Monday, February 22, 2010

Środa: fotograficzny dzień

W maratonie po rześkich pierwszych kilometrach przychodzi czas na strategię. Na rozłożenie sił, cierpliwość i próbę sił. Podobnie w moim fotograficznym maratonie przyszedł czas na prawdziwą próbę.

Cherwell wysłał mnie na Chiński Festiwal Noworoczny.

Noworoczny – bo właśnie 14 lutego rozpoczyna się w 2010 Chiński Nowy Rok. Festiwal – bo tradycyjnie w Chinach ten „festiwal wiosenny” (tak brzmi dokładna nazwa) trwa dwa tygodnie, do pierwszej pełni księżyca, i zdobią go tradycyjne i nowoczesne śpiewy i tańce, pokazy sztuk walki, fragmenty dawnej chińskiej sztuki teatralnej i – oczywiście – jedzenie.

Dzień wcześniej opowiadałem Elwynowi o fotografowaniu. Powiedziałem m.in., że to raczej samotne zajęcie, że fotograf „jest zawsze raczej sam”. Dzisiejszy wieczór udowodnił mi, jak bardzo się myliłem.

Na miejscu miałem spotkać się z Maxem, koordynatorem fotografii. Zamiast tego natrafiłem na Jonathana, niskiego Chińczyka z dwoma wielkimi Canonami przewieszonymi przez ramię (2 korpusy 5D, 24-70 2.8L i 70-200 2.8L IS – chłopak nosił na sobie 4tys. funtów, a efekt wzmacniała markowa kamizelka Canona). Dopiero on zaprowadził mnie do Maxa, który przywitał mnie z uśmiechem. Wysoki i spokojny, trzymał w ręku coś, co przypominało mini-teleskop (korpus 5D, 28-300mm – to tak, jakby trzymał czek na 3tys…). Później Jonathan wprowadził mnie w planowany przebieg wydarzeń: najpierw taniec, więc najlepiej zdjęcia grupowe albo portrety na zbliżeniach, później występ indywidualny, więc używaj tele […] dalej tradycyjne chińskie przedstawienie, akcja na środku, ale w kluczowych momentach skierowana w lewo, więc lepiej stanąć z tamtej strony […] na koniec jeszcze pieśń pożegnalna, chór ustawiony w dwóch rzędach – mężczyźni w tyłu, kobiety z przodu, przed nimi dyrygentka, dobre zdjęcie będzie na szerokim kącie z plecami dyrygentki na pierwszym planie albo w boku, z rzędem twarzy wypadającym stopniowo z pola ostrości… - tutaj wstrzymał na chwilę głos, rozejrzał się i dodał – balans bieli najlepiej chyba ustawić na ok. 5500. 5500? – zapytałem z niedowierzaniem, patrząc na pomarańczowe światło rozlewające się po wnętrzu Sheldonian Theatre – czy to  nie będzie za bardzo… - Nie sądzę – powiedział Jonathan, bez słów odczytując moje wątpliwości – niektórzy aktorzy mają biały makijaż na twarzy, więc nie chcemy, żeby wyglądali zbyt biało i nienaturalnie.

Po chwili padło jeszcze pytanie o mój obiektyw. Chciałem go uniknąć, tak jak biegacz w trampkach unika porównań z białym i lśniącym obuwiem zawodowców. Dobrze, że miałem chociaż pożyczony od kolegi teleobiektyw do zbliżeń (70-200 f4L), bo inaczej czułbym się raczej nieswojo. Jonathan spojrzał na niego i powiedział, że to bardzo dobry sprzęt, a autofokus ma szybszy niż obiektywy nawet z wyższej półki. Na odchodnym dodał jeszcze: ISO 1600, migawka jakaś 1/10 sekundy…

Byłem pod wrażeniem. Dużym wrażeniem. Wszystko dostałem podane na tacy, nie tylko co do przebiegu przedstawienia, ale nawet konkretnych ujęć. Jonathan pokazał mi dodatkowo zdjęcia z próby generalnej, żebym wiedział, czego mniej więcej się spodziewać.

Rozejrzałem się po sali Sheldonian, szukając pierwszych ciekawych ujęć i miejsc z dobrą perspektywą. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z całej strategii, którą kierowała się grupa chińskich fotografów. Na drugim piętrze, dokładnie naprzeciwko sceny, stało stanowisko snajperskie: na statywie zamontowany był długi obiektyw wycelowany w sam środek (przypuszczalnie 100-400). Nieco z prawej, piętro niżej, siedział za balustradą Max, strzelając z drugiej linii. Przy wejściu, po tej samej stronie stał jeszcze statyw z kamerą i kolejny obiektyw. Jonathan i ja działaliśmy natomiast w pierwszej linii, biegając w przysiadzie pod wzrokiem widowni niczym żołnierze uciekający przed świszczącymi w powietrzu pociskami.

Kiedy zabrzmiał pierwszy akord i słowo piosenki, zrozumiałem swój błąd. Byłem na wielkich obchodach Chińskiego Nowego Roku, świętowanych przez długi wieczór przedstawień i występów, 3-godzinną celebrację chińskiej kultury. I nie znałem chińskiego.

I jeszcze ten stres. Po pierwszej godzinie zapełniłem jedną kartę pamięci. Została tylko druga i…2 godziny, które zapowiadały się równie ciekawie. Ostatecznie zmniejszyłem format zdjęć – małe zdjęcie jest w końcu lepsze niż żadne (z RAW na sRAW, mniejsza rozdzielczość, ale wciąż pozwala na szeroki wachlarz możliwości przy edytowaniu).

Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z ważniejszych lekcji fotografii w moim życiu, kiedy to musiałem mieć oczy dookoła głowy, dwie dodatkowe ręce do zmieniania obiektywów, stabilną dłoń po 2 godzinach mierzenia przez wizjer i przewidywanie na 5 sekund do przodu. Nie wiem, na ile udało mi się to zrealizować, ale samo wyzwanie było wielkim przeżyciem. I jeszcze jedna nauka, którą na pewno zapamiętam na długo – nawet w świecie fotografii nie biegniemy do mety sami. 




Chińska lutnia, "pipa"

Mnich z Shaolin, rozbijający na czole metalową sztabę


Tradycyjny Chiński teatr 


Wtorek

Wtorek:

[pisząc to z perspektywy całego minionego tygodnia mogę powiedzieć, że to właśnie we wtorek wieczorem zaczął się fotograficzny maraton, który skończył się dopiero w niedzielę; muszę też przyznać, że dał mi nie mniej satysfakcji, co ten biegowy]

Nad Oxfordem zapadał wczesny zimowy zmierzch. Wszedłem do recepcji college’u Keble, który – cały z czerwonej cegły – przypominał budynek poznańskiej Marynki ze światowym rozmachem.

Portier skierował mnie na drugi koniec zabudowań, gdzie pod ziemią mieścił się niewielki teatr. Wszedłem do ciemnej sali, tylko na przedzie reflektor rozjaśniał scenę. Zacząłem wyjmować aparat, kiedy z surową miną podeszła do mnie reżyserka spektaklu…

To zadziwiające, jak bardzo ludzie rozpromieniają się, słysząc: „Jestem z gazety studenckiej Cherwell, przysłano mnie tutaj żebym zrobił kilka zdjęć”. Surowa mina ustąpiła miejsca uprzejmym słowom, wprowadzono mnie pokrótce w fabułę i przebieg scen po czym rozpoczęła się próba generalna.

Jeśli ktoś z was miał kiedyś okazję być jedynym widzem przedstawienia, przyzna, że jest to uczucie szczególne – to tak, jak gdyby cały zamknięty świat przedstawienia kręcił się wokół ciebie i dla ciebie. Jak gdyby podmiotem przedstawienia był nie główny bohater, ale ty-widz. Jeśli dodamy do tego fakt, że mogłem przemieszczać się po całej widowni, balkonie i krawędziach sceny, uzyskamy interaktywną rzeczywistość 3D – o stokroć prawdziwszą niż Awatar w IMAXie!

Aktorzy i reżyser byli na tyle uprzejmi, że odegrali kluczową scenę zanim musiałem wyjść. Dostałem więc, ja i mój aparat, samą esencję spektaklu. Efekty poniżej:







Poniedziałek

Nie ma to jak dobrze zacząć tydzień – myślałem, idąc na poranny wykład. Coś jednak było nie w porządku (i nie chodzi o to, że wyjątkowo byłem na czas). Na sali wykładowej siedział tylko Raoul.



Byliśmy jednymi z nielicznych, którzy nie wiedzieli o zmianie planu na ten tydzień. Ale cóż – do domu nie mam daleko, a mały spacer po śniadaniu jeszcze nikomu nie zaszkodził…

Tuesday, February 16, 2010

Operacja syrop

Opisywałem wcześniej Dziwny Stół, który pojawił się na naszym korytarzu. Był on w bezpośrednim sąsiedztwie strefy 0, gdzie trwała walka z wirusem. Nasz korespondent wojenny przesyła zdjęcia z linii frontu:

Corinna i Jerry

Fred i Corinna

Brooks

Niedziela

Jak z pizzy zrobić spaghetti z pesto?

Mieliśmy zjeść razem kolację. Mieliśmy przygotować pizze i świętować spóźnione moje urodziny, dawne urodziny Corinny i przyszłe urodziny Mirosławy. Cały korytarz miał się zebrać. Nie wyszło.

Porażka w planowaniu i brak zgrania skończył się tym, że ad hoc każdy przyniósł, co miał i wyszła z tego: pokaźna sałatka na ciepło-zimno oraz makaron 3 rodzajów z tak ogromną ilością pesto, że mam go dosyć na najbliższy tydzień. Na deser znalazły się jeszcze lody.

Z okazji Walentynek Eric pokazał nam filmik o misiu [bez słów] do obejrzenia tutaj:

A potem pośmialiśmy się jeszcze ze innego skeczu: http://www.youtube.com/watch?v=Sv5iEK-IEzw

Sobota w Londynie - bis

Londyn. Przeddzień Walentynek i wilija Chińskiego Nowego Roku. A tu prawie nic. Zdjęciowo, się znaczy. Udało mi się zebrać kilkanaście fotografii w coś na kształt opowieści:


http://picasaweb.google.com/gitano.de.sacromonte/LoveForSaleValentineSDayLondon#


Na West Endzie jest mnóstwo teatrów i kin, które grają przeróżne filmy i spektakle. Wśród nich jest jeden szczególny, wystawiany niemal codziennie od 26 lat – musical Nędznicy.

Nię sądzę, żeby słowa mogły dobrze oddać nastrój i treść przedstawienia, ale jeśli jeśli chcecie bliżej zapoznać się z dramatem nawróconego skazańca z Rewolucją Francuską w tle, najlepiej sięgnąć po oryginał napisany przez Victora Hugo. Osobiście uważam, że to nie tylko najlepszy musical, jaki obecnie* można zobaczyć z Londynie, ale też jeden ze wspanialszych dramatów, z jakimi się zetknąłem. Myślę, że pod względem treści mógłby śmiało stanąć przeciwko Antygonie czy Hamletowi, zaś pod względem formy (chociaż nie „klasycznej”) dorównuje takim operom jak „Carmen” czy „Traviata”. Do Nędzników można powracać wciąż na nowo i za każdym razem przeżywać spektakl tak mocno, jak za pierwszym razem.


Dla chętnych kilka najlepszych utworów:

*Podobno „Cats” były fenomenalne, ale niestety już się ich nie wystawia.

Czwartek

„Angielska pogoda” – cóż to znaczy? Myślisz pewnie o zamglonym wilgotnym Londynie, gdzie w kałużach odbijają się światła czarnych taksówek, a parasolowe pielgrzymki nieskutecznie zaklinają nie kończącą się mżawkę…albo widzisz Brighton, letnią Mekkę plażowiczów na południowym wybrzeżu, w chłodny, zachmurzony lipcowy dzień?

Jest pierwsza i jak zawsze ruszamy na High Street do Olives. Wizja ciepłej bagietki pokrzepia, bo po kilku metrach mamy już włosy przyprószone śniegiem i mocniej zapinamy płaszcze. Wszędzie wokół prószy śnieg i odległe budynki widać jak przez mgłę. Na przystankach stoją ludzie o ściągniętych twarzach – niezadowolenie miesza się na nich z niedowierzaniem – przecież zima już się chyba skończyła?



Kwadrans później wracam przez Broad Street. W kałużach odbijają się czyste niebieskie niebo i lśniące w przejrzystym powietrzu college. Nie ma śladu śniegu, twarze przechodniów się rozchmurzyły i wszystko wygląda piękniej.



Ciekawe, czy na wieczór będzie padał deszcz…

Thursday, February 11, 2010

Dziś krótko...

...mnie obcięli. Mam wrażenie, że to standardowy "Oxford cut", który aplikują tu wszystkim studentom. Może stąd właśnie bierze się stereotyp "angielskiego studenta"?

Ale miało być krótko, więc powiem tylko, że wyszło mi dziś przepyszne "risotto Milanese style" (jak określił je Paolo, nasz włoski mistrz kuchni).

Na koniec: ekonomiczny hip hop! O tyle dobry, że nasycony treścią na tyle, że chyba się go nauczę na pamięć do egzaminów: http://www.youtube.com/watch?v=d0nERTFo-Sk  

Wednesday, February 10, 2010

Dziwny Stół

Brooks, Amerykanka z naszego korytarza, jest chora. Jakiś wirus ją powalił i przykuł do łóżka. Brookes ma jeszcze na tyle sił, żeby nas słuchać, śmiać się i opowiadać. To jednak nie jest dziwne.

Dziwny jest stół, który pojawił się dziś przed jej drzwiami. Dziwne są przedmioty, które na nim się znajdują. Dziwna jest nieco pudełko z lateksowymi rękawiczkami, dziwne bardziej wielkie białe wiadro z jednorazowymi nawilżonymi chusteczkami i duży dozownik płynu dezynfekującego. Zupełnie przedziwne są natomiast wielka szpula plastiku, na którą nawinięte są jednorazowe foliowe fartuchy oraz kartonik z maseczkami na usta, przypominającymi „Na dobre i na złe” czy „Doktora House’a”. Obrazu dopełnia jaskrawożółta torba.

Pierwsza myśl: coś jest na rzeczy, szykuje się bal w tematyce szpitala, będą się przebierać za pielęgniarki i lekarzy…nagle pojawiają się Fred i Corinna, inni sąsiedzi z korytarza, wręczają mi bez słowa aparat i zaczynają się przebierać! Trudno mi opowiedzieć, jak wyglądali, odziani w gumę i folię na dłoniach, korpusie i twarzy, dlatego jutro zamieszczę ich zdjęcia. Ale tak przygotowani, z poważnymi minami wkroczyli do pokoju Brooks. Wchodzę za nimi, czuję, że to przecież jakiś lepszy żart, zaplanowana akcja, będzie okazja, żeby się pośmiać i zrobić ciekawe zdjęcia. A tu…Brooks wygląda spod kołdry i wita nas słabym głosem.

Epilog: Anglicy w swojej przezorności dali nam tyle środków dezynfekcyjnych i ochronnych, że cały nasz korytarz mógłby się wykąpać w szambie, a zaraz potem pójść na uroczysty obiad. Z jednej strony to doskonale racjonalne, żeby zapobiegać rozprzestrzenianiu się wirusa, z drugiej…nadal Dziwny Stół wymyka się mojemu postrzeganiu świata.

Tuesday, February 9, 2010

Generał mówi: dialog na XXI wiek

Pokój Niebieski w Starym Pałacu, siedzibie oxfordzkiego duszpasterstwa, pęka w szwach. Siedzę ściśnięty na podłodze, a dwa metry przede mną, na fotelu przed kominkiem, wygodnie rozparł się generał. Założył nogę na nogę, rozejrzał spokojnie po zebranych, zerknął na trzymaną w ręku czerwoną teczkę i rozpoczął.

„Stoją przed nami dwie drogi: pierwsza, powrót do getta, nie jest realna. Jeśli wszyscy zamknęlibyśmy się w zakonach, to odcięlibyśmy się od świata i zniknęli. Druga, asymilacja, też do nikąd nie prowadzi: jeśli będziemy przytakiwać wszystkiemu, co nas otacza, czasem tylko nieśmiało wtrącając nasze przekonania, to wszystko się rozpłynie. To napięcie między jest szczególnie wyraźne u Żydów: od wieków zmagają się z pytaniem, którą drogą mają kroczyć. Jonatan Sachs, główny Rabbi Korony Brytyjskiej, zadaje w swojej książce pytanie: „czy powinniśmy mieć Żydowskie wnuki?”.

Spokój generała mocno kontrastował ze skupieniem, które zmieniało twarze słuchaczy w maski powagi. W powietrzu unosiło się napięcie pomiędzy wagą jego słów a lekkim tonem, który im nadawał.

„Musimy stworzyć otwartą, żywą kulturę, która będzie w dynamicznej interakcji ze światem. Która będzie otwarta wobec tego, czym sama nie jest. Stwierdzenie, iż „potrzebujemy najpierw oświadczenia naszego stanowiska, a dopiero potem dialogu” to fałszywa dychotomia. Prawdziwy dialog zakłada bowiem otwartość na stanowisko drugiej strony, otwartość na możliwość przemiany: pierwszym, który musi się nawrócić, jestem ja sam.”

Ciekawe słowa. Przez myśl przeszedł mi Tischner ze swoją filozofią dialogu i przedstawienia teatralnego, gdzie na scenie następuje Spotkanie. W tym tonie wypowiadał się też Karl Rachner, podobnie pisał Rosenzweig w „Gwiedźie Zbawienia”. A teraz taka „zachęta do otwartości” przychodzi ze strony byłego generała zakonu dominikanów. Ciekawe to tym bardziej, że Rahner nie do końca zgadza się z Neotomizmem, za którym dominikanie (ogólnie rzecz ujmując) stoją murem.

„Chesterton mówił o „nieustającej przygodzie ortodoksji”. Doktryna Świętej Trójcy, którą większość chrześcijan zwykło uważać za abstrakt, jakąś niebiańską matematykę, jest de facto fundamentem nasze wiary, przekłada się na wszystkie aspekty naszego życia. Bez tego pojęcia Bóg mógłby darzyć nas co najwyżej takim szacunkiem, jakim my darzymy naszego psa (warto tu zaznaczyć – dodał z lekkim uśmieszkiem - że wielu Anglików ceni swoje psy bardziej od swoich partnerów…). Ale zamiast tego mamy Ojca, który jest w nieustannym dialogu z Synem, dialogu miłości, którym jest właśnie Duch Święty. W Biblii dialog Boga z człowiekiem pojawia się nieustannie: Jezus rozmawia z każdym, nawet grzesznikiem, nie mówi prostytutce: „popraw się i przyjdź za tydzień”, przyjmuje wszystkich: chorych, wykluczonych, celników (to odpowiednik dzisiejszych bankierów). Zawsze był tam dialog. Nawet św. Dominik założył swój zakon…w pubie!”

„Ale prawdziwy dialog może rozgrywać się tylko między ludźmi otwartymi na słowa drugiej strony, między przyjaciółmi. Jezus, kiedy przekazywał im Nowe Przykazanie, nazwał Apostołów „przyjaciółmi”. My też musimy pozostawać w przyjaźni z tymi, z którymi toczymy dialog, bo tylko wtedy będziemy mogli znaleźć takie słowa, które będą jednocześnie wierne tradycji i rzucą nowe światło na rozważane zagadnienie.”

„Jeszcze krótko powiem o moralności. Wydaje się powszechne uważać, że być Chrześcijaninem znaczy tyle, co być posłusznym Magisterium Kościoła i przestrzegać 10 przykazań. Bertrand Russel mówił, że 10 przykazań powinno być jak pytania egzaminacyjne: piszący nie powinni odpowiadać na więcej niż sześć…Ale tradycyjnie moralność oznaczała nie to, co wolno i czego nie wolno, ale to, do czego jesteśmy powołani, oznaczała rozwój cnót.”




 Tak właśnie Timothy Radcliffe, generał dominikański w latach 1992-2001, mówił nam o chrześcijaństwie na XXI wiek. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami: nazwiska, które cytował nie cieszą się w Kościele jednogłośnie nieskazitelną opinią, zaś zarzuty wobec idei, które promują, nie są zupełnie bezpodstawne. Wracając podzieliłem się wątpliwościami z Francois’em i okazało się, że odebrał wszystko nieco bardziej optymistycznie i, rzec by można, pozytywnie. Ja osobiście mam pewną nieufność wobec „ogólnych modeli”, bo – jak wszyscy wiemy – diabeł tkwi w szczegółach. 

Monday, February 8, 2010

Poniedziałkowe Przyjęcie Urodzinowe

W ekonomii występuje pojęcie efektu gapowicza. Polega on na tym, że są pewne dobra lub usługi, których koszty ponoszą jednostki, a zyski dzielą całe grupy. Przykład: organizowanie przyjęcia urodzinowego. Po zajęciach poszliśmy z Giovannim i Igorem na zakupy, a potem od siódmej do wpół do dziesiątej przygotowywaliśmy kolację. Na koniec prawie godzinę zmywaliśmy. Pozostałe 10 osób miło spędzało czas i wyrażało uznanie dla naszych potraw. Na tym właśnie polega efekt gapowicza. Ekonomia zwykle określa takie zachowania jako negatywne i rzadko występujące w stanie równowagi (czyli takim, który może trwać bez końca). Czy rzeczywiście?

Podstawowe kursy mikroekonomii opisują zwykle interakcje jednorazowe lub dwukrotne. Problemy, które pojawiają się w umysłach studentów w związku z przepaścią, która dzieli taką teorię od rzeczywistości pozostawia się na boku. Jednak istnieją też bardziej rozbudowane modele, które biorą pod uwagę efekt budowania reputacji, sygnalizowania swoich preferencji czy nawet wpływania na preferencje innych poprzez własne działania. Biorąc to wszystko pod uwagę, możemy zredefiniować „czarną robotę”, którą wykonaliśmy razem z Giovannim i Igorem jako niegłupie zagranie i tylko trochę ryzykowną inwestycję w przyszłość. Ale zaraz! – zawoła ktoś z tylnego rzędu – daliście się porobić i chcecie to ubrać w ładne słowa, żeby się usprawiedliwić? Przyjrzyjmy się temu bliżej:

  1. Nie da się ukryć, że samo gotowanie, pomimo „kosztu” czasu, dało nam niemałą satysfakcję. Zwłaszcza kiedy goście również wyrazili swoje uznanie.
  2. W dłuższej perspektywie możemy mieć nadzieję (chociaż tutaj wchodzi w grę ryzyko), że takie spotkanie się powtórzy – zwłaszcza, że wszyscy dziś żegnali się raczej zadowoleni – i wtedy to my wystąpimy jako  goście! I na pewno nie będziemy zmywać…
  3. Giovanni zapewne zostanie zapamiętany jako autor pysznego risotto, a ja jako ten, który upiekł smaczne ciasto bananowe.
  4. Trudno to sprawdzić, ale można zaryzykować stwierdzenie, że atmosfera przy stole (jadalnym i bilardowym) była inna od tej, jaka zwykle panuje w głośnym pubie. Czy lepsza? Nie wiem, ale myślę, że i tak warta naszego wysiłku.

Widzimy więc, że zachowanie naszej trójki nie było ani czystą zachcianką, ani przejawem powiedzenia „zastaw się a postaw się”. Ostatecznie – tutaj ekonomia i zdrowy rozsądek mówią jednym głosem – gdybyśmy wystarczająco nie cenili tego spotkania i efektów naszej pracy, to po prostu byśmy tego nie robili. W tle czyha jeszcze jedno założenie, pozornie niewinne ale jednak kluczowe: podświadomie zakładaliśmy, że mamy do czynienia z osobami racjonalnymi. Tylko wtedy powyższe stwierdzenia (i co więcej – nasze oczekiwania) mają rację bytu. Jeśli bowiem każdy z gości wychowałby się w kulturze, która posługuje się inną logiką i wymusza działania, które dla nas wydają się nieracjonalne, to z naszych oczekiwań pozostałyby nici.

Ekonomia ma jednak to do siebie, że im bardziej stara się odzwierciedlić świat rzeczywisty, tym bardziej się gubi. Wstrzymajmy się więc z prognozami przyszłości i poczekajmy na to, co przyniesie jutro.

Sunday, February 7, 2010

Sobota w Londynie

Londyn przywitał mnie chłodno. To znaczy po angielsku. Błąkałem się po Reagent’s Street wśród nielicznych o tej porze przechodniów i zakupowiczów, szukając wyszukanej w Internecie wystawy fotograficznej. Nawet taksówkarze, którzy znają w mieście każdy zakręt (bo w Londynie każdy zakręt ma swoją nazwę), nie potrafili mi pomóc.

Zrezygnowany pojechałem na Holborn, żeby odwiedzić Sloane’s Museum. Kiedy spośród różnych możliwości spędzania czasu w Londynie wybieramy mało znane muzeum, to znaczy że coś jest nie tak – z nami. Wszedłem z lekkim niepokojem, że kolejną godzinę przemęczę, zanim w południe spotkam się z Wan Yung. Na szczęście znowu byłem w błędzie.

Sir John Soane to XVIII-wieczny architekt, który po studiach w Anglii i podróży-nauce po Włoszech osiadł w Londynie, gdzie gromadził swój książkowy (niektóre pomieszczenie przypominają bibliotekę, książki goszczą w jadalni, salonie gościnnym, piwnicy) i malarski (niektóre pomieszczenia mają podwójne ściany, które otwierają się niczym tryptyk) i stopniowo upubliczniał swój dom jako dzieło sztuki i źródło inspiracji. Kiedy na kontynencie szalała Rewolucja Francuska, a klasyczne piękno włoskich zabytków przykrywał wojenny pył, Soane zgromadził w swoim domu najróżniejsze elementy antycznej architektury: kapitole, rzeźby, dekoracje, reliefy, posążki i stłamsił je wszystkie w jednym pomieszczeniu, aby intensywność – niczym obrazowy słownik dla młodych artystów – stymulowała wyobraźnię. Nad wszystkim góruje posąg Apolla, patrona sztuki. Soane zburzył pół ściany, żeby go wnieść pod swój dach. Podobnie zresztą zrobił, gdy nabył sarkofag faraona Setiego I, ojca słynnego Ramzesa II. Przebudowywał swój dom niemal bez przerwy, raz to dokupując sąsiedni blok, innym razem dobudowując od frontu loggie czy dodając do pomieszczeniach lustra.

Właśnie lustra są jednymi z najbardziej charakterystycznych elementów tego domu. Zwierciadła płaskie wypełniają przestrzenie pod sufitem, dając złudzenie kolejnych pomieszczeń skrytych przed wzrokiem gości. Okrągłe, wypukłe tafle dają zaskakujące, choć czasem niepokojące refleksy światła. Poza tym wszystkie one sprawiają, że dom wydaje się dwa razy większy, niż jest w rzeczywistości.

Całego geniuszu, na którym opiera się rozplanowanie tego domu, opisać nie sposób: perspektywa przestrzeni, która ukazuje z różnych miejsc jest doskonale przemyślana. Kolory są odważne: ciemne bordo w pomieszczeniu reprezentacyjnym, słoneczna żółć w salonie dla gości. Najbardziej niesamowite jest jednak oświetlenie: Soane tak zaprojektował pomieszczenia, że światło wpadające do środka ma różny kolor w zależności o pory dnia i pogody!


Przechadzałem się później ulicami Londynu. Bywa, że kiedy odwiedzasz się starych znajomych, w mgnieniu oka czas znika i jest tak, jak gdybyście się rozstali ledwie wczoraj. Czułem się podobnie. Chociaż minęło wiele miesięcy, mijałem wciąż te same bary, sklepy, budki z biletami, obsługę metra, bezdomnych, turystów, ludzi napływających nocą do tętniącego życiem centrum. Mijałem ludzi – nie tych samych, ale takich samych. Londyńczycy chyba się nie zmieniają.

I to jedno tylko mnie olśniło – że Londyn naprawdę jest wielki. W porównaniu z Oxfordem prawdziwie wyrasta na stolicę imperium. Dlaczego nie widziałem tego podczas wizyt z Egham? Czy to baśniowy Oxford pomógł mi odkryć londyński majestat? Nie wiem. Może to znak utraconego dziedzictwa, bo wiem, że nie będę już w Londynie tak często, jak kiedyś. A może po prostu dlatego, że zmieniłem okulary…

Na koniec kilka impresji: 

http://picasaweb.google.com/gitano.de.sacromonte/LondonRevisited#

Tuesday, February 2, 2010

Poniedziałek

Urodziny Zsolta – trafiamy z prezentem bardzo dobrze, udało się zarówno zaskoczyć, jak i ucieszyć solenizanta (cały czas natomiast szwankuje punktualność i koordynacja miejsca spotkania). Co takiego dostał od nas Zsolt? Wyjawił kiedyś, po drugim kieliszku wina, że zapewne oświadczy się swojej dziewczynie po ukończeniu studiów. Postanowiliśmy pójść tą właśnie drogą. Z Amazon przyszły 2 małe książeczki: „Rady i przestrogi dla mężów” oraz „Rady i przestrogi dla żon”. Obie napisane w 1913, więc niektóre zawarte w nich rady niosły w sobie zapach dziejów, niczym muzeum lub Oxfordzka biblioteka („nie męcz swojego męża potokiem bezsensownej gadaniny kiedy przychodzi zmęczony z pracy”). Inne natomiast, choć przez niektórych wyśmiane, zdawały się tym ważniejsze, im bardziej wydawałyby się niedzisiejsze („nie narzekaj na trud rodzenia i wychowywania dzieci: pamiętaj, że kształcisz w ten sposób przyszłych obywateli państwa”). Do tego dorzuciliśmy koszulę z obrazkiem młodej pary i podpisem „koniec gry” [„game over”] oraz, jak na prezent ślubny przystało, talerze do nowego domu. Te ostatnie posłużyły za kartkę, na której wszyscy się podpisali. Całość, zawinięta w błyszczący różowy papier, czekała na Zsolta na stole, wraz z kieliszkiem ulubionego wina. Tak, myślę, że i tym razem nam się udało.

Prezenty urodzinowe, od czasu naprędce zorganizowanego prezentu dla Leny w listopadzie, stały się dla naszej grupy swego rodzaju wyzwaniem. Nie wypada przecież obniżyć poziomu, pójść na łatwiznę, zapomnieć. Ale wspólny trud był dotychczas bardzo satysfakcjonujący – dla obu stron. Piszę o tym dlatego, że mimowolnie rośnie we mnie ciekawość i ekscytacja: czy i ja zostanę czymś w najbliższych dniach zaskoczony? 

Niedziela

óg może odpoczywać, ale my jesteśmy szaleni!”

Tak brzmiał mail, którego odebrałem w sobotę wieczorem. To Chris, nasz „lider” porannych ćwiczeń, zapowiedział bieg na niedzielne przedpołudnie. Jesteśmy szaleni przede wszystkim dlatego, że już dwa tygodnie wstajemy co dzień o 7 na godzinne intensywne ćwiczenia, których nazwa brzmi właśnie „Szaleństwo” [„Insanity”]. Bieg nie okazał się jednak żadnym szaleństwem, a przyjemną przebieżką wzdłuż rzeki w słoneczny zimowy poranek. Jednego tylko brakowało: przerębla na skutym lodem jeziorze, które tak dobrze znam z domu.

W południe z aparatem na ramieniu dotarłem do Teddy Hall, gdzie Oxfordzki Tydzień Mody (firma założona przez jednego ze studentów rok temu) przeprowadzała właśnie casting modelek i modeli na majową imprezę. To nie pojedyncze wydarzenie, ale cały tydzień atrakcji, spotkań i pokazów, pracowicie przygotowywany przez ponad pół roku. Oprócz wyselekcjonowanych studentek i studentów Tydzień Mody gości też profesjonalne modelki i modeli, którzy na tę okazję przyjeżdżają tutaj z Londynu. Ale na razie jest niedziela, koniec stycznia, i trwa pierwsza runda eliminacji. Nie było mi dane zostać tam długo, bo zjawił się też profesjonalny fotograf, który czekał, aż skończę (ponoć tak nakazuje etyka zawodowa) zanim sam przystąpił do dzieła. Opowiedział mi natomiast krótko o swojej pracy i chociaż nie rozumiałem połowy skrótów, to zapamiętałem jedno: jako fotoreporter miał sprzęt niemal identyczny jak mój (ściśle rzecz ujmując: obiektyw ultraszerokokątny, teleobiektyw, portretówka 50mm, zoom i lampa błyskowa). Wniosek: teraz pozostaje mi kształtować wyobraźnię i umiejętności.



Wieczorem wybrałem się, nietypowo (czytaj: nie chciało mi się wstawać o 7.30), na wieczorną mszę u dominikanów. Przeplatały ją psalmy i hymny, bo odprawiana była razem z nieszporami. Oprócz dobrej retoryki podczas kazania, która jest wpisana w definicję dominikanów, mają jeszcze jedną zaletę: pięknie śpiewają.

Na koniec: wystawa fotograficzna o Żydach! Tym razem, zamiast smutnych i przygnębiających świadectw holocaustu, zdjęcia prezentowały żydowską społeczność Lubavitch, ortodoksyjny nurt ich kultury otwarty na zmieniający się świat i jego postęp technologiczny. Wśród kilkunastu zdjęć wyróżniały się 3 portrety, gdzie twarze i ubiory były pomalowane na różne kolory w formie impresjonistycznej (jak gdyby artysta na chybił trafił losował barwę i z zamkniętymi oczami wymachiwał pędzlem). To był artystyczny podpis Frederica Arandy, autora wystawy, który na co dzień jest fotografem mody. Zaczynał 10 lat temu studiując japonistykę w Oxfordzie i uczęszczając na zajęcia klubu fotograficznego…

foto - Frederik Aranda

Sobota

Stoimy przed Muzeum Historii Naturalnej. Mówią, że to najpiękniejszy w Oxfordzie budynek neogotycki z epoki Wiktoriańskiej. Jak wszystko w tym mieście, także to miejsce zapisało się w angielskiej historii: 30 czerwca 1860 roku, 7 miesięcy po publikacji „O powstawaniu gatunków”,  spotkali się tu przedstawiciele kościoła anglikańskiego i czołowi naukowcy badający teorię ewolucji. Chociaż samego Darwina zabrakło, konferencja została zapamiętana jako wydarzenie. Naukowa koncepcja stworzenia wzięła górę nad koncepcją biblijną. Ale jak to w Oxfordzie bywa, „każdy świetnie się bawił i wszyscy razem poszli potem radośnie na wspólny obiad”.

Za strzelistym muzeum kryje się jeszcze jeden budynek, muzeum etnograficzne. Tutaj każdy krok jest jak kolejna podróż, każde pomieszczenie jak inny kontynent. Wszystkie przedmioty na wystawach tłoczą się przed oczami, atakują wyobraźnię, sprawiają, że cały świat nagle kręci się w głowie niczym wirujący globus. Czego tu nie ma! Wazy, misy, miseczki, z gliny, z drewna i z kamienia, ozdoby z kutych metali, paciorki z zębów tygrysa, naszyjniki z kości słoniowej, tarcze wojowników z Papui Nowej Gwinei, na których widnieje postać współczesnego bohatera kreskówek, posążki Buddy w rozmaitych wielkościach i grymasach twarzy, obrzędowe maski plemienne z serca Czarnego Lądu, azjatyckie wizerunki demonów…nad tym wszystkim, w wielkiej Sali, góruje totem Indian z Kanady. Dziesięciometrowy słup jest pamiątką po hucznej zabawie i jakimś ważnym dla plemienia święcie. Obecnie dawni właściciele przyjeżdżają tutaj, by go analizować, bo u nich taki styl już zaginął.

To wszystko zobaczyć może każdy, kto choć na chwilę zajrzy do Pitt Riverso Museum. Naszą nieliczną grupę czekały jednak większe atrakcje. Pani oprowadzała nas po roboczych pomieszczeniach, opowiadając, jaką drogę musi przebyć każdy przedmiot, zanim trafi na wystawę. Widzieliśmy drewniane kije ponacinane i przyozdobione runami. Nie były to jednak prymitywne miecze z zaznaczoną liczbą pokonanych wrogów, ale…skandynawskie kalendarze! Przyciskając nosy do szyby, zaglądaliśmy do pomieszczenia, gdzie na stole – ot, tak zwyczajnie – leżały święte koszule amerykańskiego plemienia Czarnych Stóp. Brytyjczycy są tolerancyjni i respektują wierzenia innych, więc mieli z owymi koszulami nieco kłopotów. Szaman Czarnych Stóp przyjechał specjalnie, ażeby nad tymi, którzy będą mieli kontakt z koszulami, odprawić specjalny rytuał namaszczenia. Klęczeli więc, z umalowanymi twarzami, kiedy szaman śpiewał i tańczył dookoła. Wszystko za sprawą „szacunku”. Inny rodzaj szacunku wyzwalał natomiast kamyk, który – uformowany w grot strzały – datowany był na 10 tysięcy lat przed naszą erą. 10 tysięcy lat temu ktoś, inteligentna, człowiek, nasz przodek, wypuścił strzałę, żeby upolować posiłek na wieczór. Potem grot leżał i czekał, patrząc spokojnie na ludzkie dzieje. Jeden kamyk, który zawiera w sobie wszystkie tomy ludzkiej historii – a my ten kamyk możemy trzymać w dłoni i obracać w palcach!

Popołudniu razem z młodzieżą w ramach naszego wolontariatu, z którą spędzaliśmy cały dzisiejszy dzień,  założyliśmy łyżwy i ruszyliśmy na lodowisko. Młodym szło lepiej niż studentom, a na koniec jedna z dziewczyn-opiekunek skręciła kostkę. Ale i tak było wesoło.

Monday, February 1, 2010

Magiczny Oxford - na 4 strony świata

Godzina 14. Koniec piątkowych wykładów. Niesamowita pogoda, świeże powietrze, a na horyzoncie nadchodzący front burzowy. Czułem, że coś pięknego wisi w powietrzu, więc perspektywa siedzenia popołudniu w bibliotece stawała się coraz bardziej przygnębiająca. Po kilku sekundach wahania pobiegłem do pokoju, chwyciłem aparat i popędziłem na rowerze do centrum. Resztę popołudnia spędziłem na wieży kościoła, robiąc zdjęcia zachodu słońca. Czy było warto? Powiedzcie sami:
















Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem tak zadowolony ze zrobionych zdjęć.