Ten rok zapowiadał się intensywnie i cały był związany z USA. Zanim jednak zaczałem zakuwać słówka do GRE, był przede mną inny wielki test, nie intelektualny, ale równie trudny.
To niezwykłe jak celowość nadaje rytm biegowi dni: już nie tylko niedzielne msze, ale popołudniowe treningi co drugi dzień stały się częścią mojego stałego planu. Jezioro w Królewskim Parku Windsoru było mi i przyjacielem, i wrogiem: miłe, kiedy kończyłem bieg ostatnią prostą, wrogie, kiedy miałem przed sobą perspektywę kilku okrążeń i dwóch godzin biegu...
Mglisty poranek, kolorowy zachód słońca, chmurne dni z ich parnym powietrzem i chłodne wieczory, gdy księżyc i gwiazdy przypatrywały się z góry, bujne kolory jesieni które dojrzewały tak, jak dojrzewało moje bieganie - wszystkie je podziwiałem na wciąż tym samym szlaku.
Mówi się, że nie liczy się cel, ale droga. Ale czy jest prawdziwa droga bez celu? Sądziłem, że prawdziwym sukcesem były dwumiesięczne samotne treningi, tempówki, w których sam siebie próbowałem oszukiwać, skracając dystans sprintu, a wydłużając czas truchtu, że sukcesem były kolejne okrążenia tego samego jeziora: 7, 14, 21, 28, w końcu 35 kilometrów. Ale to tak, jakby napisać symfonię bez finału, powieść bez puenty. Bo na finał przyszedł czas w Nowym Yorku.
Właściwie nie czułem wielkiej euforii na starcie (raczej przenikliwy wiatr...). Zmieniała się sceneria, ale przecież bieg i wysiłek ten sam. A jednak otoczenie zmienia wiele - bo jak można odpuścić tempo, zignorować oklaski i okrzyki setek, tysięcy, dziesiątek tysięcy ludzi, których mijam na trasie? Już nie dla siebie samego biegnę, ale dla nich, ten maraton to nasze wspólne dzieło i wspólny sukces. Więcej jeszcze, bo maraton to nie tylko bieg - to lekcja pokory. Pokory która każe zwolnić ze zdumienia, kiedy mija się na 3 godzinie żwawego jeszcze dziadka, pokory która nie pozwala przestać się dziwić, widząc niepełnosprawnych, którzy ramię w ramię z pozostałymi biegną przeciwko własnej słabości, pokory, która wyciska w duszy łzy wzruszenia, gdy widzę tych, którzy biegną dla kogoś: dla rodziny, szefa albo ojca, który zginął w katastrofie...
To wszystko można zrozumieć naprawdę tylko wtedy, kiedy wraz z wszystkimi innymi kuśtyka się powili za linią mety. To jedyny właściwy układ odniesienia, który pozwala spojrzeć wstecz i zrozumieć to, co się dokonało. Być może z zewnątrz wygląda to tylko na sportowy wyścig. Ale to nieprawda - ten bieg to rytuał przejścia, który bezpowrotnie zmienia człowieka. To cel i droga zarazem, droga do tego, żeby wznieść się ponad własne słabości i ograniczenia. Tak jak mój Tata, który ostatnie dni przed maratonem spędził w szpitalu, żeby potem siłą woli bardziej niż nóg też przekroczyć linię mety.
Paradoks tego wydarzenia towarzyszy mi po dziś dzień: to, co wcześniej miało byc tylko kolejnym elementem moich treningów, po Nowym Yorku na stałe wpisało się w moje wspomnienia. Mówi się, że spełnione marzenia odchodzą, zastąpione przez nowe - ale co z marzeniami, które powstały dopiero wtedy, kiedy już się ziściły? Mój Tata przez 7 lat nosił w sobie to jedno: żeby ten maraton przebiec razem ze mną. I zrobiliśmy to, wbrew wszelkim przeciwnościom, jakie stawiał przed nami los. A teraz to marzenie przeszło na mnie. Dziękuję ci Tato!
Dziękuję.
ReplyDeleteCzy mogę prosić o to wspólne zdjęcie z Central Parku ?
Było to duże osiągnięcie i w takim dobrym czasie jak na pierwszy maraton.Podziwiałem Twój konsekwentny program przygotowań i wytrwałość oraz jego realizację w N.Y.
ReplyDeleteA czy po roku może uchylisz rąbka tajemnicy i powiesz w jakiej intencji Ty biegłeś w Nowym Yorku?
ReplyDelete