Sunday, November 29, 2009

Sztuczna inteligencja w Oxfordzie

Kiedy prof. Leszek Kołakowski opowiadał „o co nas pytają wielcy filozofowie”, podziwiałem nie tylko jego przenikliwy umysł i łatwość, z jaką przystępnie tłumaczył trudne idee. Podziwiałem też wnętrza – zabytkowe, upiększone starymi meblami z ciemnego drewna – i świat za oknem: stare mury college’ów o piaskowym kolorze, ludzi, którzy w powiewających płaszczach mknęli na rowerach. Cały ten świat przesiąknięty był silnym choć niewidzialnym intelektualnym nurtem, całym skupiskiem tych nurtów, które niczym delta rzeki rozlewały się na wszystkie strony.

Teraz siedzę na dywanie, z notesem na kolanach wciśnięty w kąt pokoju. Miejsca siedzące i przestrzeń pomiędzy nimi jest dokładnie wypełniona przez zasłuchane twarze. Jak dziadek opowiadający wnukom historię, tak niemłody już pan Wilks z Oxfordzkiego Instytutu Internetowego przedstawia nam dzieje badań nad sztuczną inteligencją.

„Od 20 lat odbywają się zawody, w których komputery konkurują ze „zwykłymi” ludźmi w internetowych czatach. 6 dziennikarzy, prowadząc sieciową rozmowę z oboma muszą ustalić, który z rozmówców jest sztuczną, a który ludzką inteligencją, na podstawie płynności i treści odpowiedzi. I chociaż górna część rankingu jest wciąż zajęta przez człowieka, to wyniki na granicy zaczynają się zacierać – najlepsze programy potrafią zaskakująco dobrze udawać ludzi…

Cóż to znaczy dla ludzkości? Czy człowiek może wejść z emocjonalną relację ze sztuczną inteligencją?” Pan Wilks nie ma wątpliwości: ludzie potrafili bardzo mocno przywiązywać się do „tamagotchi”, malutkich wirtualnych zwierzątek, które w swoim wyrafinowaniu nie sięgały do pięt kuzynom z krwi i kości. „O ileż więc bardziej do programów, które będą zaspokajały wiele ludzkich potrzeb. Mowa bowiem o inteligentnych botach, osobistych programach komputerowych, które będą źródłem wszelkich informacji o nas samych, chodzącą encyklopedią nie tylko zawierającą Internet, ale też rozumującą na tyle, żeby korzystać z zawartych w nim informacji. Czy to nie piękne?”

Czy to nie straszne – pomyślałem. Coś, co będzie posiadało wszelką wiedzę, jaką daje Internet, wszelkie informacje o mnie, jakie kiedykolwiek tam umieściłem, będzie pamiętało wszystkie rozmowy, które z nim odbyłem, będzie mówiło moim głosem…będzie mną? Jest w tym coś fascynującego, niczym odkrywanie kamienia filozoficznego kreacji: człowiek tworzy inteligentny byt. I strasznego – bo przecież w wieku, w którym informacja jest niemal tożsama z władzą, takie programy byłyby idealną siatką szpiegowską w mikro skali.

Pan Wilks pozostaje jednak optymistą. „Wciąż napotykamy duże trudności jeśli chodzi o podtrzymywanie dialogu. Dlatego roboty nie miałyby zastosowania w wychowywaniu i opiece nad dziećmi. Natomiast na pewno sprawdzałyby się dobrze dla starszych ludzi: mogłyby na przykład opowiadać historie ludzi przedstawione na zdjęciach, przywoływać historie, które zatarły się w ludzkiej pamięci…kto z nas nie lubi oglądać zdjęć i słuchać opowieści?

Pomyślcie jeszcze o tym: po śmierci taki „towarzysz” staje się gotową autobiografią, pełnym źródłem danych o moim życiu, staje się nieprzemijającą ikoną mnie, który odszedłem. Moglibyśmy mieć przycisk na grobach, który aktywowałby robota i sprawiał, że można by porozmawiać jeśli nie ze zmarłym z zaświatów, to chociaż z bardzo bliskim towarzyszem-robotem. W średniowieczu płacono księżom za utrzymywanie grobów, może niebawem będziemy płacić Gogolowi za pośmiertne strony internetowe?”

4 comments:

  1. Istotnie ciekawa perspektywa... Przypuszczam, że wykład o przyszłości sztucznej inteligencji mógłby ją jeszcze lepiej dopełnić. :-)

    ReplyDelete
  2. Po przeczytaniu tego bloga mam bardzo mieszane uczucia. Ale to bardzo, bardzo.I chyba pozostanę po stronie zwolenników prawdziwej tradycji.A w Oxfordzie niech książki żyją jeszcze kolejne set lat.

    ReplyDelete
  3. Taka forma zachowania pamięci wydaje sie niepotrzebna. Przecież np. w Polsce żyje wiele pieniaczy i hochstaplerów, po których pamięć jest całowicie zbędna.

    ReplyDelete