Sunday, October 4, 2009

Czarni bracia...


…czyli Black Friars to angielska nazwa Ordo Predicatorum, a więc naszych dominikanów. Nie wznosi się tu ponad dachami wieża masywnej katedry, zdobiona fasada albo przestronny, otoczony krużgankiem dziedziniec. Wejście od ulicy znaczy tylko niewielka brama ze stalowych prętów, nad którą widnieje napis „Black Friars”. To tutaj spotkałem się z ojcem Benedyktem, który jednak zaraz poprawił mnie: „Mów mi Ben. Tutaj wszyscy tak robią”. Ben zaprowadził mnie do swojego ulubionego pubu, rzekomo przez dominikanów ulubionego, gdzie można od czasu do czasu spotkać braci przy piwie, czasem nawet w habitach. Właścicielem jest John, wyłysiały chudy staruszek o długich, siwych włosach. Znany jest z tego, że sam jest menedżerem, właścicielem i kelnerem. Raz w roku na miesiąc zamyka natomiast lokal i udaje się w podróż do dalekiego kraju. Po powrocie wystarczy mu opowieści na cały rok…

„What can I get you?” zapytał Ben? Po chwili siedzieliśmy juz przy stole, każdy przy swojej „pint”, wpatrzeni w kolorowego przekładańca. Była to gra „Connect 4”, którą ojciec zupełnie naturalnie zabrał ze stosu gier. Należało ułożyć rząd – prosty lub ukośny – z krążków swojego koloru i nie pozwolić, żeby przeciwnik zrobił to pierwszy. Po 2 przegranych rundach szczęśliwie skupiliśmy się na rozmowie.

Okazuje się, że Ben odbywał swój nowicjat z Poznaniu. Spytany o Ojca Górę, który siedzi z poznańskim zakonie już od 25 lat, pamiętał bardziej nazwisko niż osobę. Ja powiedziałem, że sam byłem raczej związany z duszpasterstwem młodzieży, prowadzonym przez innego dominikanina…

- A jak się nazywał?
- Ojciec Gużyński, Paweł Gużyński.
- Aaa, Znaczek!

Okazało się, co niezbyt zaskakujące, że Ojciec Paweł na nowicjuszach pozostawił nie mniejsze wrażenie, co na uczniach liceum. Pozostawił trwały znak, „imprint”.

Ben opowiadał mi też o tutejszym zakonie. Wspólnota składa się z 23 członków, z różnych krajów: Niemcy, Polska, Anglia, USA…wielu z nich jest młodych, większość poniżej czterdziestego, a nawet trzydziestego roku życia. Jest też ojciec któremu wybił ósmy krzyżyk, i drugi, 75letni, „ten, co wygląda jak Saruman”. Wśród braci jest tez Timothy Radcliffe, generał główny zakonu w latach 1992-2001 „Jak chcesz to kiedyś wyciągniemy go na piwo” – mówi i śmieje się wesoło.

Sam Ben obecnie studiuje filologię klasyczną. Studia określa jako wymagające, czasochłonne. Trudne niewątpliwie też, chociaż tego na głos nie mówi. W zakonie jednak obowiązków nie ma wiele. „Kupuję mleko i chleb” – mówi i wybucha śmiechem. Jak później zaznacza, innym braciom nie przeszkadza angielska „gąbka”, natomiast on kupuje normalny, kwaszony chleb, bo innego by nie ścierpiał. Doskonale go rozumiem. Pokazuje mi tez 3 piekarnie w okolicy, gdzie można kupić ciemny razowiec albo kwaszony chleb podobny do polskiego. Poza tym jest odpowiedzialny za gotowanie kolacji w weekendy. Na kolacjach prócz braci zjawiają się też często goście, więc trzeba przygotować jedzenie dla przeszło 30 osób.

Zapytałem też o kardynała Newmana. Okazało się, że jego imieniu towarzyszył tu niemały skandal. Ksiądz Newmann był bowiem rektorem studium teologicznego w Oxfordzie i anglikaninem z wyznania, a także członkiem ruchu odnowy kościoła anglikańskiego. Pisząc książkę o dziejach i rozwoju chrześcijaństwa zaszedł tak daleko, do samych korzeni wiary, że nawrócił się jeszcze przed ukończeniem swojego dzieła. Zaczął też głosić wykłady i kazania w duchu katolickim, co nie do końca spotykało się z aprobatą lokalnej społeczności i uniwersytetu. Warto dodać, że sami anglikanie też mają swoje stronnictwa, wśród których znajduje się jedno o nazwie „anglocatholics”. Opis Bena zgadzał się z tym, co widziałem kiedyś w katedrze Soutwark w Londynie: celebracja bardzo uroczysta, bogato zdobione szaty liturgiczne, dbałość o liturgię. „We call it ‘the real absence’*, but don’t tell them that!”.

2 godziny przeleciały jak mgnienie oka, na opowieściach i dyskusjach. Zaskakujące, że udało się poruszyć tak różne tematy przy piwie w pubie. Ale to tylko potwierdza słowa Bena: że w Anglii na rozmowę umawia się w pubie. Koniecznie przy piwie.



*po angielsku rzeczywistą obecność Chrystusa podczas Eucharystii I w tabernakulum określa się jako „real presence”, tak więc „real absence” – rzeczywista nieobecność – to żartobliwe określenie anglokatolików, którzy uważają się za katolików, mimo, iż pomijają najistotniejszy fragment mszy, a więc przemienienie i wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa pośród wiernych.

3 comments:

  1. Halo, przecież my na nich mówimy "Biali"(bodaj od habitu)... więc skąd nagle "Czarni"?

    P.S. Czy Ben kojarzył przydomki "John Mountain" i "J. Mountain Junior"? ;)

    ReplyDelete