Tuesday, February 2, 2010

Sobota

Stoimy przed Muzeum Historii Naturalnej. Mówią, że to najpiękniejszy w Oxfordzie budynek neogotycki z epoki Wiktoriańskiej. Jak wszystko w tym mieście, także to miejsce zapisało się w angielskiej historii: 30 czerwca 1860 roku, 7 miesięcy po publikacji „O powstawaniu gatunków”,  spotkali się tu przedstawiciele kościoła anglikańskiego i czołowi naukowcy badający teorię ewolucji. Chociaż samego Darwina zabrakło, konferencja została zapamiętana jako wydarzenie. Naukowa koncepcja stworzenia wzięła górę nad koncepcją biblijną. Ale jak to w Oxfordzie bywa, „każdy świetnie się bawił i wszyscy razem poszli potem radośnie na wspólny obiad”.

Za strzelistym muzeum kryje się jeszcze jeden budynek, muzeum etnograficzne. Tutaj każdy krok jest jak kolejna podróż, każde pomieszczenie jak inny kontynent. Wszystkie przedmioty na wystawach tłoczą się przed oczami, atakują wyobraźnię, sprawiają, że cały świat nagle kręci się w głowie niczym wirujący globus. Czego tu nie ma! Wazy, misy, miseczki, z gliny, z drewna i z kamienia, ozdoby z kutych metali, paciorki z zębów tygrysa, naszyjniki z kości słoniowej, tarcze wojowników z Papui Nowej Gwinei, na których widnieje postać współczesnego bohatera kreskówek, posążki Buddy w rozmaitych wielkościach i grymasach twarzy, obrzędowe maski plemienne z serca Czarnego Lądu, azjatyckie wizerunki demonów…nad tym wszystkim, w wielkiej Sali, góruje totem Indian z Kanady. Dziesięciometrowy słup jest pamiątką po hucznej zabawie i jakimś ważnym dla plemienia święcie. Obecnie dawni właściciele przyjeżdżają tutaj, by go analizować, bo u nich taki styl już zaginął.

To wszystko zobaczyć może każdy, kto choć na chwilę zajrzy do Pitt Riverso Museum. Naszą nieliczną grupę czekały jednak większe atrakcje. Pani oprowadzała nas po roboczych pomieszczeniach, opowiadając, jaką drogę musi przebyć każdy przedmiot, zanim trafi na wystawę. Widzieliśmy drewniane kije ponacinane i przyozdobione runami. Nie były to jednak prymitywne miecze z zaznaczoną liczbą pokonanych wrogów, ale…skandynawskie kalendarze! Przyciskając nosy do szyby, zaglądaliśmy do pomieszczenia, gdzie na stole – ot, tak zwyczajnie – leżały święte koszule amerykańskiego plemienia Czarnych Stóp. Brytyjczycy są tolerancyjni i respektują wierzenia innych, więc mieli z owymi koszulami nieco kłopotów. Szaman Czarnych Stóp przyjechał specjalnie, ażeby nad tymi, którzy będą mieli kontakt z koszulami, odprawić specjalny rytuał namaszczenia. Klęczeli więc, z umalowanymi twarzami, kiedy szaman śpiewał i tańczył dookoła. Wszystko za sprawą „szacunku”. Inny rodzaj szacunku wyzwalał natomiast kamyk, który – uformowany w grot strzały – datowany był na 10 tysięcy lat przed naszą erą. 10 tysięcy lat temu ktoś, inteligentna, człowiek, nasz przodek, wypuścił strzałę, żeby upolować posiłek na wieczór. Potem grot leżał i czekał, patrząc spokojnie na ludzkie dzieje. Jeden kamyk, który zawiera w sobie wszystkie tomy ludzkiej historii – a my ten kamyk możemy trzymać w dłoni i obracać w palcach!

Popołudniu razem z młodzieżą w ramach naszego wolontariatu, z którą spędzaliśmy cały dzisiejszy dzień,  założyliśmy łyżwy i ruszyliśmy na lodowisko. Młodym szło lepiej niż studentom, a na koniec jedna z dziewczyn-opiekunek skręciła kostkę. Ale i tak było wesoło.

2 comments:

  1. Ładnie. :-) 1. Zawsze podobają mi się takie wielokrotne wyliczenia, jak w drugim akapicie; 2. dobry efekt daje przesunięcie informacji o wolontariacie (przy okazji: szacunek!) do ostatniego akapitu.

    Czy pani mówi "czu-czu-czu"?

    ReplyDelete
  2. A czy była tam też jakaś " pamiątka " z krainy Słowian ? Coś może z Biskupina ?

    ReplyDelete