Wtorek:
[pisząc to z perspektywy całego minionego tygodnia mogę powiedzieć, że to właśnie we wtorek wieczorem zaczął się fotograficzny maraton, który skończył się dopiero w niedzielę; muszę też przyznać, że dał mi nie mniej satysfakcji, co ten biegowy]
Nad Oxfordem zapadał wczesny zimowy zmierzch. Wszedłem do recepcji college’u Keble, który – cały z czerwonej cegły – przypominał budynek poznańskiej Marynki ze światowym rozmachem.
Portier skierował mnie na drugi koniec zabudowań, gdzie pod ziemią mieścił się niewielki teatr. Wszedłem do ciemnej sali, tylko na przedzie reflektor rozjaśniał scenę. Zacząłem wyjmować aparat, kiedy z surową miną podeszła do mnie reżyserka spektaklu…
To zadziwiające, jak bardzo ludzie rozpromieniają się, słysząc: „Jestem z gazety studenckiej Cherwell, przysłano mnie tutaj żebym zrobił kilka zdjęć”. Surowa mina ustąpiła miejsca uprzejmym słowom, wprowadzono mnie pokrótce w fabułę i przebieg scen po czym rozpoczęła się próba generalna.
Jeśli ktoś z was miał kiedyś okazję być jedynym widzem przedstawienia, przyzna, że jest to uczucie szczególne – to tak, jak gdyby cały zamknięty świat przedstawienia kręcił się wokół ciebie i dla ciebie. Jak gdyby podmiotem przedstawienia był nie główny bohater, ale ty-widz. Jeśli dodamy do tego fakt, że mogłem przemieszczać się po całej widowni, balkonie i krawędziach sceny, uzyskamy interaktywną rzeczywistość 3D – o stokroć prawdziwszą niż Awatar w IMAXie!
Aktorzy i reżyser byli na tyle uprzejmi, że odegrali kluczową scenę zanim musiałem wyjść. Dostałem więc, ja i mój aparat, samą esencję spektaklu. Efekty poniżej:
Najbardziej podoba mi się ostatnie zdjęcie. Ciekawe to, co piszesz o maratonie fotograficznym – będę śledził kolejne wpisy (ha, tak jakbym i tak nie miał tego zrobić ;-)).
ReplyDelete