„To jest szara eminencja rządu i Blaira, i Browna! Jeden z najbardziej znanych polityków w kraju, mówią, że to ten, który pociąga za sznurki przez ostatnie kilka lat”
Shay nie musiał mnie długo przekonywać. W dodatku zajął mi miejsce w kolejce po bilety.
Dobiegało juz piętnaście po piątej, na sali panowało nerwowe oczekiwanie. Nagle w korytarzu rozległy się kroki, wszyscy ucichli i trzy postacie w garniturach wkroczyły na środek. Rozgrzmiały powitalne brawa, a Lord Mandelson usiadł tylko przy stoliku, spokojnie wyjął okulary i zaczął je powoli przecierać. Kiedy oklaski umilkły, rozejrzał się, jakby rozkoszując ciszą i uwagą, która była skupiona całkowicie i wyłącznie na nim. Zrobił zakłopotaną minę, nieznacznie się uśmiechnął i z nutką iście lordowskiego humoru powiedział: „Sorry I am late”.
Później było mniej wesoło, ale nie mniej ciekawie. Wykład był bowiem na wpół próbą oceny obecnej sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii, na wpół zaś krytyką partii Konserwatystów. Samą ideę partii politycznej rozdzielił na trzy części: osobowość lidera, program polityczny coś, co nazwał „instincts”, czyli przeczucia towarzyszące wyborcy, który „czuje”, że chce wybrać tą partię, a nie inną. Przez cały czas mówił spokojnym, wyćwiczonym głosem, który wykształcił zapewne podczas swoich funkcji jako Europejski Komisarz do spraw Handlu oraz, obecnie, Pierwszy Sekretarz Stanu w Wielkie Brytanii. Opanowanie prysło jednak, gdy z widowni padł zarzut, że Partia Pracy poprzestaje na obietnicach i zapowiedziach zmian. Niczym nauczyciel udowadniający uczniowi jego brak wiedzy, Lord Mandelson powtórzył, nieco bardziej podekscytowany, historię zmian, reform i uchwał, które dokonane zostały za rządów jego Partii…Najciekawsze, że Lord był niemal „u siebie w domu” – 25 lat temu sam był studentem Oxfordu, właśnie w St.Catharine’s College, gdzie odbywal Sie wykład.
Jak świat światem, tak się przedziwnie układały dzieje ludzkości, że sąsiednie narody lub plemiona nie pozostawały wobec siebie obojętne. Nierzadko łączyły je więzy sojuszu, relacje budowane na pokojowym współegzystowaniu. Równie często jednak dzieliła je wojna lub, przynajmniej, oficjalna wrogość i nienawiść.
Nie inaczej jest w Oxfordzie. Jedno spojrzenie na mapę centrum miasta może nam powiedzieć więcej, niż książki opisujące uniwersytet i lokalną społeczność studentów.
Tak więc Brasenose i Lincoln pozostają w stanie wojny, Exeter i Jesus wzajemnie się nie znoszą, a mój college, Balliol, ma za miedzą śmiertelnego wroga, czyli Trinity. Czym się to objawia? Dla przykładu: ktoś z Lincoln na początku tego roku wystawił Brasenose…na EBayu; oferta sięgnęła 10 milionów funtów (http://www.lincoln.ox.ac.uk/content/view/553/33/). W przypadku Balliol i Trinity topór wojenny wykopany został dużo wcześniej, bo już w 1890, kiedy to ówcześni studenci mojego college’u napisali piosenkę o naszych sąsiadach. Podsumowując, wyraża ona myśl: „Na pohybel Trinity!”. Co roku pod koniec listopada jest ona tradycyjnie odśpiewywana przez wszystkich studentów pod murami twierdzy naszych wrogów.
Wyłączając współzawodnictwo sekcji sportowych (zwłaszcza wioślarstwa, które jest punktem honoru każdego college’u), wzajemne animozje mają subtelniejszy, bardziej pozytywny charakter. Główną bronią jest tutaj porównanie. Na czym to polega? Otóż większość starszych college’ów posiada własną kaplicę, jadalnię (chociaz refektarz byłby bardziej odpowiednim słowem) i bibliotekę. Oraz, naturalnie, sam gmach college’u. Niezaspokojona ciekawość i skryte pragnienie utwierdzania się w przekonaniu, że „mój college jest najlepszy” każe nam się wzajemnie odwiedzać, zapraszać na obiady, oprowadzać, pokazywać biblioteki i kaplice oraz opowiadać o wszystkich niezwykłościach, które czynią właśnie nasz, a nie inny college, wyjątkowym. Oczywiście największy prestiż dotyczy wieku, a Balliol, jak zgodnie twierdzą wszyscy Balliolczycy, jest niewątpliwie najstarszy.
Mam nadzieję, że ten przydługi wstęp pozwoli lepiej zrozumieć co następuje: Stephanos wziął nas dziś na obiad do siebie, do Trinity, i bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, że nasza jadalnia jest większa i piękniejsza!
Odpowiedając na prośby, zamieszczam poniżej super-krótki kurs pisania komentarzy pod postami.
1) Kliknij w comments
2) W białym polu wpisz swój komentarz
3) W "Comment as" wybierz "Name/URL"
4) Kliknij "post comment"
5) W okienku wpisz swoje imię/pseudonim/nazwę, pod którą chcesz być rozpoznawany
6) Kliknij OK
Pierwszy raz w życiu byłem na treningu jogi. A może bardziej – intensywnego rozciągania, bo filozofii wschodu w słowach amerykańskiego trenera nie było za grosz. Były za to figury i pozycje, które wyglądały na niemal niemożliwe do wykonania, ułożenia nóg i rąk, które zdawały się przeczyć ludzkiej anatomii. Dawno nie odbyłem tak bolesnego treningu. Nigdy nie rozciągałem się przez ponad godzinę.
Postanowiłem też wybrać nową sieć komórkową. Przestało mi się podobać to, że w pokoju praktycznie nie mam zasięgu. I to, że w przeciwieństwie do innych sieci, moja nie oferuje darmowych minut ani SMSów. I jeszcze to za połączenia w Anglii płacę więcej niż inni. Wybór padł na Free, bo oferują dobry pakiet i dołączają telefon z darmowym Skypem. Ale w Anglii nic nie jest tak proste, jak się wydaje…żeby dokonać zakupu, muszę okazać paszport lub dowód tożsamości i wyciąg z banku potwierdzający moje miejsce zamieszkania. Wyciągu z banku nie mam, bo bank ma mój stary adres. Zatem do banku, zmienić adres. Tu z kolei muszę wypełnić formularz i poczekać 3 dni robocze...a potem kolejny tydzień, zanim przyjdzie wyciąg z konta. Ktoś twierdził, że żyjemy w XXI wieku?
Na wieczornym spotkaniu „Polish Society” spotykam wiele osób, których imion nie pamiętam już po pięciu minutach. Zaskoczył mnie natomiast ksiądz, którego widziałem wcześniej na polskiej mszy (ten, który mówił o bogatym i ubogim). Okazało się, że wcześniej studiował w Jerozolimie i stamtąd właśnie przyjechał, żeby w Oxfordzie dalej zgłębiać teologię. Poznałem też Filipa, doktoranta z ekonomii, który dwa lata, które ja rozpoczynam, zakończył już rok temu. Daje mi dużo wskazówek odnośnie nauki, przygotowania do egzaminów i podejścia do całej sprawy. Krótko mówiąc: nauki jest dużo, a praca w grupie popłaca jak nic innego.
Wracając z obiadu w Merton postanowiłem się zgubić w maleńkim centrum Oxfordu, wybierając drogę na ślepo. Kierowałem kroki w te uliczki, których jeszcze nie znałem. I zgubiłem się, bo nagle wyrosły przede mną wrota college’u, którego wcześniej nie widziałem. Porter powiedział, że to New College i pokierował do dwóch miejsc, które każdy chce zobaczyć: kaplicy i jadalni. Kaplica zadziwiła mnie i zachwyciła, jest jedną z ładniejszych, jakie dotychczas widziałem w Oxfordzie. Strzeliste gotyckie okna, ściśnięte stały w szeregach wypełniając wysokie kamienne ściany. Rzędy świeczek (w plastikowych tubach, pewnie ze względu na przepisy przeciwpożarowe…) pokrywały całą długość drewnianych ław. Na zewnątrz rozciągał się kwadratowy trawiasty skwer, otoczony ze wszystkich stron krużgankami, skąd spoglądali zaklęci w kamień zasłużeni absolwenci. Połowa trawnika skryta jest w cieniu pod rozłożystą koroną ogromnego drzewa i stoi tam tylko malutka drewniana ławka. Ile pokoleń widziały już te mury? Ilu studentów wspinało się na to drzewo albo szukało ciszy i spokoju pod jego liśćmi? W tych murach, jak w słojach drzewa, zapisana jest niewidzialna historia: były tu, kiedy w Anglii szalała wojna domowa, kiedy Henryk VIII powiedział papieżowi „veto” i kasował zakony, spoglądały, jak karczowano drzewa na potrzeby rewolucji przemysłowej, jak budowały się pierwsze fabryki, a całe państwo rosło w siłę. A teraz milczą. Ale mimo to nie można uciec od ogromnego ciężaru historii, lat i wieków, które ludzka historia zaklęła w tym miejscu.
Okazuje się, że jest wiele osób, które nie są do końca zorientowane w tym, co się dzieje na zajęciach. Więcej nawet, są tacy, którym naprawdę nie zazdroszczę – krążą już historie o jednej bohaterce, która jak błędny rycerz trafiła na magisterkę z ekonomii w Oxfordzie, studiując wcześniej tylko politologię. W praktyce oznacza to, że być może nigdy nawet nie słyszała o różniczkowaniu. Nie mówiąc już o całkach, rozkładach normalnych, optymalizacji, regresji, macierzach. Nie rozpatrywała modelu wzrostu Solow’a. Nie łamała sobie głowy nad dylematem więźnia i optymalnymi decyzjami monopolisty, które chce odstraszyć konkurentów. A tej chwili traktowana jest, jak wszyscy inni, jako osoba, która ma całą tą wiedzę w małym palcu. Naprawdę jej nie zazdroszczę.
Jednocześnie cieszę się, że z kilkoma kolegami udało nam się zebrać grupę roboczą, w której pracujemy nad zadaniami. Raz dlatego, że zwykle to nie ja ich, ale oni mnie ciągną w górę, a dwa, że zajmuje to 1/3 czasu, który potrzebowałby każdy z nas z osobna. Współpraca faktycznie popłaca. Poza tym tutaj nie jestem już w tak komfortowej sytuacji, żebym mógł pozwolić sobie na samotny perfekcjonizm. Ciekawe, że to tutaj po raz pierwszy w życiu tak naprawdę pracuję w grupie…
Makroekonomia: sala wykładowa: 60 czarnych, wygodnych foteli, zapełnionych przez mniej lub bardziej elegancko ubranych studentów. Dobiega 9.30 i powinien rozpocząć się pierwszy wykład makroekonomii. Ale się nie rozpoczyna. Lekka konsternacja zaczyna wypełniać salę, zdaje się narastać z biegiem czasu. W końcu przerywa ją niski człowieczek, rzekłbyś: woźny, ubrany w T-shirt i jeansy ze stertą kser w rękach. Nasz profesor…„Pamiętam, jak 14 lat temu siedziałem na waszym miejscu, na pierwszym roku magisterki. Kiepsko mi szło, byłem noga z mikro. Ale jak widzicie, można być kiepskim z mikro i i tak zostać profesorem na Oxfordzie”.
Popołudniu w grupie mamy rozwiązywać ekonometrię. Kiedy w bibliotece wchodzę do Sali komputerowej, widzę pięciu kolegów siedzących przy komputerach, a na każdym monitorze widoczne znajome logo: „Wikipedia”…byłem tym w dziwny sposób zawiedziony, ale czas pokazał, że Internet, a zwłaszcza darmowa encyklopedia, były z pewnością najszybszym źródłem na znalezienie szukanych wzorów i wskazówek w problemach. Drugim było ksero od profesora, gdzie rozwiązania naszych problemów podane były na tacy – kilka rozdziałów dalej. Tydzień później okazało się, że wszystko rozwiązaliśmy poprawnie. Wydaje się, że w matematyce nieistotne jest źródło wiedzy, ale fakt, że daną teorię czy narzędzie matematyczne się przerobi i przyswoi.
Popołudniu dociera wreszcie paczka z Polski – w końcu mogę zacząć biegać! W paczce dociera też kilka pysznych ciasteczek, które zastępują mi obiad.
Pod wieczór przychodzi Sasza i chwilę rozmawiamy o minionym tygodniu. Sasza twierdzi, że jeszcze nigdy w życiu się tyle nie uczył, na co odpowiadam mu, że przez ostatnie trzy lata specjalnie w ogóle dużo się nie uczył…
Ekonometria: nasz nauczyciel to elegancki, ubrany w garnitur, okrągły pan o równie okrągłej twarzy. Przez 45 minut opowiada nam, o czym będziemy się uczyć po czym pomału, niemal delikatnie, zaczyna tłumaczyć podstawy prawdopodobieństwa. Te same, które poznaje się w trzeciej klasie liceum: aksjomaty prawdopodobieństwa Kołmogorowa, zdarzenie losowe, przestrzeń probabilistyczna…cała ekonometria w jego wydaniu wygląda na łatwą i przyjemną. I, co najważniejsze, zrozumiałą. Więcej nawet, cały czas żartuje, to z ekonometrii, to z siebie: „How embarassing! I don’t know what the minimum wage is!”. Niestety 100-stronicowe ksero, które zastępuje nam podręcznik, obejmuje materiał tylko na najbliższe 6 wykładów…
Jako, że byłem bardzo zmęczony, postanowiłem się przespać. Pomiędzy zajęciami, rzecz jasna. Dlatego w pół godzinnej przerwie zdążyłem się zdrzemnąć na 20 minut – we własnym łóżku!
Wieczorem w przypływie impulsu chwytam za gitarę, myślami i dźwiękami przenosząc się na Albayzín, do zlanej żarem południa Granady, gdzie flamenco rozbrzmiewa i na ulicach, i w sercach. Na szczęście w moim graniu zostało coś jeszcze z niezwykłego ducha tej muzyki…puk puk! Pomyślałem, że może ktoś przechodził i usłyszał dźwięk gitary, zaciekawił się, szansa na kontakt z nową osobą…to sąsiad (o którym nie wiedziałem) przyszedł prosić, żebym grał ciszej…
7.30. P90X. 90-dniowy program codziennych ćwiczeń, które mają poprawić sylwetkę, siłę, skoczność, wytrzymałość i pewnie zaprowadzą nas prosto do bram Raju…autorzy sugerują, żeby zrobić sobie zdjęcie „przed”, bo „po” będziemy już nie do poznania…
Pierwszy wykład: mikroekonomia. Przez pierwsze dwa tygodnie uczy nas Sudhir Anand, Hindus. O funkcjach użyteczności i krzywych preferencji mówi z nie mniejszym zapałem niż mój Dziadek, kiedy opowiada o rozwoju NSDAP i dojściu Hitlera do władzy. Co więcej, nie udostępnia swoich notatek w formie wydrukowanej, więc kreśli pisakiem po tablicy, a my za nim w zeszytach. Potem my odpoczywamy, a on metodycznie spsikuje tablicę jakimś magicznym płynem, który pomaga mu ją wytrzeć. Ten rytuał jest zupełnie niepotrzebny, a przez to niezrozumiały i zabawny zarazem.
Popołudniu uczę się w bibliotece college’u, ale o zachodzie słońca moje ręka bez pytania chwyta za aparat i wychodzę robić zdjęcia. W wysokiej wieży wnoszącej się nad bramą wejściową tkwią jeszcze niewzruszenie piękne stare okna o metalowych ramkach z wprawionym w nie pojedynczym szkłem. Powoli pnę się po kręconych, kamiennych schodach na sam szczyt, skąd rozciąga się urocza panorama południowej części centrum. Przez okna, które otaczają niczym w latarni morskiej całą długość ścian, wpadają ostatnie złote promyki. Są jeszcze drewniane drzwiczki zabezpieczone kłódką, za którymi pewnie czeka taras widokowy. Postanawiam, że kiedyś tu wrócę – z właściwym kluczem…
Wieczór jest jak spotkanie ze starym przyjacielem. Kiedy biorę w dłoń shinai [bambusowy miecz], pamięć budzi się i przywołuje dawne nazwy: tsuba, jodan, hiki tsuke, tenouchi i najważniejsze: ki-ken-tai-chi. Ręce i nogi budzą się z dawnego snu i przypominają sobie dawne ruchy. Krok, zamach, proste cięcie i okrzyk: „Meeeen!”. Kendo przez 3 lata było zakazanym owocem, niespełnioną ambicją. Zamiast tego ćwiczyłem samą tylko technikę walki mieczem samurajskim, nigdy nie próbując jej w sparingu. Teraz jest szansa, ale czy jest tez czas? Zobaczymy…
O 11 byłem u dominikanów na mszy po Polsku. Trafił się przyjezdny ksiądz z Jerozolimy, który wyjaśnił przypowieść o bogatym młodzieńcu. Chodzi więc o to, żeby nie przywiązywać się do bogactw. To znaczy, że pieniądze mają służyć nam, a nie my im. Zauważmy jeszcze to, że BOGaty oraz uBOGi mają ten sam rdzeń – Bóg nie zabrania się więc bogacić, nie wolno jednak z tego bogactwa uczynić celu i własnego jarzma.
Popołudniu byłem na chwilę w naszej świetlicy. Wszedłem i ogarnął mnie zachwyt: na kanapach ktoś siedział i wbrew pędzącemu w Oxfordzie czasowi spokojnie czytał, a w tle płynęła muzyka klasyczna. Płynęła prosto ze źródła, strun wiolonczeli i pianina, na których grali Ben i Silja. Ot, w wolnym czasie grali sobie sonatę Griega.
O 18 w niedzielę cały Oxford dzwoni. Rozbrzmiewa w różnych tonach i gamach, bo każdy starszy college ma swoją kaplicę, w której będzie się odbywać evensong, czyli anglikański odpowiednik nieszporów. Każdy college cieszy się też własnych chórem, który w niedziele uroczyście wyśpiewuje hymny podczas nabożeństwa. Cała sprawa evensongów, tak jak jadalni w poszczególnych college’ach, nosi znamiona kolekcjonerstwa. Przede wszystkim: odwiedzić je wszystkie. Następnie: porównać. Omówić. Zobaczyć kaplice, chóry, stroje. Na pierwszy raz udaliśmy się do Christ Church, college’u słynnego nie tylko ze swoich bogactw, ale też z kaplicy, która w istocie nosi miano katedry.
Treść pieśni była bardzo ładna, natomiast anglikańskie gamy i akordy do mnie nie przemawiały. Aaron natomiast bardzo się wzruszył. Nasza wyprawa została nagrodzona pięknym zachodem słońca nad wieżami college’u.
Na kolację robię stir-fry, mały hokus pokus na patelni. Później przychodzi głodny Richard i twierdzi, że super gotuję. Ja twierdzę, że nie, ale on obstaje przy swoim. Kiedy proponuję pół porcji odmawia, bo „nie chce być pijawką”. Po czym odgrzewa sobie pizzę.
Wracając ze sklepów, przechodziłem przez Cornmarket Street, czyli oxfordzki deptak. W pewnej chwili spomiędzy sunącego nieustannie tłumu wyłania się wielki szyld z napisem „HEALING” („UZDRAWIANIE”). Zaraz za nim stoją dwa krzesła, na których siedzą niepewni nieco „pacjenci”. Przy każdym z nich, po obu stronach, klęczą mężczyźni z wyciągniętą nad głowę uzdrawianego dłonią. Klęczą i modlą się.
W pośpiechu minąłem ich i dopiero po kilku metrach dotarło do mnie to, co zobaczyłem. W pamięci powróciły fragmenty Biblii o uczniach Jezusa, którzy uzdrawiali: „Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją” [Mk 16:18], „Wtedy wkładali na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego” [Dz 8:17]. Jak w rzeczywistości wyglądało to, o czym tyle razy czytamy w Ewangeliach i słyszymy w kościele? Co oznacza uzdrowienie wiarą, modlitwą i łaską Bożą? To właśnie, że cały proces dokonuje się poprzez te trzy czynniki – wiarę uzdrawianego, modlitwę uzdrawiającego i łaskę Boga. Ale przecież żaden z nich nie jest widzialny! To samo, co działo się 2000 lat temu na terenie dzisiejszego Izraela, działo się tutaj, teraz, na moich oczach!
Zawróciłem. Jak to się dzieje – zapytałem starszego pana, jednego z tych, którzy wcześniej klęczeli i się modlili – że ktoś doznaje uzdrowienia? „Dzieje się to w ten sposób, że osoba wyzbywa się związków z diabłem i złem, z okultyzmem w różnej postaci; otwiera się na działanie Ducha Świętego, który mocą Bożą uzdrawia, a nasza modlitwa ma tylko w tym pomóc, ma charakter wstawienniczy”. Mój sceptyczny umysł kazał mi zadać jeszcze jedno pytanie: czy wiecie, jaki jest faktycznie skutek waszych modlitw (w głowie miałem wyrażenie „success rate”, ale wydało mi się ono nieprzyzwoite w tym kontekście…). Otóż tak, ludzie wracają, czasem po kilku dniach, czasem po kilku tygodniach, podziękować i powiedzieć, że faktycznie doznali uzdrowienia. Teraz, kiedy piszę, wydaje mi się to dużo bardziej niesamowite, niż kiedy stałem wśród przepływającego wokół tłumu, rozmawiając z tym człowiekiem modlitwy twarzą w twarz. Ale czy nie jest tak zawsze, że cała niezwykłość szczególnych chwil ujawnia się nie tyle poprzez samo doświadczenie, ale przez kontrast z „normalnością”?
Krążę po centrum i szukam taniej odzieży. Jutro wieczorem jest bal przebierańców, a ja nie mam co na siebie włożyć. Niektórzy zrobili inaczej: rano spod akademika ruszyła pielgrzymka na Cowley Road, które jest oazą lumpexów. Ja postanowiłem działać sam. W Oxfamie, „charity shopie”, przymierzam używane marynarki za kilka funtów. Czy w tej będę chociaż trochę przypominał Indianę Jonesa? A może ta niebieska koszula wystarczy jako góra do Jokera? Byłem jeszcze w British Council Research, innym lokalnym lumpexie – wszystko tanie, ale nie w tych kolorach, których potrzebuję. Przy stojaku ze spodniami zaczepiam Muzułmankę, pytając, gdzie można dostać woale-szarfy na głowę. Potem biegam między regałami i piętrami w Marks&Spencers, Primarku, Monsoon, …przeceny niesamowite, rękawiczki z polaru za 1.76 funta, 2 czapki polarowe za 2 funty…pewnie prosto z Chin. Jest ogrom rzeczy, od mnogości kolorów (w tym sezonie modny jest fiolet) i krojów, od całego tego przybytku naprawdę boli mnie głowa. Dlatego z ulgą wracam do domu, nawet mimo tego, że nic nie załatwiłem.
Wieczorem bal przebierańców, więc w akcie desperacji zmajstrowałem strój Popeye’a (to ten marynarz, który po zjedzeniu szpinaku stawał się niepokonany). Koszt – pocięty T-shirt i zabawa w origami, żeby zrobić marynarski kapelusik. Tematem na przebranie było hasło „nie chcę dorosnąć”, więc na parkiecie spotkać można było kapitana Planetę, Indianę Jonesa, wróżkę, właściciela fabryki czekolady, dziecko w (ubabranej) pieluszce, zbuntowanego nastolatka, myszy z kreskówek, a nawet kurczaka z McDonalda, który bardzo dosłownie potraktował hasło. Zabawa trwała niezbyt długo, bo o pierwszej zwinął się DJ i sprzęt grający. Ja, zamiast szaleć na parkiecie, szalałem z obiektywem pożyczonym od kolegi. Oto rezultaty:
Dzisiejszy dzień był jak film, którego fabuła opleciona była wokół centrum, serca naszego college’u – akcja rozwijała się powoli, żeby pod koniec porazić burzą wrażeń. Kilka scen z tego dnia:
Scena pierwsza: 15.55, wchodzę na przedni dziedziniec college’u. Rozglądam się dookoła, z czterech stron wnoszą się stare jak sam Oxford mury Balliol college. Wchodzę do klatki V, której numer jest wyryty w piaskowcowym kamieniu nad drzwiami. Schody prowadzą mnie w górę, co raz przez stare szyby w metalowych oprawach widzę to główną ulicę, to znów dziedziniec. Trzecie piętro okazuje się ostatnim, ale z boku jest korytarzyk, który prowadzi mnie bo schodów centralnej wieży – kamienne spiralne schody zakręcają stromo pod górę, wąskim przejściem prowadząc mnie do siedziby mojego opiekuna. Kamienie, o które się wspieram musiały widzieć i byłych angielskich premierów, i Adama Smitha, i innych prominentnych członków Balliol. Wchodzę do pokoju opiekuna i przez moment myślę, że jesteśmy w bibliotece – oprócz ściany z oknem pozostałe trzy są szczelnie zabudowane regałami, te zaś uginają się pod ciężarem książek – od podłogi po sam sufit. Siadam na wygodnej kanapie, naprzeciwko mnie James Forder rozparty na krześle, z nogą założoną na nogę, i zaczynamy rozmowę.
Scena druga: Długi orszak postaci ubranych na czarno wchodzi do wielkiej ciemnej sali. Przecinają ją jaśniejące linie: to lampki, które układają się w równoległe rzędy na trzech podłużnych stołach. Nieco powyżej, na podniesieniu, stoi „high table”, a więc miejsce zarezerwowane dla najważniejszych gości – zarządu college’u i jego profesorów. Wszyscy ustawiamy się przy swoich miejscach i nagle, na komendę, zapada milczenie. Przez kilka sekund, jedną chwilę zaledwie, przenosimy się w czasie, cofamy o 50, 100, 200 lat, cofamy się o pół tysiąclecia, wracamy do końca lat osiemdziesiątych XIII wieku, salę wypełnia pamięć o tych wszystkich, którzy jak my teraz stali w milczeniu i słuchali. Ale czegóż to słuchaliśmy? Otóż na tych kilka sekund ciszę sali przerwała płynna łacina, więcej, modlitwa-błogosławieństwo.
Benedic, Domine, dona tua quae de largitate sumus sumpturi.
„Pobłogosław, o Panie, nas i Twoje dary”. Wyobraźmy to sobie: dwieście osób z każdego zakątka globu, z różnych krajów, kultur, religii, spotyka się na studiach w Oxfordzie, gdzie tryumfy święci wolna myśl i pluralizm, gdzie Richard Dawkins publikuje „Boga urojonego”, by wkrótce potem zostać skrytykowanym przez innego profesora z tegoż samego Oxfordu, a wszystko to dzieje się w Anglii, kraju o całkowitej niemal tolerancji religijnej, w którym od dawna przenikają się najrozmaitsze duchowe nurty, a samo chrześcijaństwo jest tylko jedną z „opcji”. W takim właśnie miejscu przed posiłkiem najbardziej honorowy gość wieczoru odmawia modlitwę, prosi Boga o błogosławieństwo!
Podano przystawkę, rybę, do niej białe wino. Towarzyszący mi ekonomiści (bo usadzono nas w grupach zgodnie z kierunkiem studiów) zaczęli rozmawiać o tym, czy Barack Obama zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla. Ze ścian spoglądali na nas dawni uczniowie, jak gdyby chcieli zadać pytanie: „A kim ty zostaniesz? Co zrobisz dla świata? Czy przyniesiesz naszemu college’owi sławę, tak jak i my to zrobiliśmy?”. Za wielkimi oknami, które przypominały wielkie witraże gotyckiej katedry, zapadła już noc. W pewnej chwili na sali zapadła cisza, a wszystkie oczy zwróciły się w stronę „high table”. Dyrektor rozpoczął mówić, a mówił tak, że z minuty na minutę wszystko wokół wypełniało się magią jego słów, tradycją i historią, które przywoływał z przeszłości.
„Balliol College otrzymał swoje statuty w 1282, prawie 20 lat po tym, jak zamieszkali w tym miejscu pierwsi studenci. Przez wieki rozwijał się i pielęgnował tradycje, które trwają do dziś. W szeregach studentów znajdowali się tacy ludzie, jak np. John Wycliff, pierwszy tłumacz Biblii na język angielski i jeden z pierwszych inicjatorów reformacji, Adam Smith, ojciec ekonomii wolnorynkowej, 3 Brytyjskich premierów i wielu innych zasłużonych ludzi, których widzicie na obrazach wiszących dookoła. Niektórych z was może dziwić system kolegialny, który jest niezależny od uniwersytetu, ale warto podkreślić, że taka struktura zapewnia zdrową konkurencję, a poza tym daje niezwykłą szansę na poznanie ludzi spoza swoich dyscyplin naukowych. Co więcej, taki układ zapewnia decentralizację władzy, która od samego początku była ważnym elementem Uniwersytetu Oxfordzkiego. Kiedy w 1167 Henryk VIII zabronił angielskim studentom pobierać nauki w Paryżu, przybyli oni tutaj, żeby stworzyć odrębny, niezależny ośrodek rozwoju myśli i nauki.
Przez ostatnie 6 lat pracowałem dla rządu, ale postanowiłem wrócić na uczelnię. Wiecie dlaczego? Bo różnica między pracą w biurze a pracą naukową jest taka, jak między jazdą na nartach a chodzeniem po górach. To pierwsze oznacza ciągłe wymijanie, uginanie nóg, niespodziewane zakręty i zwroty…to drugie natomiast to mozolnie wchodzenie pod górę, krok po kroku, czasami w grupie, ale częściej samemu. Przed wami stoi teraz taka szansa – macie wielkie możliwości i dobrze je wykorzystajcie. I piszcie, piszcie jak najwięcej, bo praca magisterska to coś zupełnie innego niż wcześniejsze eseje czy nawet praca licencjacka. Nie wstaje się rano z łóżka, żeby po chwili zdecydować: dzisiaj przebiegnę maraton…
Scena trzecia: to ponoć już tradycja w Balliol, że po pierwszej oficjalnej kolacji studenci częstowani są porto i czekoladkami. W połączeniu z garniturami i czarnymi sukniami robi to wrażenie bankietu lub arystokratycznej uczty – kto wie, czy nie takie wrażenie chcieli na nas wywołać starsi koledzy, którzy cały ów wieczór przygotowywali?
„W Oxfordzie jest 500 bezdomnych, ale tylko 40 pozycji do obstawienia. Dlatego rano są straszne kolejki, bo im wcześniej przyjdziesz, tym lepszy sobie zarezerwujesz rewir, no nie? Ale zaklepać można tylko na 2 godziny, dłużej nie, potem musisz wrócić…ale i tak trzeba wrócić do biura po nowe egzemplarze, bo ja zwykle kupuję na początek dnia trzy, czekam aż się sprzedadzą, żeby pójść i móc kupić znowu. Muszę zapłacić 75 pensów od sztuki, żeby potem sprzedać za 1.50 funta.”
Kto choć raz przejdzie przez ruchliwą ulicę w dużym angielskim mieście, nie może nie zauważyć Big Issue, czyli Wielkiej Sprawy. O to bowiem własnie chodzi – żeby nie minąć obojętnie, bo to nie byle co, to coś istotnego. Big issue to tygodnik sprzedawany przez bezdomnych. System ten ma zapewnić im szansę samodzielnego i legalnego utrzymywania się, „odzyskania kontroli nad swoim życiem”. Otrzymał liczne nagrody jako biznesowy sposób radzenia sobie z problemem społecznym.
„No więc dziennie to zarobię tak może z 20 funtów, wystarczy, żeby wziąć prysznic, jest taki tani prysznic jak się pójdzie tam dalej prosto, do tego jakiś ciepły posiłek, kilka herbat w ciągu dnia, czasem paczka papierosów. I jeszcze jakieś świeczki…tak, świeczki, bo dużo czytam wieczorami…Kiedyś sypiałem w schronisku za kilka funtów, ale czasem tam jest pełno, to wtedy na przykład jest parę dobrych miejscówek tu na trawie na cmentarzu. Gorzej zimą, bo wtedy nocą jest na dworze chłodno…”
Jest ciepły jesienny dzień, siedzę obok Neila na kamiennym chodniku już pół godziny i już robi mi się zimno. Na samą myśl o nocowaniu w samym tylko ubraniu na dworze przez całą noc ciarki przechodzą mnie po plecach. A cóż dopiero tak nocować przez całą zimę!
„Wiesz, wcześniej to miałem pracę, naprawiałem silniki dieslowe. Ale straciłem tą pozycję i nikt mnie potem nie chciał przyjąć. Ale teraz robię kurs na kierowcę autobusu, to znaczy muszę jeszcze zdać egzamin, bo pierwszy oblałem bo miałem ciut za mało punktów. Ale myślę, że teraz mi się uda. No i wtedy będę zarabiał 13 funtów na godzinę, to wystarczy, żeby codziennie coś odłożyć, kupić przyzwoite ciuchy, oszczędzać i po dwóch latach wynająć jakieś mieszkanie czy coś, a potem można zacząć myśleć dalej, no nie?”
Podoba mi się plan Neila. Cholernie mi się podoba. Ja studiuję ekonomię na Oxfordzie i codziennie pytam siebie: co dalej? Doktorat – bo można, wielka firma w Londynie – bo warto? A Neil ma konkretny plan. Sprzedaje gazety za śmieszne pieniądze, 75 pensów od sztuki. Ale działa. Działa i marzy – o własnych czterech ścianach, pewnej i stałej pracy, o powrocie do pięknej normalności, którą my na co dzień wyklinamy od szarej codzienności. Gdyby jakiś życzliwy inwestor zasponsorował mu autobus, to Neil ze szczęścia pewnie woziłby wszystkich wszędzie, gdzie tylko by chcieli. Życzę mu w duchu, żeby został kierowcą, żeby został nawet szefem wszystkich kierowców w mieście. Bo chociaż życie postawiło go na ulicy, wyrzuciło poza główny nurt, on mówi: nie! Nie zgadzam się, żeby tak to trwało! I nie dam za wygraną!
-------
więcej o The Big Issue: http://www.bigissue.com/History_34.php
Czas stworzyć w naszym korytarzu namiastki domu. Rzucam więc hasło: zjedzmy razem śniadanie! Z sobotnich zawodów (--> ..::Jak się bawi Oxford::..) została nam paleta jajek, więc pomyślałem, że to dobry powód, żeby zrobić tortillę. A nawet dwie. Miroslava zrobiła w swoim pokoju jadalnię, Fred zaparzył dobrej kawy i było miło.
Freshers Fayre, czyli targi, na których prezentują się wszystkie stowarzyszenia i kluby działające w Oxfordzie (uwaga: tylko te na szczeblu uniwersyteckim, bo każdy college ma dodatkowo swoje własne sekcje wioślarskie lub piłkarskie kółka filmowe itd.) to rzecz bez mała imponująca. Można odnieść wrażenie, że właśnie tutaj najpełniej wyraża się brytyjski duch pluralizmu, wielokulturowości, chęci stowarzyszania się i działania w grupie. Że tak jak pierwsze związki handlowe, które zawiązywali biznesmeni z Londynu podbijały świat (patrz np. Kompania Wschodnioindyjska), tak pierwsze formalne związki studenckie zakładane były właśnie tutaj, w Oxfordzie, w XIX wieku. Ale co konkretnie można tam znaleźć? Ano, znaleźć można prawie wszystko! Pomyśl o jakimś zajęciu, które chciałbyś robić, o jakimś hobby: problemem nie jest to, czy istnieje odpowiedni klub albo stowarzyszenie, ale żeby w tej mnogości konkurujących ze sobą straganów, ulotek, zdjęć i ludzi znaleźć to, czego szuka się naprawdę. Bo można też szukać na niby, czyli przechadzać się tylko i patrzeć, co studenci Oxfordzcy mają nam do zaoferowania, jak mogą nam zagospodarować wolny czas (albo ten, który wolny być nie powinien…). I wtedy będziemy zgubieni. Bo czyż nie warto przyłączyć się do klubu United Nations? Albo stanąć w szranki słownej szermierki w Debating Society?
Stać się członkiem najstarszej w kraju gazety studenckiej? Przy każdym z ciekawszych klubów przystawałem, brałem ulotkę, chwilę rozmawiałem. Skończyło się to tym, że po półtorej godziny wyszedłem z budynku z kilogramem ulotek i wypiekami na twarzy.
Ale po kolei: całe targi odbywały się w Examinations School, osobnym budynkiem przeznaczonym tylko na egzaminy. Przez pozostałą część roku wykorzystuje się pomieszczenia na wykłady i specjalne prelekcje. Na 3 dni pomieszczenia, korytarze i przestronne hole zapełniają się ludźmi, którzy agitują na rzecz swoich stowarzyszeń. Wchodzę – pierwsza sala to głównie kluby zainteresowania społecznego: Amnesty International, United Nations, klub prawniczy, stowarzyszenie Zarządzania i Ekonomii, gazeta studencka „Oxford Student”, kwartalnik społeczny „the Summit”, oxfordzkie grupa demonstrantów antywojennych: na swojej ulotce chwalą się: „Co robimy? Organizujemy demonstracje, petycje, przemówienia, kampanie bojkotujące i inne protesty które mają na celu podniesienie społecznej świadomości odnośnie tego, jak katastrofalny wpływ mają wojny prowadzone przez nasz kraj…” – na potwierdzenie tych słów przytaczają akcję z poprzedniego semestru: studenci, zbulwersowani Izraelską masakrą w Strefie Gazy, w liczbie 100 zajęli i okupowali Bodleian Library, prawie największą w Anglii i jedną z najstarszych w Europie bibliotek, domagając się, by Uniwersytet Oxfordzki zaprzestał inwestycji w przemyśle zbrojeniowym – na stronie obok widnieje szokujące zestawienie: podpis „w 2008 Uniwersytet Oxfordzki zainwestował 6 milionów funtów w myśliwce, helikoptery i bomby, które w grudniu 2008 zrobiły to…” i zdjęcie szkoły bombardowanej w Strefie Gazy. Zaraz obok mniejsze stanowisko grupy „Łapy precz od Irańczyków!”, która działa na rzecz wycofania wojsk z Iranu i powstrzymywania agresji Izraelskiej na Bliskim Wschodzie, przeciskając się między ludźmi, kątem oka zauważyłem czerwony napis: „Partia komunistyczna” (a dokładnie grupa korespondująca z komunistami)! Na stoliczku leży streszczenie „Kapitału” z wizerunkiem autora na okładce, obok plan spotkań w tym semestrze – tematy cotygodniowych spotkań wydają się interesujące „Źródła ubóstwa”, „Socjaldemokracja w teorii i praktyce”, „Kto zamiatałby ulice w państwie komunistycznym?”…kiedy tak się przypatruję, pytają, czy chcę się przyłączyć. Mówię, że jestem z Polski i historia pokazała nam, że komunizm nie bardzo ma przyszłość. W odpowiedzi słyszę, że są różne punkty widzenia na tą sprawę…kilka metrów dalej wpadam w wir sportu, widzę zdjęcia atletów, biegaczy, kolarzy, zbieram ulotki i płynę naprzód z tłumem. Brzegu chwytam się dopiero przy stanowisku triatlonu, bo poważnie zastanawiam się, czy się do nich nie przyłączyć. 6 treningów tygodniowo (gdybym chciał to trenować na poważnie) sprawia jednak, że rezygnuję. Krok dalej zabiera mnie do Walking Club, tutejszego odpowiednika Bootsów. Nie pytam o to, jak działają i co robią – wszystko to wiem z doświadczenia. I cieszę się, że będę mógł (mam nadzieję) nacieszyć się klubem bez odpowiedzialności przewodnika. Kto wie, może będzie mi tej roli brakowało? Po drugiej stronie przejścia zaczynają się rzeczy naprawdę ekscytujące. Wycieczki górskie bledną, kiedy zestawiam je z wyprawami w głąb jaskiń, a mam w pamięci słowa Goprowca, który oprowadzał nas w zeszłym roku po Yorkshire: podziemne korytarze w Anglii potrafią być bardzo długie, najbardziej rozległe mają ponad 50km…50km w głuchej ciszy i absolutnej ciemności, w martwym bezdźwięku, w którym każde uderzenie serca wydaje się hałaśliwe, w mroku, który przytłacza tak samo, jak skalne masy ponad głową…zamyśliłem się, tymczasem ulotka podaje, że weekendowe wyprawy pod ziemię to tylko 30 funtów. Chowam ulotkę z boku, wśród tych, które przeczytam jeszcze raz. Nagle słyszę, jak z oddali ktoś krzyczy „Ty!”. Podnosze głowę i widzę wymierzony w siebie palec, a za nim uśmiechniętą twarz „Tak, ty! Wiem, że chcesz jechać autostopem do Maroka!”. „Skąd wiedziałeś?” pytam przekornie i ściskam tą wycelowaną we mnie rękę. W ten sposób poznaję grupę autostopowiczów-wolontariuszy, którzy przez pół roku zbierają pieniądze na cel wspierania edukacji w ubogich krajach Afryki, szukając „sponsorów” swojej autostopowej podróży. Widzę nawet wyliczenie kosztów – 79% funduszy trafia bezpośrednio do szkół Trzeciego Świata. Od 1992 akcja ta objęła przeszło 5500 studentów, którzy zebrali łącznie 2,5 miliona funtów. To tylko kilka dni podczas przerwy wakacyjnej…a Maroko już od jakiegoś czasu jest na liście miejsc, które chciałem odwiedzić. Czy to może być przypadek? (mają jeszcze jedną ulotkę, ze zdjęciem z Maroka z przodu i Krakowa z tyłu [charakterystyczny pan Piwo, przechadzający się po ulicach przy Rynku] – chłopaki nie chcą wierzyć, że to nie Praga, kapitulują dopiero, kiedy mówię, że jestem z Polski i byłem tam wiele razy…). Podróżnicze szaleństwo nie ma końca- rozpalony wizjami kolejnych wypraw, trafiam na szyld „Exploration Club”. Klub ma się czym poszczycić – kulturowe i przyrodnicze wyprawy do Chin, Indii czy dalekie wyspy Pacyfiku…czytamy: „Przez 75 lat Oxfordzki Klub Eksplorerów odwiedził każdy kontynent i każdy ocean. Wyprawy powróciły z nowymi gatunkami roślin, ptaków, ssaków oraz przeprowadzały badania antropologiczne, archeologiczne, biologiczne i geologiczne na całym świecie”. Dalej ciągną się sekcje muzyczne, taneczne, chóry i trupy teatralne. Wychodzę z wielkiej Sali, schodzę po szerokich schodach i…przede mną otwiera się kolejne pomieszczenie, większe jeszcze od poprzedniego! Widzę sportowców wszelkiego rodzaju, piłkarzy, siatkarzy, wioślarzy, żeglarzy, tenisistów, a nawet graczy polo w wodzie. Idę jednak dalej, w następnym przejściu między stolikami widzę już charakterystyczne sylwetki wojowników w ciemnoniebieskich strojach, metalowe osłony, zza których nie widać twarzy i bambusowe miecze, wyślizgane i zabrudzone – mocno zużyte. Kendo. Japońska szkoła walki na miecze, pozostałość po kenjutsu, czyli szkole walki bronią, której używaną na polach bitwy, podczas pojedynków albo krwawych zemst rodowych i najazdów. Zmieniły się bronie, drewno zastąpiło metal, do walki na śmierć i życie wprowadzono zasady i punkty, ale duch pozostał ten sam. Kiedy stoisz naprzeciw granatowego wojownika, a czubek jego miecza celuje w twoje gardło, to tak, jak gdybyś zaglądał w oczy śmierci. Ale ty też masz miecz, możesz się bronić, więcej, możesz zwyciężyć, musisz zwyciężyć, więc krzyczysz, żeby go przestraszyć, przerazić, pokonać samym duchem walki…znów się zamyśliłem i wspomnienia treningów, w których uczestniczyłem kilka razy tylko jako obserwator, zaczęły do mnie powracać. Jestem prawie zdecydowany, więc biorę tylko ulotkę i zapewniam kendoków, że zobaczymy się na treningu. Nie wiem jeszcze, czy się przyłączę, to zależy od tego, jak w Oxfordzie wygląda karate. Zanim jednak się tego dowiem, muszę przebyć drogę przez wszystkie inne sztuki walki: Koreańskie Teakwondo, niszowe i syntetyczne Bujinkan Budo Taijutsu (czyli zakamuflowane ninjitsu, sztuka walki zabójców rodem z Japonii – znana z tego, że nie była jedną konkretną szkołą, jak Aikido lub Karate, ale brała „to, co najlepsze” z każdej ze szkół, uzupełniając trening sztuczkami i niekonwencjonalnymi technikami), kolejna sztuka walki z Korei, Sulkido (nigdy o niej nie słyszałem), Jitsu (jakaś hybryda oryginalnego Jiu Jitsu, japońskiej szkoły samoobrony), Aikido („wywodząca się z technik używanych na polach bitwy średniowiecznej Japonii do obrony przed mieczami i innymi broniami”). Każda szkoła zapewnia mnie o skuteczności swoich treningów, pucharach zdobywanych w zawodach i trenerach, którzy pół życia spędzili na wychowywaniu kolejnych pokoleń adeptów sztuk walki. Wreszcie trafiam do sekcji Karate: ulotka mówi „Współzawodnictwo. Wysportowanie. Dyscyplina.” Zdeterminowany wzrok karateki na zdjęciu wydaje się to potwierdzać. Pozostaje mi więc wybór: karate czy kendo? Zajrzę na trening do obu, może to mi ułatwi decyzję…
Minęła już godzina od wejścia, a do końca mam jeszcze daleko. Zszedłem teraz na parter i jeszcze w korytarzu trafiłem na część religijną: oto libertarianie („wierzymy w rozszerzanie wolności do maksimum”), tuż obok ulokowali się ateiści, metr obok, ściśnięci w kącie, siedzą przedstawiciele Świeckiego Towarzystwa Oxfordu. Za progiem zaczyna się Bóg: ramię w ramię kwestują katolicy i prawosławni, jedni i drudzy oferują nabożeństwa, grupy Biblijne, wspólne gotowanie. Zanim wyjdę, mijam jeszcze Sikhów i, naturalnie, muzułmanów.
Idę dalej, ale wyjścia wcale nie widać. Kolejny pokój w tym labiryncie wypełniony jest tym wszystkim, co trudno zaklasyfikować: grupa smakoszy wina, chłopcy od bractwa rycerskiego (tematyka nordycka, utożsamiają się z Wikingami), Gildia Zabójców (nazwa robi wrażenie, zwłaszcza, kiedy na stole wystawiony jest cały arsenał broni białej – miecze, pałki, włócznie, sztylety…), czyli gracze RPG oraz Klub Fotograficzny. Kiedy zapisywałem swoje imię na liście emaili, usłyszałem „Skąd jesteś?” i okazało się, że klub ten prowadzi Kinga z Polski. Jeszcze milej zaskoczyła mnie wieść, że członkowie do dyspozycji mają aż 2 ciemnie i studio, a także lekcje prowadzone przez profesjonalnego fotografa. Kolejna ulotka, którą odkładam do specjalnej przegródki. Wychodzę z nadzieją, że za drzwiami zobaczę światło dzienne…
…niestety. Pozostała jeszcze część międzynarodowa, a raczej multi-narodowa. Wygląda to tak, jak gdyby każda narodowość postanowiła zorganizować się niezależną grupę i działać, spotykać się, integrować i coś organizować. Widzę flagi Armenii, Kanady, Niemiec, Hiszpanii, widzę Rosjan i Żydów, widzę też naszych. Program nie zapowiada się tak oszałamiająco, jak w niektórych innych grupach, ale wybiorę się, żeby poznać parę nowych twarzy.
Jest jeszcze osobny pokój, gdzie ściśnięte są wszelkiej maści Stowarzyszenie Azjatyckie: koreańskie, chińskie, japońskie, tajskie, a nawet jedno wspólnotowe, łączące wszystkie kraje Południowo-Wschodniej Azji i Pacyfiku.
Koniec? Nie, przed wyjściem zaczepia mnie jeszcze chodząca elegancja, pan ubrany w doskonale uszyty garnitur, zachęcając do kupienia marynarek, koszuli, muszek czy garniturów po promocyjnej cenie. Mijam stanowisko armii, by natknąć się na biżuterię Oxfordzką: srebrne i złote sygnety z logiem uniwersytetu, wsuwki, łańcuszki i spinki do mankietów. Ich motto: „Upamiętnij swoje osiągnięcie!”. Na koniec zgarniam jeszcze kilka ulotek klubów, do których pewnie nigdy nie pójdę. I kawałek pizzy od sponsorów całego tego bałaganu…
Wreszcie wolny! A jednak…chociaż oddalam się szybko, mijając rosnącą kolejkę studentów, to myślami wciąż jestem w środku, patrząc na zdjęcia z wycieczek, prowadząc w myślach debaty, wsłuchując się w chóralne śpiewy kościelne, wylewając siódme poty na treningach sztuk walki i zajadając się przysmakami Azjatyckiej kuchni. W wyobraźni już jestem członkiem tych wszystkich klubów. Całe szczęście, że wyobraźnia nie podlega prawom czasu…
Freshers Week trwa, to już 6 dzień i niektórzy robią sobie dzień wolnego od imprezowania, bo…nie dają rady. Ktoś słusznie zauważył, że przydałby się potem tydzień na odsapnięcie od intensywnego bawienia się i zapoznawania. Ale nie, nie ma taryfy ulgowej – przeciwnie, zaczyna się wybór! Dziś wieczorem „pub crawl”, czyli wizyty kolejno w różnych miejscach, w których można się napić i porozmawiać (znowu to, co Anglicy lubią najbardziej…). Do dyspozycji mamy jednak 3 warianty:
a) „Pub golf” – bardziej niż cokolwiek innego przypomina to dzikie wyzwanie, a atmosfera współzawodnictwa jest wręcz namacalna. Idea golfu pubowego jest podobna do samego sportu (stąd też, rzecz jasna, nazwa) – tak jak w golfie każde pole ma ustaloną ilość uderzeń, po których piłka musi trafić do dołka, tak każdy pub ma przypisaną ilość łyków, w których trzeba wypić duże piwo (pint). Oczywiście są punkty karne za przekroczenie tej liczby i premie, jeśli zmieścimy się poniżej. Dla przykładu: w piątym pubie (spośród łącznie dziewięciu – przyp. autora) liczba wynosi dwa, więc mamy pół litra piwa do wypicia na dwa razy. Jeśli uda się nam wypić duszkiem, dostajemy premię, jeżeli potrzeba nam będzie więcej niż dwóch łyków, naliczają się punkty karne. Witek, Czech z korytarza, pokazywał mi potem swoją tabelę punktową, chwaląc się, że dobrze mu szło – w każdej rubryce miał coś nabazgrane. Najbardziej zaangażowani ubierają się nawet w strój golfowy – kraciastą marynarkę i beret. Widziałem takich kilku, kiedy wychodzili na miasto…
b) Cocktail crawl – cocktail to po angielsku drink (zaś koktajl to smoothie), więc była to opcja dla tych, którzy uważają się za lepszych i nie chcą, tak jak hołota powyżej, żłopać piwska (albo po prostu chcieliby zobaczyć bary spokojniejsze niż hałaśliwe wnętrze brytyjskich pubów).
c) College pub crawl – prawie każdy college ma swój własny bar, przeznaczony głównie dla swoich studentów. Ale idea wzajemnego poznawania się jest w Oxfordzie niezwykle silna i przezwycięża nawet międzycollege’ową (i czysto teoretyczną) nienawiść. Dlatego wyruszyliśmy na obchód do St. John’s, Merton i Magdalen (uwaga: czyt. [modlyn] ), żeby poznać naszych braci (w jednym z mniejszych college’ów, gdzie wszystkich studentów mieszka niecała setka, jest tradycja, żeby mówić o sobie wzajemnie „brat” i „siostra”, a sam college przydziela „rodziców”-opiekunów) żaków. St. John na St. Giles ma piękne stare mury i ładną kaplicę, ale bar niestety rozczarowuje – bardzo zwykły jak na takie miejsce. Merton mógł pochwalić się barem dużo lepszym i niezwykle klimatycznym MCR (czyli świetlicą) – staliśmy, rozmawiając, ściśnięci w wysokim starym pomieszczeniu i stropie wspierającym się na surowych drewnianych belkach. Wreszcie Magdalen – miejsce jak ze snu! Trudno uwierzyć, że żelazna brama, którą przekraczaliśmy, wchodząc na teren college’u to nie wrota czasu, które przeniosły nas do średniowiecza! Idziemy kilka minut, pokonując krużganki wzniesione z kamiennych płyt, przechodzimy przez brukowane place i przejścia o krzyżowych sklepieniach, mijamy zadziwieni wielkie skwery idealnie przyciętej trawy, otoczone z czterech stron murami akademików. Mógłbyś pomyśleć, że to ogromny klasztor i niebawem zobaczysz sunące słabo oświetlonym korytarzem postacie zakonników. Albo rozległe zabudowania zamku, przejścia przyozdobione herbem władcy – czyli college’u Magdalen. Za murami rozciąga się nie ogródek, ale park, w którym na wolności żyją jelenie…
Wybrałem opcję c), jako najbardziej krajoznawczą.
Przez północą pożegnałem jednak kolegów i pognałem do kościoła filipinów. O 23.45 rozpoczynała się tam uroczysta kompleta (ang. „compline”, czyt: [komplyn], a nie [komplajn] bo Cię nie zrozumieją) odprawiana przez dominikanów. Powód? Na 24 godziny zawitały do Oxfordu relikwie św. Teresy z Lisieux. Zanim wszedłem, musiałem ustawić się w kolejce (kolejne ulubione zajęcie Anglików). Czekałem prawie kwadrans żeby w ogóle wejść do świątyni, po czym okazało się, że kolejka wiedzie tylko do relikwiarza, a wokół jest pełno miejsca (jeśli za porównanie wziąć dominikańskie roraty, Triduum albo Pasterkę)…atmosfera pełna była adoracji i modlitewnego napięcia, lecz jednocześnie przesycona spokojem (a może już sennością?). Na posadzce leżało mnóstwo różanych płatków, które wypełniały powietrze podczas procesji wejścia. Dlaczego róże? Mówi się o św. Teresie, że bardzo lubiła te kwiaty, a także, że krótko przed śmiercią powiedziała: „Ja ześlę róże z Raju” jako obietnicę swojego wstawiennictwa za tymi na ziemi.
Co jakiś czas któryś z zakonników inicjował modlitwę, ale przez większość czasu modliliśmy się w ciszy. Wydawało mi się, że słabo się na to przygotowałem, bo raz po raz ogarniała mnie senność. Ale na koniec pozostało we mnie jedno jasne przeświadczenie, które Dawid tak opisuje w psalmie:
„Crash course” z matematyki prowadzi nas przez powtórkę równań różniczkowych. Trudno jednak powtarzać coś, czego wcześniej się na zna. Dlatego też, kiedy popołudniu odrabialiśmy zadania z chłopakami z grupy, czułem się jak ranny w walce żołnierz, którego towarzysze niosą na noszach. Szliśmy tak razem 4 godziny, ale dotarliśmy do końca. Całość się jakoś poukładała.
***
Jestem przygotowany na wojnę. Idąc na zakupy, zadzwoniłem do Saszy i okazało się, że on tez wybiera się do sklepu. Mając do dyspozycji samochód i transport pod dom, postanowiłem zrobić zakupy tak, jak lubię: raz, a dobrze. Poza tym przyrządzanie półproduktów jest szybkie i w miarę tanie. Właśnie dlatego nad umywalką stoją puszki z zupami i kurczakiem, obok leżą owoce, w szafie koło swetrów jest kilka kilogramów płatków śniadaniowych, a koszulami kilka paczek makaronu i ryżu. Przynajmniej jedną rzecz mam z głowy do grudnia…
***
Wieczorem znów wszyscy spotykamy się w MCR (Middle Common Room, czyli nasza świetlica). Dzisiaj „pub quiz”, czyli jedna z ulubionych rozrywek Anglików. Pytania dotyczą przede wszystkim Oxfordu i naszego college’u, a składają się z informacji zupełnie niepotrzebnych, ale ciekawych i zaskakujących. Czy wiecie np. że co 100 lat członkowie All Souls college (to ten, do którego należał Leszek Kołakowski) wyruszają na uroczysty obchód po krużgankach w poszukiwaniu gigantycznej kaczki, śpiewając przy tym pieśń na jej cześć? Runda dodatkowa polegała na degustacji whisky i zgadywaniu jej wieku, rejonu pochodzenia w Szkocji i nazwy. Niestety mimo tego, że objechałem rok temu pół Szkocji, niewiele mogłem pomóc…Na koniec odczytano nam 20 różnych „dokonań”, które mieliśmy przypisać różnym osobom z samorządu. Najlepsze: „swoją rozmowę kwalifikacyjną na doktorat w Cambridge odbył w samym tylko kapeluszu…dostał się”.
Wczesnym popołudniem kolejne zapoznawcze spotkanie. Mam wrażenie, że od tygodnia nic innego nie robię, tylko zapoznaję – ludzi, twarze, imiona, kierunki studiów. Tym razem przedstawiano nam pracowników naszego wydziału. Później przywitał nas opiekun naszego kierunku, Paul Klemperer, znany skądinąd z tego, że zaprojektował aukcję-przetarg na brytyjską sieć komórkową, który odniósł duży sukces. Po krótkim powitaniu („Oxford to zbieranina ludzi którzy są tutaj dlatego, że są inteligentni (to tyczy się kadry…ale studentów też)…i ogólnie rzecz biorąc, robią co chcą”. Przestrzegał jednak przed zbyt dosłowną interpretacją tego przesłania – nasz pierwszy rok składa się z ustalonych przedmiotów i bardziej niż praca badawcza czeka nas nauka konkretnej treści. Dlatego, mówił, skupcie się na tym i nie starajcie się brać dodatkowych przedmiotów – wystarczy wam pracy i tak…do domu możecie natomiast jechać w sobotę po 9 tygodniu [czyli 11 grudnia]. Generalnie rzecz biorąc nie ma zadań na okres przerw, poza jakimiś małymi esejami (nie wiem, co miał na myśli, mówiąc „małymi”…). Pisaniem pracy magisterskiej możecie zacząć się martwić pod koniec roku, kiedy trzeba złożyć wstępny temat i szkic. Niektórzy robią cos z tym przez wakacje letnie, inni nie. Byłoby idealnie, gdybyście zrobili troszeczkę, ale nikt nie oczekuje, że spędzicie w Oxfordzie lipiec i sierpień, badając swój temat. Ja osobiście myślę…tutaj Paul jakby troszkę się zawstydził tego, co miał powiedzieć…że to ostatnie wakacje, kiedy tak naprawdę nic nie musicie robić, więc warto je spędzić w inny sposób, np. przejechać rowerem Uzbekistan…
Wieczór to słuchanie rozmów o wielkim świecie – Amerykanie, których tu dużo, kończyli takie uniwersytety, że gdyby zebrać je razem, to pewnie wyszłoby z tego „top 10”. Harvard, Yale, MIT…a to jakiś kolega z klasy pracował w gabinecie Kofiego Anana, a to inna koleżanka założyła NGO w Rwandzie przy ministerstwie sprawiedliwości…naprawdę mi się to w głowie nie mieści…
Fajnie, że można z nimi też normalnie pograć w rzutki (darts).
W niedzielny poranek przenoszę się duchem do dawnych czasów. Piękne wnętrze kościoła filipinów wypełnia cicha łacina księdza zwróconego, jak wszyscy pozostali, w stronę krzyża. Sklepienie nad prezbiterium ozdobione jest kielichami i opłatkami – jak gdyby ten pokarm mszy świętej był dla nas tym, czym dla Izraelitów manna z nieba podczas tułaczki na pustyni. Spogląda na nas 36 postaci, stłoczonych wokół krzyża – to posagi świętych, którzy patrzą na nas „z nieba”, przez ołtarz, który zgodnie z odwieczną tradycją stanowi „bramę niebios”.
Dawno nie byłem na starej mszy (starej, czyli tej sprzed Soboru Watykańskiego II), więc niektóre łacińskie modlitwy uleciały już z pamięci. Na szczęście pan obok dzieli się swoim mszałem i liturgia staje się bardziej zrozumiała.
Przypadkiem spotkałem go po mszy i po krótkiej wymianie zdań okazało się, że studiuje historię ekonomii. Przypadkiem tak się stało, że zaczęliśmy rozmawiać o temacie jego doktoratu. Przypadkiem zorientowałem się, że minęły prawie 3 godziny, kiedy – już w kawiarni – kończyliśmy rozmowę (dokładniej: krytykę) o moralnej stronie kapitalizmu i podbudowującego go racjonalizmu. Wracałem do domu z listą nowych lektur i myślą uskrzydloną – nie tylko spotkałem ekonomistę katolika, ale w dodatku takiego, który rozumie, dlaczego ważny jest moralny aspekt tej nauki, filozofia, która leży u jej źródeł.
Od poznawania ludzi już boli głowa. Chyba właśnie dlatego amerykanie wymyślili Facebook – bo kiedy trzeba zapamiętać (a raczej: nie wypada nie pamiętać) dwadzieścia imion dziennie, to przypomina to zakuwanie na egzamin. A wygląda to tak: wchodzisz na dużą salę, rozglądasz się niepewnie pośród nieznajomych twarzy, nagle napotykasz wzrok sąsiada: Witaj, jak się nazywasz? Wojtek, a ty? Ja jestem Sashila. Co studiujesz? Ekonomię, a ty? Ja studiuję prawo. Skąd jesteś? Z Indii. Aha, a ja z Polski. A w jakim college’u jesteś? W Balliol, a ty? Ja w Pembroke. A gdzie to jest? Wiesz gdzie jest (tutaj następuje litania nazw ulic i budynków, których nie znam, więc tylko ugodowo kiwam głową). A co studiowałaś wcześniej? Też prawo, a ty? Ja też…chwila milczenia, rytuał pytań o imię, kraj, kierunek i college został przeprowadzony. Teraz albo się rozejdziemy, albo spróbujemy porozmawiać o nieco ciekawszych rzeczach: jaki masz pokój w akademiku, czy się zapisujesz na jakieś sporty, jak ci minęły ostatnie dni (które wszyscy nieodmiennie spędzają na różnego rodzaju rozrywce). Rozejście natomiast to powrót do punktu wyjścia, czyli rozglądania się, napotykania, przedstawiania i zapamiętywania. College’ów jest w Oxfordzie 38, każdy ma własną nazwę i tradycje. Kierunków ma uniwersytet bardzo wiele, więc nawet nie ma sensu strzelać, jeśli się nie pamięta. Wreszcie: są tu ludzie z całego świata, więc imiona brzmią tak obco, jak nazwy geograficzne państw środkowej Azji…
Dziś było barbeque, czyli kolejna darmowa kolacja.Fajnie, że komuś chce się to organizować. Wydaje mi się, że taki jest sens tego codziennego (przez tydzień) razem-się-bawienia. Taki właśnie, że będę przynajmniej dobrze znał swoich sąsiadów. Pozwólcie więc, że kilku przedstawię:
Mirosława – z Meksyku, robi doktorat. Chociaż ojciec był Polakiem, to po polsku potrafi powiedzieć tylko „nie mówię po polsku”. Mówi za to po hiszpańsku, co mnie bardzo cieszy.
Aleksandra – ze Słowacji, studiuje naukę o religiach (chociaż sama wierząca nie jest). Tym co nas łączy, jest Środkowoeuropejska niechęć do angielskich zasad bezpieczeństwa i regulaminów przeciwpożarowych – wydają nam się tak samo głupie.
Patrick – z Niemiec, robi doktorat z fizyki. Opowiadał nam, że system college’ów w Anglii został skopiowany z Niemiec, gdzie wcześniej był po prostu wspólnotą studentów mieszkających razem. Na bluzie ma logo klubu szermierczego, bo, jak tłumaczy, szermierka jest tym dla studentów uniwersytetu w Monachium, czym wioślarstwo dla Oxfordczyków. Bierze się to zaś stąd, że w pierwszych dekadach funkcjonowania uczelni (a było to późne średniowiecze) nie było jeszcze systemu bankowego, więc studenci przyjeżdżający na nauki musieli wieźć ze sobą worki pełne pieniędzy. Drogi zaś były niebezpieczne i pełne rabusiów, więc dyscypliną studencką stał się fechtunek, który miał służyć żakom za obronę. Do dziś pozostało to jako chlubna tradycja.
Paolo – from Italy, też robi doktorat z fizyki. Dumnie nosi swoją bluzę z napisem „Stanford”, bo chociaż studiuje we Włoszech, to prowadzi badania wespół z fizykami z amerykańskiej uczelni. Ale to, co wyróżnia Paolo z tłumu, to fajka. Fajka, którą sam wyrzeźbił. Tak to było – mówi – że kiedy się uczył i mu się już nie chciało, to szukał czegoś, przy czym by się mógł zrelaksować. I tak pewnego dnia odkrył, że na parterze jego bloku jest warsztat, w którym rzeźbi się fajki. Więc wszedł, porozmawiał i tak się zaczęło. Mówi mi też, że sam powinienem palić fajkę, bo to bardzo dobre, że sam Einstein mówił, że dopiero wtedy można zrelaksować umysł i dobrze się nad czymś zastanowić. I że to coś zupełnie, zupełnie innego niż papierosy. Raz po raz wyciąga zapalniczkę, żeby zapalić tytoń w główce. Raz po raz tytoń gaśnie, bo Paolo, rozpalony swoją własną opowieścią, zapomina o fajce i gestykuluje, pokazując mi, jak drobnym wiertełkiem drążył dziurkę w cybuchu.
Arjun – z Indii, studiuje tygrysy. Tzn. zoologię, ale zajmuje się tygrysami. Barwna postać, zawsze wesoły i roześmiany, chociaż przeszło 10 lat starszy od większości pozostałych. Poznałem go, przysłuchując się, jak z Anglikiem Fredem rozprawiał gorąco o krykiecie. Przerzucali się latami, nazwiskami, drużynami, a nawet przypominali sobie legendarne piłki sprzed 15 lat. Chwilami tylko przerywałem im, wstydząc się nieco, bo musiałem zapytać o jakąś elementarną zasadę lub nazwę – to tak, jak gdyby ktoś pytał dwóch fanów piłki nożnej, co znaczy karny, okienko lub spalony.