- 'Insignissime Vice-Cancellarie, praesentamus tibi hos nostros scholares ut referantur in Matriculam Universitatis.'
- 'Scitote vos in Matriculam Universitatis hodie relatos esse, et ad observandum omnia Statuta istius Universitatis, quantum ad vos spectent, teneri.'
Wszyscy usiedli. To już. Ceremonia zakończona i możemy oficjalnie nazwać Uniwersytet Oxfordzki swoim własnym. Jesteśmy studentami Oxfordu.
Co się właściwie dzieje? Dlaczego musimy nosić na sobie ten dziwaczny strój: biała koszula z białą muszką przy kołnierzu, czarny garnitur przykryty czarną togą, a w ręce kwadratowy Mortarboard (Doktorhut po niemiecku, proszę o polski odpowiednik!), której nie mamy prawa nosić na głowie? Dlaczego musieliśmy wstać o siódmej rano w sobotę tylko dlatego, że jesteśmy prawie najstarszym college’em w Oxfordzie, a ceremonia musi odbyć się w tym niewielkim starym teatrze Sheldonian?
Niektórzy Amerykanie mówią mi, że to napuszony ceremoniał, forma bez treści – ale co Amerykanie mogą wiedzieć o tradycji? To, czego doświadczyliśmy dziś, zaczęło się tu wiele wieków wcześniej, zanim w ogóle zaczęły istnieć Stany Zjednoczone!
Immatrykulacja. Oficjalne przyjęcie w szeregi studentów, akademickie namaszczenie, rytuał przejścia do świata nauki. Tradycja, która uderza i zachwyca zarazem, wiekowa powaga łaciny i stroje, które niczym szaty liturgiczne symbolizują przynależność do innego świata.
Ale co to za świat? Miejsce, gdzie egzaminy ustne prowadzą światowi specjaliści w danych dziedzinach, college, w którym dawniej nauczał człowiek, którego teorie studiuje się podczas wykładów, a portrety z jego podobizną podziwia w sali jadalnej…
‘Witajcie w Oxfordzie. Od teraz jesteście oficjalnie członkami Uniwersytetu Oxfordzkiego, wraz z wszystkimi przywilejami i obowiązkami, które do was należą […] Mam nadzieję, że wypisaliście się już z klubów, do których przyłączyliście się podczas Fresher’s Fair w zeszłym tygodniu (ja sam zapisałem się do paru…). Ale nie ze wszystkich – bo Oxford to zarówno nauka, jak i szansa, żeby poszerzać swoje uzdolnienia, zamiłowania i pasje […] Znaleźliście się w miejscu o szczególnej randze naukowej – wykorzystajcie to!...”
Cisza. Powolne kroki rozbrzmiewały echem pod udekorowaną freskami kopułą, gdy wicedyrektor w niewielkim orszaku uroczyście wymaszerował z sali. My wyszliśmy za nim, do innego świata – do naszego Oxfordu.
P.S.
Jeśli myslicie, że Oxford to sztywniacy, to się mylicie: http://www.youtube.com/watch?v=WAiP26hRSbQ&feature=related
Na tym zdjęciu wygladasz jak młody lord, a przecież nigdy nie lubiłes eleganckich ubrań!
ReplyDeleteZaledwie domyślam się treści dwóch pierwszych akapitów, ale na szczęście niedaleko pracuje ktoś, kto zna oprócz ojczystego jeszcze sześć innych języków ( w tym prawie na pewno tenże ) i bez zwłoki chcę prosić go o pomoc w tłumaczeniu.
ReplyDeleteTo musiała być piękna ceremonia.
Babcia z dziadkiem zachwyceni tak wspaniałą inauguracją roku akademickiego w Twojej nowej uczelni.Immatrykulacja i możliwość studiowania na uczelni z wielowiekową tradycją jaką jest Oxford daje szczególną satysfakcję.Kiedyś przy wreczaniu dyplomu doktorskiego na UJ podobne chwile przeżywałem, ale to z bez porównania nie było to samo. Gratulujemy takich przeżyć i "carpe diem"
ReplyDeletePrawidłowy wyraz w liczbie jedynczej"Doktorhut", czyli doktorski kapelusz.
ReplyDeleteWręczano i wkładano na głowę przy nadawania stopnia doktora na uczelniach Europy zachodniej. W Polsce takiego zwyczaju nie ma.