Friday, October 9, 2009

Jak się bawi Oxford


Miałem kiedyś taką niezwykłą książkę, nazywała się „Wielka księga gier i zabaw”. Przedział wiekowy 5-12. Jeśli ktoś, nie znając kontekstu, zobaczyłby nas w sobotnie popołudnie, to jego oczom ukazałaby się grupa dorosłych dzieci, bawiących się w najlepsze na boisku za akademikiem. Do złudzenia przypominało mi to rysunki z tamtej książki. Jedni zawzięcie przeciągali linę, inni delikatnie rzucali jajkiem na odległość (ale tak, żeby je złapać i nie rozbić!), 


to znowu jakaś grupa miotała butem do celu (ale trzeba było rzucić stopą, nie ręką…), a tutaj ktoś pochylony kręcił się szaleńczo wokół słupka tylko po to, żeby potem biec do celu, który wirował mu przed oczami. 




Później drużyny zebrały się i zaczęły włazić na siebie, budując 6 osobowe piramidki i tak im się to wszystkim spodobało, że powtarzali to wciąż i wciąż, żeby w końcu zacząć ustawiać się w tym pionowym szyku na wyścigi. 



Dalej przyszedł czas na jedzenie, ale nie takie normalne, do którego na co dzień przywykliśmy. Jedni bez pomocy rąk szukali żelków w wielkiej górze bitej śmietany, 




inni przyodziani w rękawice narciarskie i kruche plastikowe sztućce, próbowali pokroić batonik Mars. 


Później przyszedł czas na wielki finał – każda drużyna wybierała największego łasucha (lub tego najbardziej głodnego), żeby reprezentował drużynę w tej ostatniej walce. Zajęliśmy więc pozycje: przed każdym z nas, na ziemi, leżała tarta jabłkowa lub wiśniowa. Cel – zjeść, wchłonąć, wyssać, pożreć – byle szybciej! Ale bez użycia rąk. Jeszcze Bo instruuje mnie, jak najlepiej się do tego zabrać – wykrzywia twarz i kręci językiem. 



Trzy, dwa, jeden, start! Każdy zatopił twarz w cieście, tak, że momentami sięgało uszu. Po krótkiej chwili zrozumiałem, że przeżuwając każdy kawałek, tracę cenne sekundy, więc dalej: gryz! I połknięcie! I znowu! I jeszcze raz…jakby w oddali słyszałem okrzyki towarzyszy, piski radości i żalu, bo okazało się, że John, Kanadyjczyk o wyglądzie barbarzyńcy-Wikinga, już pokonał swoją porcję. Spojrzałem na niego: twarz krwistoczerwona, jak gdyby właśnie stoczył walkę o śmierć i życie. 




Jeszcze ciężko dyszał, ale już uśmiechał się triumfalnie i odbierał swoją nagrodę. Ja byłem trzeci, po Hindusie Arjunie, którego ciemne oblicze też rozjaśniało wiśniowe nadzienie ciasta.Wtem ktoś zawołał: runda honorowa! I John już sam przeciwko Bo, przystąpił do drugiej tarty…


Kilka dni później w naszej świetlicy odbywał się „Karnawał”. Nazwa miała niewiele wspólnego z treścią, a sam program składał się z dwóch tylko części. Najpierw przyszedł czas na dmuchany zamek, po którym wszyscy, magicznie odmłodzeni, skakali jak dzieci, rzucając się o ściany, wywijając kozły i przewracając bezładnie tu i tam. Ale mimo, że duch ochoczy, ciało okazało się słabe i każdy, dysząc jak parowóz w chłodnym nocnym powietrzu, schodził pokonany własną słabością. 















Dalej przyszedł czas na karaoke, czyli śpiewanie do podkładu muzycznego. Niem wiem, czy to Tyskie okazało się za mocne dla moich zagranicznych znajomych, czy tez po prostu wszyscy tak dobrze się bawili – dość, że od pewnego momentu widownia przeniosła się na scenę i właściwie nie było do kogo śpiewać. Ale to mało ważne, bo cała banda podskakiwała, wykrzykując „It’s my life!” bądź „I will survive”, czy też, nieco fałszując, zawodziła „Pretty woman”, „My heart will go on” bądź „I will always love you”. Fajna rzecz to karaoke, ale nie wiem, czy porównać je można z nocnym śpiewograniem przy ognisku melodii, które niosą więcej sensu i treści. Może dlatego, że są karaoke jest słabsze. A może dlatego, że inne. 











5 comments:

  1. Chyba nie powinienem był czytać tego bloga. Mój przez lata ukształtowany w świadomości obraz Oxfordu zawalił się.Zdjęcia były jak dodatkowe bombardowanie ruin zniszczonego już miasta.
    Wszystko można odbudować, to też, więc czekam niecierpliwie na dalsze odcinki.

    ReplyDelete
  2. Od poniedziałku zaczynamy drugi sezon, czyli "Oxford bez przymrużenia oka".

    ReplyDelete
  3. Oxford=Erasmus?

    Możliwe, że program Erasmus został wymyślony przez paru Oxfordczyków, którzy chcieli podzielić się tym dobrem z resztą Europy:)

    ReplyDelete
  4. Już chciałem napisać: "Proszę, piszcie 'Oksford'!" – ale sprawdziłem na www.so.pwn.pl; można jednak i tak, i tak.

    Czekamy zatem na dalsze relacje.

    ReplyDelete
  5. czyli na Oxfordzie też są ludzie!

    ReplyDelete