Monday, February 22, 2010

Środa: fotograficzny dzień

W maratonie po rześkich pierwszych kilometrach przychodzi czas na strategię. Na rozłożenie sił, cierpliwość i próbę sił. Podobnie w moim fotograficznym maratonie przyszedł czas na prawdziwą próbę.

Cherwell wysłał mnie na Chiński Festiwal Noworoczny.

Noworoczny – bo właśnie 14 lutego rozpoczyna się w 2010 Chiński Nowy Rok. Festiwal – bo tradycyjnie w Chinach ten „festiwal wiosenny” (tak brzmi dokładna nazwa) trwa dwa tygodnie, do pierwszej pełni księżyca, i zdobią go tradycyjne i nowoczesne śpiewy i tańce, pokazy sztuk walki, fragmenty dawnej chińskiej sztuki teatralnej i – oczywiście – jedzenie.

Dzień wcześniej opowiadałem Elwynowi o fotografowaniu. Powiedziałem m.in., że to raczej samotne zajęcie, że fotograf „jest zawsze raczej sam”. Dzisiejszy wieczór udowodnił mi, jak bardzo się myliłem.

Na miejscu miałem spotkać się z Maxem, koordynatorem fotografii. Zamiast tego natrafiłem na Jonathana, niskiego Chińczyka z dwoma wielkimi Canonami przewieszonymi przez ramię (2 korpusy 5D, 24-70 2.8L i 70-200 2.8L IS – chłopak nosił na sobie 4tys. funtów, a efekt wzmacniała markowa kamizelka Canona). Dopiero on zaprowadził mnie do Maxa, który przywitał mnie z uśmiechem. Wysoki i spokojny, trzymał w ręku coś, co przypominało mini-teleskop (korpus 5D, 28-300mm – to tak, jakby trzymał czek na 3tys…). Później Jonathan wprowadził mnie w planowany przebieg wydarzeń: najpierw taniec, więc najlepiej zdjęcia grupowe albo portrety na zbliżeniach, później występ indywidualny, więc używaj tele […] dalej tradycyjne chińskie przedstawienie, akcja na środku, ale w kluczowych momentach skierowana w lewo, więc lepiej stanąć z tamtej strony […] na koniec jeszcze pieśń pożegnalna, chór ustawiony w dwóch rzędach – mężczyźni w tyłu, kobiety z przodu, przed nimi dyrygentka, dobre zdjęcie będzie na szerokim kącie z plecami dyrygentki na pierwszym planie albo w boku, z rzędem twarzy wypadającym stopniowo z pola ostrości… - tutaj wstrzymał na chwilę głos, rozejrzał się i dodał – balans bieli najlepiej chyba ustawić na ok. 5500. 5500? – zapytałem z niedowierzaniem, patrząc na pomarańczowe światło rozlewające się po wnętrzu Sheldonian Theatre – czy to  nie będzie za bardzo… - Nie sądzę – powiedział Jonathan, bez słów odczytując moje wątpliwości – niektórzy aktorzy mają biały makijaż na twarzy, więc nie chcemy, żeby wyglądali zbyt biało i nienaturalnie.

Po chwili padło jeszcze pytanie o mój obiektyw. Chciałem go uniknąć, tak jak biegacz w trampkach unika porównań z białym i lśniącym obuwiem zawodowców. Dobrze, że miałem chociaż pożyczony od kolegi teleobiektyw do zbliżeń (70-200 f4L), bo inaczej czułbym się raczej nieswojo. Jonathan spojrzał na niego i powiedział, że to bardzo dobry sprzęt, a autofokus ma szybszy niż obiektywy nawet z wyższej półki. Na odchodnym dodał jeszcze: ISO 1600, migawka jakaś 1/10 sekundy…

Byłem pod wrażeniem. Dużym wrażeniem. Wszystko dostałem podane na tacy, nie tylko co do przebiegu przedstawienia, ale nawet konkretnych ujęć. Jonathan pokazał mi dodatkowo zdjęcia z próby generalnej, żebym wiedział, czego mniej więcej się spodziewać.

Rozejrzałem się po sali Sheldonian, szukając pierwszych ciekawych ujęć i miejsc z dobrą perspektywą. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z całej strategii, którą kierowała się grupa chińskich fotografów. Na drugim piętrze, dokładnie naprzeciwko sceny, stało stanowisko snajperskie: na statywie zamontowany był długi obiektyw wycelowany w sam środek (przypuszczalnie 100-400). Nieco z prawej, piętro niżej, siedział za balustradą Max, strzelając z drugiej linii. Przy wejściu, po tej samej stronie stał jeszcze statyw z kamerą i kolejny obiektyw. Jonathan i ja działaliśmy natomiast w pierwszej linii, biegając w przysiadzie pod wzrokiem widowni niczym żołnierze uciekający przed świszczącymi w powietrzu pociskami.

Kiedy zabrzmiał pierwszy akord i słowo piosenki, zrozumiałem swój błąd. Byłem na wielkich obchodach Chińskiego Nowego Roku, świętowanych przez długi wieczór przedstawień i występów, 3-godzinną celebrację chińskiej kultury. I nie znałem chińskiego.

I jeszcze ten stres. Po pierwszej godzinie zapełniłem jedną kartę pamięci. Została tylko druga i…2 godziny, które zapowiadały się równie ciekawie. Ostatecznie zmniejszyłem format zdjęć – małe zdjęcie jest w końcu lepsze niż żadne (z RAW na sRAW, mniejsza rozdzielczość, ale wciąż pozwala na szeroki wachlarz możliwości przy edytowaniu).

Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z ważniejszych lekcji fotografii w moim życiu, kiedy to musiałem mieć oczy dookoła głowy, dwie dodatkowe ręce do zmieniania obiektywów, stabilną dłoń po 2 godzinach mierzenia przez wizjer i przewidywanie na 5 sekund do przodu. Nie wiem, na ile udało mi się to zrealizować, ale samo wyzwanie było wielkim przeżyciem. I jeszcze jedna nauka, którą na pewno zapamiętam na długo – nawet w świecie fotografii nie biegniemy do mety sami. 




Chińska lutnia, "pipa"

Mnich z Shaolin, rozbijający na czole metalową sztabę


Tradycyjny Chiński teatr 


5 comments:

  1. zawsze w zyciu spotkamy bogatszych, szybszych, bardziej doswiadczonych lub po prostu lepszych od nas. wazne, abysmy potrafili sie uczyc od nich.to musiala byc niezla lekcja dla ciebie. piekne zdjecia!

    ReplyDelete
  2. swietne zdjecia. ale czy 1 10 sec to nie troche za malo jak na takie ujecia?
    lukasz

    ReplyDelete
  3. Łukasz - oczywiście. Albo się przesłyszałem, albo Jonathan przejęzyczył. Strzelałem na trybie manualnym, przysłonie 4 i migawce 125 i ISO 1250 (przy mnichu i kung-fu przekręciłem na 250 i ISO 1600). Potem wsyzstkie zdjęcia doświetliłem o 2 stopnie na komputerze.

    ReplyDelete
  4. No proszę! Udanego wykorzystania tej lekcji. (Czy był to flow? ;-)).

    ReplyDelete
  5. Okazuje że ludzie z różnych stron świata mogą być życzliwi. Zdjęcia są bardzo ciekawe i wspaniałe. Czyżby przygotowanie do kolejnego zawodu?

    ReplyDelete