat. Chwilami tylko przerywałem im, wstydząc się nieco, bo musiałem zapytać o jakąś elementarną zasadę lub nazwę – to tak, jak gdyby ktoś pytał dwóch fanów piłki nożnej, co znaczy karny, okienko lub spalony.
No comments:
Post a Comment