Dom. Rzecz? Miejsce? Idea?
Te pytania towarzyszą mi nieprzerwanie od ponad 3 lat, kiedy rozpocząłem studia w Anglii. Obce kultury, obcy ludzie, obce miejsca i brak korzeni - wszystko to rzuciło mi wyzwanie, nieustannie a dociekliwie pytało: gdzie teraz jest twój dom?
Pierwsza odpowiedź: Polska. Ale cóż to znaczy, że Polska? Przecież Polska jest ogromna, tyle w niej miast i wsi, tylu ludzi, czy można więc poważnie powiedzieć, że wszytskie te miejsca i wszyscy ci ludzie to mój dom?
Druga odpowiedź: polskość. A więc nie tylko miejsca i osoby, ale to, co je razem spaja - kultura i tradycja. Ale przecież i naszym kraju mnóstwo jest różnych kultur i subkultur, tych, które uważam za własne oraz tych, z którymi nie chciałbym mieć nigdy nic wspólnego.
Odpowiedź trzecia, ostatnia: serce. Ale kto i co jest w moim sercu? Ludzie i miejsca, które zapisały się w księdze mojego życia, do których wracam pamięcią, do których się przywiązałem i samo ich wspomnienie przywołuje żywe emocje, obrazy, z których buduje się moja przeszłość, mozaika układająca się w dwa słowa: "Wojtek Szymczak".
Witajcie więc w moim metafizycznym domu. W dziesiątkach pokoi wiszą setki obrazów, półki uginają się od albumów ze wspomnieniami, powietrze wibruje od opowieści...dziś jednak ugoszczę was w najpiękniejszym z nich, najstarszym i najbardziej mi drogim.
Nie jestem przywiązany do fizycznej przestrzeni, przysłowiowych "czterech ścian". Przez 8 lat mieszkałem na Śląsku, kolejne 10 w Poznaniu, ostatnie 3 w Anglii. Ten prawdziwy Dom przenikał wszystkie te miejsca jednakowo. Jak to - zapyta ktoś - przecież każde z tych miejsc jest zupełnie różne od pozostałych! A jednak...
Podłogi zawsze czyste, posiłki "jak u Mamy", szare parapety i ciemne kąty rozświetlane bujną zielenią kwiatów, fikusów, aloesu, drobne upominki, które uczyły co znaczy myśleć o kimś bliskim, brak obowiązków, który pozwalal skupic się na nauce obowiązki, które z domowego inwalidy przemieniły mnie w namiastkę gospodarza, radosny brzęk sztućców i talerzy, które budząc mnie ze snu, wołały na sobotnie śniadania godne najlepszych krakowskich kafejek, kolacje czekające na mnie w dni późnych powrotów, zapach ciasta, witający mnie zawsze po powrocie z Anglii, proste prawdy dzieciństwa, które po kilkunastu latach odkrywa się jako życiowe mądrości i recepty na szczęście: "Najpierw obowiązki, potem przyjemności", "Jak już coś robić, to porządnie", "Trzeba zawsze innym pomagać", "Bądź dla ludzi uprzejmy i miły"... krytyka, krytyka, krytyka, w ogniu której kształtował się gust i smak, w której wykuwał się ład i porządek, nie tylko w moim pokoju, ale i w sercu, przykłady i lekcje poświęcenia i oddania, zapamiętane chociaż nierozumiane, których wartość odkryłem dopiero przez ich brak...inicjatywa, działanie, wytrwałość, przewidywanie: ucieleśnione w codziennych przykładach, wreszcie miłość, miłość i pomoc, tak codzienne, że niemal "wyssane z mlekiem matki"...
Czy to magia? Nie, to mama. Moja magiczna, kochana Mama.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
Piękne masz doświadczenie życiowe. Dla Twojego dobra staraliśmy się stworzyć jak najlepsze warunki bytowe, rozwoju intelektualnego i postępu. Dziekujemy,że to doceniasz!
ReplyDeleteWojtku, to teraz czas na Ciebie - co byś i Ty się szykował do stworzenia takich warunków...! ;]
ReplyDelete