Tuesday, February 2, 2010

Niedziela

óg może odpoczywać, ale my jesteśmy szaleni!”

Tak brzmiał mail, którego odebrałem w sobotę wieczorem. To Chris, nasz „lider” porannych ćwiczeń, zapowiedział bieg na niedzielne przedpołudnie. Jesteśmy szaleni przede wszystkim dlatego, że już dwa tygodnie wstajemy co dzień o 7 na godzinne intensywne ćwiczenia, których nazwa brzmi właśnie „Szaleństwo” [„Insanity”]. Bieg nie okazał się jednak żadnym szaleństwem, a przyjemną przebieżką wzdłuż rzeki w słoneczny zimowy poranek. Jednego tylko brakowało: przerębla na skutym lodem jeziorze, które tak dobrze znam z domu.

W południe z aparatem na ramieniu dotarłem do Teddy Hall, gdzie Oxfordzki Tydzień Mody (firma założona przez jednego ze studentów rok temu) przeprowadzała właśnie casting modelek i modeli na majową imprezę. To nie pojedyncze wydarzenie, ale cały tydzień atrakcji, spotkań i pokazów, pracowicie przygotowywany przez ponad pół roku. Oprócz wyselekcjonowanych studentek i studentów Tydzień Mody gości też profesjonalne modelki i modeli, którzy na tę okazję przyjeżdżają tutaj z Londynu. Ale na razie jest niedziela, koniec stycznia, i trwa pierwsza runda eliminacji. Nie było mi dane zostać tam długo, bo zjawił się też profesjonalny fotograf, który czekał, aż skończę (ponoć tak nakazuje etyka zawodowa) zanim sam przystąpił do dzieła. Opowiedział mi natomiast krótko o swojej pracy i chociaż nie rozumiałem połowy skrótów, to zapamiętałem jedno: jako fotoreporter miał sprzęt niemal identyczny jak mój (ściśle rzecz ujmując: obiektyw ultraszerokokątny, teleobiektyw, portretówka 50mm, zoom i lampa błyskowa). Wniosek: teraz pozostaje mi kształtować wyobraźnię i umiejętności.



Wieczorem wybrałem się, nietypowo (czytaj: nie chciało mi się wstawać o 7.30), na wieczorną mszę u dominikanów. Przeplatały ją psalmy i hymny, bo odprawiana była razem z nieszporami. Oprócz dobrej retoryki podczas kazania, która jest wpisana w definicję dominikanów, mają jeszcze jedną zaletę: pięknie śpiewają.

Na koniec: wystawa fotograficzna o Żydach! Tym razem, zamiast smutnych i przygnębiających świadectw holocaustu, zdjęcia prezentowały żydowską społeczność Lubavitch, ortodoksyjny nurt ich kultury otwarty na zmieniający się świat i jego postęp technologiczny. Wśród kilkunastu zdjęć wyróżniały się 3 portrety, gdzie twarze i ubiory były pomalowane na różne kolory w formie impresjonistycznej (jak gdyby artysta na chybił trafił losował barwę i z zamkniętymi oczami wymachiwał pędzlem). To był artystyczny podpis Frederica Arandy, autora wystawy, który na co dzień jest fotografem mody. Zaczynał 10 lat temu studiując japonistykę w Oxfordzie i uczęszczając na zajęcia klubu fotograficznego…

foto - Frederik Aranda

5 comments:

  1. Jak to brzmiało po angielsku? "God may rest, but we're mad"?

    Wiesz, jak przeczytałem pierwsze zdanie o modelach i modelkach, to pomyślałem, że sam wziąłeś udział w tym castingu...

    A czy fotografia mody (czymkolwiek by była) jest czymś, czym kiedyś mógłbyś chcieć się zajmować?

    ReplyDelete
  2. To tak jak ja z Darkiem - też zrobiliśmy sobie w niedzielne przedpołudnie małą, sympatyczną przebieżkę, podziwiając ciekawą okolicę i radośnie przybijając piątkę setkom małych dzieci stojących na poboczu. Wszystkie miały ciemnośniadą cerę, radosne oczy i kruczoczarne włosy. Trasa nie wiodła wzdłuż rzeki - raczej wśród gajów pomarańczowych i wzdłuż starych murów. Na koniec długimi szerokimi bulwarami w mieście.Takie osobiste zwiedzanie nowego miejsca. Takie 42 km razem z 3 tysiącami innych biegaczy, którzy tez przyjechali do Marakeszu.

    ReplyDelete
  3. ale ściemnia (Tomek oczywiście)- tych od 42km było niespełna 750 osób. Tłum ponad 3 tys. był, ale na pierwszym odcinku 10km. Później większość oddzieliła się (bo była rozsądniejsza) i kończyła swoją przebieżkę na 21km

    ReplyDelete
  4. Czy wy byliście uczestnikami tego samego maratonu, czy może kogoś poniosła fantazja?

    ReplyDelete
  5. Co łączy japonistykę z fotografowaniem mody, chyba zbyt duża rozbieżność, chyba że modelkami są Japonki?

    ReplyDelete