W maratonie po rześkich pierwszych kilometrach przychodzi czas na strategię. Na rozłożenie sił, cierpliwość i próbę sił. Podobnie w moim fotograficznym maratonie przyszedł czas na prawdziwą próbę.
Cherwell wysłał mnie na Chiński Festiwal Noworoczny.
Noworoczny – bo właśnie 14 lutego rozpoczyna się w 2010 Chiński Nowy Rok. Festiwal – bo tradycyjnie w Chinach ten „festiwal wiosenny” (tak brzmi dokładna nazwa) trwa dwa tygodnie, do pierwszej pełni księżyca, i zdobią go tradycyjne i nowoczesne śpiewy i tańce, pokazy sztuk walki, fragmenty dawnej chińskiej sztuki teatralnej i – oczywiście – jedzenie.
Dzień wcześniej opowiadałem Elwynowi o fotografowaniu. Powiedziałem m.in., że to raczej samotne zajęcie, że fotograf „jest zawsze raczej sam”. Dzisiejszy wieczór udowodnił mi, jak bardzo się myliłem.
Na miejscu miałem spotkać się z Maxem, koordynatorem fotografii. Zamiast tego natrafiłem na Jonathana, niskiego Chińczyka z dwoma wielkimi Canonami przewieszonymi przez ramię (2 korpusy 5D, 24-70 2.8L i 70-200 2.8L IS – chłopak nosił na sobie 4tys. funtów, a efekt wzmacniała markowa kamizelka Canona). Dopiero on zaprowadził mnie do Maxa, który przywitał mnie z uśmiechem. Wysoki i spokojny, trzymał w ręku coś, co przypominało mini-teleskop (korpus 5D, 28-300mm – to tak, jakby trzymał czek na 3tys…). Później Jonathan wprowadził mnie w planowany przebieg wydarzeń: najpierw taniec, więc najlepiej zdjęcia grupowe albo portrety na zbliżeniach, później występ indywidualny, więc używaj tele […] dalej tradycyjne chińskie przedstawienie, akcja na środku, ale w kluczowych momentach skierowana w lewo, więc lepiej stanąć z tamtej strony […] na koniec jeszcze pieśń pożegnalna, chór ustawiony w dwóch rzędach – mężczyźni w tyłu, kobiety z przodu, przed nimi dyrygentka, dobre zdjęcie będzie na szerokim kącie z plecami dyrygentki na pierwszym planie albo w boku, z rzędem twarzy wypadającym stopniowo z pola ostrości… - tutaj wstrzymał na chwilę głos, rozejrzał się i dodał – balans bieli najlepiej chyba ustawić na ok. 5500. 5500? – zapytałem z niedowierzaniem, patrząc na pomarańczowe światło rozlewające się po wnętrzu Sheldonian Theatre – czy to nie będzie za bardzo… - Nie sądzę – powiedział Jonathan, bez słów odczytując moje wątpliwości – niektórzy aktorzy mają biały makijaż na twarzy, więc nie chcemy, żeby wyglądali zbyt biało i nienaturalnie.
Po chwili padło jeszcze pytanie o mój obiektyw. Chciałem go uniknąć, tak jak biegacz w trampkach unika porównań z białym i lśniącym obuwiem zawodowców. Dobrze, że miałem chociaż pożyczony od kolegi teleobiektyw do zbliżeń (70-200 f4L), bo inaczej czułbym się raczej nieswojo. Jonathan spojrzał na niego i powiedział, że to bardzo dobry sprzęt, a autofokus ma szybszy niż obiektywy nawet z wyższej półki. Na odchodnym dodał jeszcze: ISO 1600, migawka jakaś 1/10 sekundy…
Byłem pod wrażeniem. Dużym wrażeniem. Wszystko dostałem podane na tacy, nie tylko co do przebiegu przedstawienia, ale nawet konkretnych ujęć. Jonathan pokazał mi dodatkowo zdjęcia z próby generalnej, żebym wiedział, czego mniej więcej się spodziewać.
Rozejrzałem się po sali Sheldonian, szukając pierwszych ciekawych ujęć i miejsc z dobrą perspektywą. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z całej strategii, którą kierowała się grupa chińskich fotografów. Na drugim piętrze, dokładnie naprzeciwko sceny, stało stanowisko snajperskie: na statywie zamontowany był długi obiektyw wycelowany w sam środek (przypuszczalnie 100-400). Nieco z prawej, piętro niżej, siedział za balustradą Max, strzelając z drugiej linii. Przy wejściu, po tej samej stronie stał jeszcze statyw z kamerą i kolejny obiektyw. Jonathan i ja działaliśmy natomiast w pierwszej linii, biegając w przysiadzie pod wzrokiem widowni niczym żołnierze uciekający przed świszczącymi w powietrzu pociskami.
Kiedy zabrzmiał pierwszy akord i słowo piosenki, zrozumiałem swój błąd. Byłem na wielkich obchodach Chińskiego Nowego Roku, świętowanych przez długi wieczór przedstawień i występów, 3-godzinną celebrację chińskiej kultury. I nie znałem chińskiego.
I jeszcze ten stres. Po pierwszej godzinie zapełniłem jedną kartę pamięci. Została tylko druga i…2 godziny, które zapowiadały się równie ciekawie. Ostatecznie zmniejszyłem format zdjęć – małe zdjęcie jest w końcu lepsze niż żadne (z RAW na sRAW, mniejsza rozdzielczość, ale wciąż pozwala na szeroki wachlarz możliwości przy edytowaniu).
Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z ważniejszych lekcji fotografii w moim życiu, kiedy to musiałem mieć oczy dookoła głowy, dwie dodatkowe ręce do zmieniania obiektywów, stabilną dłoń po 2 godzinach mierzenia przez wizjer i przewidywanie na 5 sekund do przodu. Nie wiem, na ile udało mi się to zrealizować, ale samo wyzwanie było wielkim przeżyciem. I jeszcze jedna nauka, którą na pewno zapamiętam na długo – nawet w świecie fotografii nie biegniemy do mety sami.
Chińska lutnia, "pipa"
Mnich z Shaolin, rozbijający na czole metalową sztabę
Tradycyjny Chiński teatr




