Z Sheldonian wylało się czarno-białe morze studentów, dumnych, radosnych, znudzonych. Każdy udał się do swojego college’u. My po drodze zatrzymaliśmy się w Turf Tavern, jednym z tych miejsc, na których opiera się legenda tego miasta. Początki sięgają 13 wieku, kiedy otwarto ją tuż za murami miasta, aby władze nie mogły interweniować w hazard odbywający się w tawernie (są też nowsze wydarzenia, które podtrzymują renomę tego miejsca: http://en.wikipedia.org/wiki/File:BobHawkeYardofale.jpg). Była dopiero 10 przedpołudniem, więc co rozsądniejsi na śniadanie w ów wietrzny poranek zamówili gorącą czekoladę. Większość natomiast – angielski „pint”, czyli półlitrowe piwo. Vit z Czech próbował mnie przekonać, że 2 duże piwa to kaloryczny odpowiednik śniadania – jak powiedział, tak zresztą zrobił.
Na właściwe śniadanie przyszedł czas po powrocie do college’u. Starsi powitali nas iście po królewsku: stół zastawiony był świeżym pieczywem*, łososiem i babeczkami, na boku w równych rzędach czekały już butelki szampana, a obok nich truskawki, winogrona…Tak wyglądał nasz brunch, czyli śniadanio-lunch, w ten pamiętny dzień
*świeżym angielskim pieczywem, czyli trochę mniej gąbczastymi wyrobami chlebo- lub rogalopodobnymi
Zaczynam się uzależniać. Po wejściu do biura i zrobieniu kawy, otwieram laptopa i zamiast od razu, jak przez lata, prześledzić kilkanaście nowych maili, które wpadły do skrzynki od poprzedniego wieczoru, sprawdzić wyniki sprzedaży i kalendaż spotkań na dziś, klikam na skrót na pulpicie z napisem Oxford i zaczynam czytać.
ReplyDeletePostępuję podobnie.Zakup gazet i ich czytanie. O 10-tej felietony z Oxfordu i ich drukowanie dla babci.
ReplyDeleteNic dziwnego, że wszyscy czytają. Pięknie piszesz... można poczuć klimat i magię Legendy.
ReplyDelete