Saturday, May 29, 2010

Punting czyli barką przez Oxford

Kiedy dziewczyny przestały rozmawiać, na krótką chwilę zrobiło się zupełnie cicho. Tylko cichy plusk długiego kija, którym odpychałem nas od mulistego dna, potwierdzał, że nie tkwimy w bezruchu. Czasami tuż nad głową zaszeleściły liście zbyt blisko mijanych gałęzi, innym razem w szuwarach rozlegały się dzikie kaczki, którym pewnie przeszkadzaliśmy spać. Stopniowo wszystko spowijała noc, rzucając cień na oba brzegi, a rzekę rozświetlając niczym błyszczącą wstęgę. Czas sunął tak powoli, jak nasza barka.

------------------------------------------------------------------

„Punting” jest w Oxfordzie niezmiernie popularny, nie mniej niż same zawody wioślarskie. Każdy college, który posiada swoją przystań i łodzie regatowe, ma też płaskodenne barki, czyli „punts”. Od pierwszych ciepłych dni w Trinity Term, a więc od początku maja, na rzekach Isis i Cherwell pojawiają się barki ze studentami. Tymi, którzy szczęśliwie zakończyli już sesję i tymi, którzy uciekają w ciche meandry rzeki od nużącej powtórki w suchym powietrzu bibliotek.

Tak jak we wszystkich innych dziedzinach studenckiego życia, w pływaniu płaskodenną łodzią również zaznacza się różnica między Oxfordem, Cambridge i resztą świata. Tradycja nakazuje sterującemu stać wewnątrz, z tyłu łodzi (stern), kierując łódź przodem (bow) w kierunku płynięcia. Oxfordzki zwyczaj każe natomiast ustawić się na samym przedzie barki i odpychać w przeciwną stronę, aby zabudowana część (till) wskazywała drogę. W „the other place” dominuje natomiast technika odwrotna: sterujący stoi na niezabezpieczonym burtami pokładzie (till), co umożliwia sterowanie kijem po każdym odepchnięciu. Wikipedia słusznie przyznaje, że Oxfordzki styl jest bliższy tradycji. Poglądu tego nie podzielają jednak studenci z Cambridge i do tego stopnia uparcie trwają przy swoim, że dwa końce łodzi zwykło się nazywać „oxfordzkim” i „cambridge’owskim”.




Sterowanie za pomocą kija jest dużo trudniejsze niż może się z początku wydawać. Pewnie dlatego każda załoga dostaje dodatkowo małe wiosło, gdyby kij wyślizgnął się z ręki albo ugrzązł w dnie. I jedno, i drugie jest wcale prawdopodobne podczas spływania oxfordzkimi rzekami. Potrafią nieoczekiwanie zmieniać głębokość, przez co drąg zanurza się w wodzie niemal po sam koniec. Kiedy indziej zaś twarde dno zamienia się nagle w muł i zbyt mocne odepchnięcie może się skończyć w najlepszym razie spowolnieniem łodzi, w najgorszym – nieoczekiwaną kąpielą.

----------------------------------------------------------------------------

Spojrzałem na brzeg: mijaliśmy właśnie St. Margaret’s College. Za chwilę pojawi się college St. Catherine, później Magdalene i gdyby tak dalej sunąć między zwisającymi nad wodą gałęziami i przewieszonymi mostkami, dotarlibyśmy do Isis, rzeki na której rozgrywają się oxfordzkie zawody wioślarskie. Stamtąd zaś dalej do Tamizy i wielkiego Londynu. Patrząc na przesuwający się monotonnie brzeg, wspomniałem Tomka Sawyera i jego spływ tratwą. Kto wie, może myślał o tym, o czy ja teraz: że wystarczy zrobić jeden krok, odpłynąć kilka metrów od lądu, żeby cały świat stał się tak dziwnie odległy. Tak jakby trwał sobie tylko po to, żebyśmy mogli patrzeć na niego z pokładu naszej barki. Bo na pewno go nie potrzebowaliśmy. Przynajmniej nie teraz: butelka wina, deska serów i cisza zapadającego wieczora były wszystkim, co było nam potrzebne do szczęścia.
\








                                                     

Monday, March 15, 2010

Prasówka

Magdalene mianowało szeryfa:

Matthew Shribner, 3 rok chemii, został mianowany szeryfem. Ma za zadanie złapać anonimowego sprawcę kawałów, kryjącego się pod pseudonimem „Jana Woźnego”.

„Jan Woźny” ma na sumieniu działania takie jak: dzwonienie pod różne numery pokoi i wzywanie studentów, by natychmiast zgłosili się do woźnego; odwracanie mebli do góry nogami w pokojach studenckich i zostawianie karteczek z wiadomością: „Jan Woźny cię obserwuje”.

Harry Maltby, student drugiego roku PPE, przyznał, że całą sprawę spowija nimb strachu. „Ten Jan Woźny to nie żaden mit. Za każdym razem, kiedy dzwoni telefon, drżę ze strachu, że to może być on. Cieszę się, że college poważnie traktuje to zagrożenie i mianował Szeryfa. Studenci będą mogli spać spokojnie, wiedząc, że ktoś się tą sprawą zajmuje.


Marsz Pingwinów

Kilku członków Penguin drinking society (znanego ze swoich pijackich ekscesów i dziwacznych procedur przyjęcia) z college’u Hereford zostało zawieszonych w prawach studenta na czas dochodzenia. Władze college’u nie ujawniły zarzutów.

Sprawa jest zapewne powiązana z pojawieniem się w świetlicy plakatów, na których znajdowały się fragmenty elektronicznej korenspondecji pomiędzy członkami stowarzyszenia i jego liderem, Pingwinem-Cesarzem. Data wskazywała na ubiegłoroczny Trinity Term.

Komentarze w listach zawierały wulgarne opisy i agresywne stwierdzenia dotyczące kobiet należących do college’u, a także “oceny” na temat kogo zaprosić na grupowe randki. Koło nazwiska jednej ze studentek pierwszego roku było napisane: „dla zdesperowanych”. Na plakatach widniały też zdjęcia rzekomo przedstawiające Pingwinów-autorów wiadomości.

15 członków stowarzyszenia zostało wyrzuconych z campusu. Pozostali studenci są zszokowani reakcją władz college’u.


Schlany Oxford

Ponad 70% studentów uważa, że pije za dużo. Wielu czuje, że cierpi na tym ich studiowanie. ¾ zna kogoś, kto wylądował w szpitalu z skutek zatrucia alkoholem.

James Keating-Wilkes, rzecznik South Central Ambulance Servide, wyjaśnia: „Nadużywanie alkoholu przez studentów zdecydowanie obciąża nasze karetki. Zabiera czas, który mógłby być przeznaczony na istotne wezwania.”

„Młodzi ludzie sądzą, że noc była nieudana jeśli nie urwał im się film”.

Większość przypadków związanych z zatruciem alkoholowym należy do kategorii A8, najwyższego stanu pogotowia, na który trzeba zareagować w ciągu 8 minut.

Problem nie dotyczy wyłącznie nadużywania pogotowia. Równie powszechne jest agresywne zachowanie wobec ratowników.

Mike Medcraft mówi: „Z pijanymi mam dwie zasady: nie wymiotujesz na moją karetkę i nie wymiotujesz na mnie. Jeśli są agresywni to ich po prostu wyrzucam. Byłbyś zaskoczony tym, ile razy byliśmy atakowani.”

Jones przyznał: „Przemoc i agresja są typowym zachowaniem wśród chłopców. Pewnej nocy na George Street, koło budki z kebabem, wybuchła bójka między studentami prawa i filozofii. Jeden chłopak dostał rak mocno, że jego kość policzkowa złamała się do środka i wypchnęła gałkę oczną.

Policjant wyjaśnił, że policja unika ciężkich kar wtedy, kiedy to możliwe, bo nie chce szkodzić karierze albo nauce młodych ludzi. „Wiele przypadków kończy się karą za zakłócanie porządku publicznego, 80 funtów. Wypisuję 5 takich tygodniowo. Przekazujemy też informacje o przypadkach do władz Uniwersytetu. Zabawne, że kary nakładane przez college są surowsze od naszych.

Hope Jones, ratownik, dodaje: „Z jednej strony mamy 80-letnią kobietę która upadła, ale nie dzwoni po pogotowie, bo nie chce nikomu sprawiać kłopotu. Z drugiej strony dostajemy wezwania od studentów, którzy potem wykorzystują nas jako taksówkę.”


Oriel przeprasza za wybryki podczas odwiedzin

Clare College z Cambridge złożył oficjalną skragę do College’u Oriel z Oxfordu i zakończył program odwiedzin. Powód: pijackie zachowanie i przemoc gości.

Studenci Oriel, podczas wizyty z „bliźniaczym” college’u w Cambridge, zostali oskarżeni m.in. o „pijackie zachowanie przed uroczystą kolacją, pijackie zachowanie podczas kolacji, wrzaski i obelgi pod adresem starszych członków College’u Clark podczas modlitwy przed jedzeniem i podczas posiłku, zniszczenie mienia College’u, w tym oddawanie moczu na schodach”.

Studenci, na których została wniesiona skarga, uważają, że zachowywali się nie bardziej agresywnie i pijacko niż ich gospodarze z Clare. Samorząd studencki w Oriel uzgodnił treść listu z przeprosinami, który mówił o tym, że studenci posunęli się  „troszkę za daleko” i „ zachowywali się nieco niedojrzale”.


W zeszłym tygodniu ktoś nalal detergentu do stawu w ogrodzie profesorskim w Trinity College. Ocalała tylko jedna ryba.

Szybkie i skuteczne śledztwo dziekana Balliol’u ujawniło sprawców – grupę studentów z tegoż college’u.
Alastair Travis, przewodniczący samorządu w Balliol, wyjaśnia: “Kilku studentów z Balliol, bez żadnych złych intencji, chciało zrobić kawał i nalać płynu do mycia naczyń do fontanny w Trinity. Nie potrafili dotrzeć do fontanny, a zamiast tego natrafili na staw (było ciemno, więc nie zdawali sobie sprawy, że pływają w nim ryby). Kiedy zgłoszono ten incydent dziekanowi, szybko przyznali się i pokryli szkody finansowe.
Dziekan Trinity przestrzegł swoich studentów, że „Trinity nie będzie tolerować jakiejkolwiek zemsty wobec Balliol’u. Działania tego rodzaju spotkają się z surowymi karami”.

Jeden ze studentów Trinity tak komentuje zajście: “Rywalizacja na żarty to jedno, ale przekraczanie granicy to co innego. Oni przeginają tak bardzo, że zapomnieli, że granice w ogóle istnieją!”

Anonimowy list, przysłany do władz Christ Church, ostrzega, że w college’u panuje „znaczące użycie narkotyków”, w tym heroiny.

Cenzorzy college’u (zastępcy dziekana), wydali publiczne oświadczenie: „Prawo obowiązuje w college’u nie mniej niż na zewnątrz. Nie mamy ani mocy, ani chęci bronić kogokolwiek, kto je łamie”.
Studenci przyznali, że wiedzą o używaniu narkotyków na terenie college’u, ale byli zaskoczeni informacją o heroinie. „Wygląda na to, że jakiś świr zobaczył kilku ludzi w gorszym stanie i podnosi krzyk, że wszyscy są ćpunami.”

Inny student, który pragnie zachować anonimowość, przyzał: “Nie powiedziałbym, że narkotyki są dużym problemem, zwłaszcza w porównaniu z innymi college’ami.

Cenzorzy nie odpowiedzieli na prośbę o komentarz do sprawy.

Podziurawione prezerwatywy

Komunalne prezerwatywy w St. Edmund Hall zostały zniszczone. Znaleziono je podziurawione w pokoju socjalnym college’u.

John Pierce, student w Teddy Hall, twierdzi, że odkrył ten akt wandalizmu kiedy chciał użyć prezerwatyw do przygotowania kostek lodu.

Eloise Stonborough, przedstawicielka samorządu do spraw socjalnych, jest oburzona: „Jestem wściekła z powodu tego co się stało i martwi mnie fakt, że są w naszym college’u osoby, które z jakiegoś powodu zdecydowały się narazić innych studentów na niebezpieczeństwo.”

Dani Quinn, przedstawicielka do spraw socjalnych z ramienia uniwersytetu, radzi studentom obawiającym się ciąży lub chorób przenoszonych drogą płciową skorzystać z Poradni Zdrowia Seksualnego w Oxfordzie.
Stonborough wysłała wiadomość do wszystkich członków Teddy Hall: “Nie wiem kto zrobił tą straszną rzecz…ale mam nadzieję, że wszyscy zdajecie sobie sprawę, że to niezwykle anty-społeczne i bardzo podłe zachowanie […] Teddy Hall i Uniwersytet w ogólności, nie wspominając już o kraju, w którym żyjemy, promuje uzywanie prezerwatyw…mam nadzieję, że ktokolwiek dopuścił się tego czynu wie, że jego działania nie powstrzymają ludzi od uprawiania seksu, a raczej wystawią tych, którzy starają się być odpowiedzialni w kwestii swojego ciała, na niepotrzebne (i prawdopodobnie wielkie) niebezpieczeństwo”.

Przyznanie klubowi “Thirst Lodge” licencji na taniec erotyczny wywołała w Oxfordzie falę protestów.
Rada Samorządu studenckiego Uniwersytetu przegłosowała uchwałę potępiającą licencję. Kościół St. Bebe zorganizował demonstrację przeciwko tańcom erotycznym w Thirst Lodge. Powstała też petycja do Rady Miasta, wnioskująca o odebranie licencji. Dotychczas podpisało ją 570 osób.

Większość głosów sprzeciwu opartych jest o wynik badań, które wykazują, że w dzielnicach, gdzie otwarto takie kluby, wzrosła przemoc i molestowanie kobiet. W petycji pojawiła się też wzmianka o podwyższonej liczbie doniesień o gwałtach.
Przeciwnicy mają nadzieję, że połączenie petycji i protestu będzie wystarczająco silne, by skłonić Radę Miasta do zmiany decyzji.

Sex-bloggerka z Oxbridge

Sex-bloggerka, która opisuje swoje erotyczne przygody w ramach studiowania na Oxbridge [nie wiadomo, czy autorka należy do Cambridge czy Oxford] przyciągnęła uwagę międzynarodowych mediów. Co więcej, fakt, że w Oxford lub Cambridge jest przynajmniej jedna osoba, która oddaje się z rozkoszą seksualnym czynnościom, wywołał burzę w blogosferze.

“Unikam wywiadów z kimkolwiek spoza Oxbridge bo nie chcę, żeby ktoś zbijał na tym kokosy. Piszę to po to, żeby ludzie tacy jak ty i ja mieli czym odetchnąć od pisania esejów”. Autorka nie zamierza ujawniać swojej tożsamości: „Matka by mnie zabiła gdyby się dowiedziała”.

Na swoim blogu opisuje swoją utratę dziewictwa, cechy zachowań seksualnych wśród studentów czy noc z zawodnikiem rugby.

„Gdyby nadrabiał swoje rozmiary wodospadem namiętności, to jeszcze uszło, ale to było bardziej jak leniwie płynący strumyk. Raczej przeciętny wpis do mojego dziennika bzykania”.

Komentuje też seks na obu uniwersytetach: “W systemie Oxbridge, większość z nas jest zbyt zagoniona żeby starać się o (nie mówiąc już o utrzymaniu) związku, więc większość jest w pełni usatysfakcjonowana zabawą w parę na jedną noc.”

Monday, March 8, 2010

Oxford vs. Cambridge



W niedzielę odbył się mecz koszykówki w ramach Varsity, zawodów między drużynami Oxfordu i Cambridge. Najsłynniejszą częścią rozgrywek Varsity są czerwcowe regaty rozgrywające się w Londynie na oczach całego świata. Natomiast liga Varsity obejmuje kilkanaście sportów i odbywa się w większości na przełomie lutego i marca.

Na grę naszych chłopców aż miło było patrzeć. Nie było momentu, kiedy przewaga punktowa nie była dwukrotna, a momentami nawet trzykrotna! Na przemian klaszcząc, wiwatując i robiąc zdjęcia, uwieczniałem to miażdżące zwycięstwo. Zarówno drużyna kobiet, jak i mężczyzn zdobyła tegoroczne trofeum. 





Tuesday, March 2, 2010

Tajski Wieczór




Długi dzień. Zacząłem go wcześnie od biegu. Chciałem na skróty wbiec na Headington Hill, ale przedzierając się przez krzaki trafiłem na rzekę, która pokrzyżowała mi plany. Przemieszczając się wzdłuż brzegu w poszukiwaniu mostu, dotarłem na niewielką polankę, której jedynymi mieszkańcami były malutkie pierwiosnki nieśmiało wyglądające ponad dywan zielonej trawy. Tak mi się wydawało, dopóki nie zauważyłem znaku z tablicą, stojącego nieopodal: „Ostrzegamy, że ta ścieżka kończy się za 100m. College Metron.”. Anglia ciągle potrafi mnie zadziwić…


Na placu przed centrum handlowym protest: Thirst Lodge, lokalny klub, znów (tak jak rok temu) uzyskało pozwolenie na lap dancing. Znów (tak jak rok temu), studenci i mieszkańcy chcą temu zapobiec. Wypowiadają się przedstawicielki samorządu, imam, przedstawiciel chrześcijan i jakiś lokalny radny. Najbardziej do rzeczy mówi z chrześcijanin, rzeczowo, ale zajmuje konkretne stanowisko: że przecież taniec erotyczny to nie usługa która jest celem sama w sobie, ale raczej początkiem czegoś więcej. Że kobieta jest całkowicie przedmiotem męskiej przyjemności, niczym więcej niż instrumentem. I że takie traktowanie jest poniżej jej godności. Rozejrzałem się – wiele zgromadzonych kobiet potakiwało z zaciśniętymi ustami. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć (jedno z nich trafiło później na drugą stronę gazety) żeby uwiecznić ten krótki moment społecznego sprzeciwu, gdzie (jak rzadko kiedy w historii tego miasta) studenci i mieszkańcy mówią jednym głosem.


Tortilla – co za porażka. Igor zawalił, bo nie dodał oliwy do smażenia ziemniaków…które potem i tak jedliśmy pół-surowe. Po 2 godzinach udało się zrobić drugą, już pod moim nadzorem, i wyszła nawet znośnie. Ale daleko do akceptacji.


Fajnie móc fotografią zarobić chociaż na porządne jedzenie. Zwłaszcza, jeśli to jedzenie z Tajlandii. Kosztując wyśmienitego zielonego curry, tajskiego narodowego specjału, oglądaliśmy (ja jak zwykle przez wizjer aparatu) tradycyjne tajskie występy: sztuki walki oraz tańce ludowe. Żeby codziennie trafiała się taka okazja! 






Kraina niekończących się opowieści.

Pan Osman jest fotografem. Dawniej pracował dla National Trust (organizacja zarządzająca parkami narodowymi i zabytkami na terenie Wielkiej Brytanii). Wspomina jeden ze swoich projektów: zamek Mt. St. Michelle na południowo-zachodnim cyplu Kornwalii. Pracowali tam przez tydzień z kolegą – każdego dnia robili 3-4 zdjęcia, czasami nawet 5. Myślicie może, że pan Osman się przejęzyczył? Świat fotografii analogowej różnił się nieco od tego, który znamy, fotografując telefonem czy aparatem, który mieści się w portfelu. Pomiar światła – rozkładanie lamp błyskowych – dobieranie ekspozycji – próbne zdjęcia Polaroidem i ocena efektów – czekanie, aż lampy się wystudzą (do 10 minut) – ponowny pomiar światła ze względu na zmieniające się oświetlenie za oknem – kolejne zdjęcia Polaroidem – poprawa ekspozycji – ostateczne zdjęcie właściwym aparatem. Jedno zdjęcie.

Ja jestem czeladnikiem. Nigdy nie lubiłem tego słowa: „czeladnik”. Zawsze kojarzyło mi się z czymś brudnym, z jakimś wychudzonym chłopcem, umorusanym węglem i spoconym od pracy w warsztacie. Ale moje czeladnictwo wygląda inaczej. Na drugim piętrze muzeum etnograficznego Pitt Rivers jest czyste, przestronne studio fotograficzne. Tam pan Osman dzieli się ze mną swoim wieloletnim doświadczeniem. Dziś dostałem indywidualny, dwu-i-pół godzinny kurs edycji zdjęć. Oprócz Photoshopa (którego w mniejszym lub większym stopniu używają wszyscy fotografowie, z reporterami Reutersa włącznie) widziałem też program Helicon Focus, który pozwala przezwyciężyć ograniczenie ostrości pola [uwaga, mowa techniczna]. Działa na zasadzie łączenia serii zdjęć tego samego przedmiotu. Każde zdjęcie serii ma pole ostrości przesunięte minimalnie dalej w stosunku do poprzedniego. Dzięki temu program korzysta z tej informacji i tworzy jedno zdjęcie, w którym zakres ostrości odpowiada temu, który był zarejestrowany przez całą grupę zdjęć. W ten sposób może stworzyć obraz idealnie ostry od początku aż po horyzont. Jest to szczególnie przydatne w makrofotografii, gdzie głębia ostrości jest niezwykle mała (najwyżej kilka milimetrów) [koniec mowy technicznej].

Jako asystent muszę się najpierw nauczyć, więc podejrzewam, że to pan Osman wyświadcza mi na razie większą przysługę niż ja jemu.

Jest jeszcze coś: magazyn muzeum etnograficznego, zmieszany z garścią bujnej wyobraźni, jest źródłem niekończących się historii, krainą egzotycznych opowieści z miejsc, które samą nazwą budzą ekscytację. Jest opowieścią o życiu ludzkim w nieskończonych formach, o jakich rozwinięta cywilizacja Zachodu już zapomniała. 

Kupiłem świeczkę i nielegalnie używam jej w pokoju!

Każdego wieczoru, zapalając zapałkę, czuję się napiętnowany publicznym zgorszeniem i toną przepisów przeciwpożarowych, które obejmują każdy centymetr mojego pokoju. Czujnik dymu zakleiłem siatką z Tesco, świeczkę gaszę przy otwartym oknie, żeby pozbyć się śladów. Rano, wychodząc z pokoju, odklejam siatkę i chowam świeczkę – do wieczora, kiedy znowu na marginesie prawa igram z ogniem…

Swoją drogą zauważyłem, że Anglicy masą przepisów pokrywają nic innego jak brak myślenia. Jeśli chcą minimalizować ryzyko pożaru (a o to zapewne chodzi ustalając niesamowite przepisy typu: „nie używać tostera po 22” i instalując czujniki dymu co kilka metrów), to są albo niekonsekwentni, albo głupi. Nie wiem, jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w każdym pokoju jest łatwopalna wykładzina i grube zasłony z materiału…

Kasia pełni funkcję „Fire Marshall” w swoim college’u. Fire Marshall to ten, kto ma przydzielone przeszedł przeszkolenie przeciwpożarowe i w wypadku pożaru (czytaj: fałszywego alarmu, w których Anglicy się lubują) pełni wyznaczone funkcje: puka do drzwi sąsiadów, zna drogę do najbliższego wyjścia, prowadzi grupę do punktu zbiórki itd. Kasia opowiadała, że podczas szkolenia pokazywano im krótki film utrzymany w klimacie kina grozy. Obrazował on ogień, który najpierw zajął firanki, potem choinkę, a potem cały pokój. Bo wszystko może się przecież zapalić – nawet papier!

Karolina natomiast powiedziała, że kiedyś kupowała w sklepie żelazko. Sprzedawczyni podawała jej produkt z taką troską (graniczącą z niepokojem), jak gdyby były to ruskie petrady: „Uważaj dziecko, ono się bardzo mocno nagrzewa! Lepiej być ostrożnym z takimi rzeczami!”.

Wielki Post

Wczoraj zaczął się Wielki Post. I co z związku z tym?

Ronan z Irlandii opowiadał, że najczęstszym postanowieniem wielkopostnym w jego kraju jest nie picie alkoholu. Problem polega na tym, że święto patrona, św. Patryka, przypada właśnie w tym okresie i nie obchodzi się go pijąc herbatę. Dlatego dla wielu Irlandczyków robi sobie jednodniową przerwę w poszczeniu.

Ja natomiast zapisałem się w duszpasterstwie akademickim na „retreat”. Najbardziej przypomina to chyba rekolekcje ignacjańskie (bo też przez jezuitów jest prowadzone), ale nie wymaga od uczestników zamknięcia się w twierdzy życia duchowego. W praktyce wygląda to tak: każdemu przydzielany jest jeden z księży jako przewodnik duchowy, który niczym Oxfordzki tutor 2 razy w tygodniu odpytuje z postępów w modlitwie i kontemplacji (na szczęście bez ocen…). Pomaga też zaplanować codzienne „ćwiczenia duchowe” i nadzoruje, czy idą one we właściwym kierunku.

W moim przypadku jest to ksiądz Fred ze Sztokholmu, z którym spotykam się w czwartek i w niedzielę wieczorem. Zasiadamy wtedy przy małym drewnianym stoliczku i rozmawiamy o tym, co przyniosły mi ostatnie czytania lub modlitwy. Najczęściej widzę jego twarz skupioną, kiedy słucha moich „duchowych wrażeń”.
Czasami coś zasugeruje, czasami dopyta, czasami tylko kiwa głową z ukontentowaniem.

Dotychczas szło mi różnie – czasami trudno było się skoncentrować, czasami budziłem się nad tą samą stroną kilkukrotnie i tylko świeczka* była coraz krótsza. Ale innymi razy czuło się, że wysiłek przynosi duchowe owoce. Trzymam się tego, co powiedział ksiądz Fred: nie mieć zbyt dużych oczekiwać. Zresztą, i tak od Kogoś innego zależy, jak się to wszystko potoczy…



*ta dygresja tak się rozrosła, że przeniosłem ją do osobnego wpisu --> „Kupiłem świeczkę i nielegalnie używam jej w pokoju!”

Zdjęcie grupowe

Z książek fotograficznych i doświadczenia płynie to samo przesłanie. Pozowanie jest ważne. Na zdjęciu, tak jak na obrazie, ciało: twarz, kończyny, balans, perspektywa i kąt względem obiektywu, słowem wszystko jest częścią kompozycji. Naturalna pozycja w rzeczywistości może wypaść (i często wypada) bardzo sztucznie. Starannie zaplanowana i upozowana postawa może dać (i zwykle daje) naturalne i spontaniczne zdjęcie. Tak to już jest.

Pozowaniu poświęcone są całe książki, całe kursy i szkoły istnieją w tym celu, żeby uczyć modelki „naturalnego” (przed kamerą, obiektywem lub widownią) kroku, wyprostowanej postawy albo scenicznego uśmiechu. Jeśli więc tyle wagi przywiązuje się do pojedynczej osoby na zdjęciu, to cóż powiedzieć o zdjęciach grupowych!

Z jednej strony stoi przed nami zadanie iście karkołomne – mieć na uwadze dynamiczną kompozycję kilkudziesięciu zmieniających się stale kształtów, obserwować napięcie kształtów, jakie się między nimi tworzy i czekać na decydujący moment. Najczęściej wybiera się wtedy dwie lub trzy niewielkie podgrupy i czeka na ciekawą interakcję w ich obrębie. Podobnie w przypadku malarstwa: „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki jest tego dobrym przykładem. Jeszcze lepszym zaś: „Wojna postu z karnawałem” Breugla (z doskonałym komentarzem piosenki Jacka Kaczmarskiego: http://szala.eu/www/gallery2/main.php?g2_itemId=2528)

Z drugiej strony można też kompozycję wielkiej grupy wymusić. Zdjęcia klasowe w równych rzędach na schodach szkolnych, zdjęcia rodzinne, zdjęcia zespołów na okładkach ich nowych albumów…Wszędzie kompozycji nadane jest konkretne znaczenie: jedność, bliska więź, hierarchia…ale taki zabieg wymaga czasu i cierpliwości. Co zrobić, gdy ma się 10 minut na zrobienie grupowego zdjęcia całego rocznika ekonomistów?

Wczoraj przeszedłem się po piętrach wydziału, szukając ciekawych ujęć. Znalazłem trzy, które zapowiadały się obiecująco. Wydawało mi się więc, że zaplanowałem wszystko: znałem teren, znałem swój sprzęt, znałem siebie. Zapomniałem o najważniejszym: że to nie ja będę robił zdjęcia…

Nawet przy najprostszym zdjęciu czynnik ludzki odgrywa rolę. Kolega, którego naprędce znaleźliśmy, który obznajomiony był z fotografią na tyle, że nie pytał „gdzie się naciska”. Stworzył coś nieco innego od mojej wizji. Ale nie narzekam – i tak będzie miła pamiątka:




Monday, February 22, 2010

Środa: fotograficzny dzień

W maratonie po rześkich pierwszych kilometrach przychodzi czas na strategię. Na rozłożenie sił, cierpliwość i próbę sił. Podobnie w moim fotograficznym maratonie przyszedł czas na prawdziwą próbę.

Cherwell wysłał mnie na Chiński Festiwal Noworoczny.

Noworoczny – bo właśnie 14 lutego rozpoczyna się w 2010 Chiński Nowy Rok. Festiwal – bo tradycyjnie w Chinach ten „festiwal wiosenny” (tak brzmi dokładna nazwa) trwa dwa tygodnie, do pierwszej pełni księżyca, i zdobią go tradycyjne i nowoczesne śpiewy i tańce, pokazy sztuk walki, fragmenty dawnej chińskiej sztuki teatralnej i – oczywiście – jedzenie.

Dzień wcześniej opowiadałem Elwynowi o fotografowaniu. Powiedziałem m.in., że to raczej samotne zajęcie, że fotograf „jest zawsze raczej sam”. Dzisiejszy wieczór udowodnił mi, jak bardzo się myliłem.

Na miejscu miałem spotkać się z Maxem, koordynatorem fotografii. Zamiast tego natrafiłem na Jonathana, niskiego Chińczyka z dwoma wielkimi Canonami przewieszonymi przez ramię (2 korpusy 5D, 24-70 2.8L i 70-200 2.8L IS – chłopak nosił na sobie 4tys. funtów, a efekt wzmacniała markowa kamizelka Canona). Dopiero on zaprowadził mnie do Maxa, który przywitał mnie z uśmiechem. Wysoki i spokojny, trzymał w ręku coś, co przypominało mini-teleskop (korpus 5D, 28-300mm – to tak, jakby trzymał czek na 3tys…). Później Jonathan wprowadził mnie w planowany przebieg wydarzeń: najpierw taniec, więc najlepiej zdjęcia grupowe albo portrety na zbliżeniach, później występ indywidualny, więc używaj tele […] dalej tradycyjne chińskie przedstawienie, akcja na środku, ale w kluczowych momentach skierowana w lewo, więc lepiej stanąć z tamtej strony […] na koniec jeszcze pieśń pożegnalna, chór ustawiony w dwóch rzędach – mężczyźni w tyłu, kobiety z przodu, przed nimi dyrygentka, dobre zdjęcie będzie na szerokim kącie z plecami dyrygentki na pierwszym planie albo w boku, z rzędem twarzy wypadającym stopniowo z pola ostrości… - tutaj wstrzymał na chwilę głos, rozejrzał się i dodał – balans bieli najlepiej chyba ustawić na ok. 5500. 5500? – zapytałem z niedowierzaniem, patrząc na pomarańczowe światło rozlewające się po wnętrzu Sheldonian Theatre – czy to  nie będzie za bardzo… - Nie sądzę – powiedział Jonathan, bez słów odczytując moje wątpliwości – niektórzy aktorzy mają biały makijaż na twarzy, więc nie chcemy, żeby wyglądali zbyt biało i nienaturalnie.

Po chwili padło jeszcze pytanie o mój obiektyw. Chciałem go uniknąć, tak jak biegacz w trampkach unika porównań z białym i lśniącym obuwiem zawodowców. Dobrze, że miałem chociaż pożyczony od kolegi teleobiektyw do zbliżeń (70-200 f4L), bo inaczej czułbym się raczej nieswojo. Jonathan spojrzał na niego i powiedział, że to bardzo dobry sprzęt, a autofokus ma szybszy niż obiektywy nawet z wyższej półki. Na odchodnym dodał jeszcze: ISO 1600, migawka jakaś 1/10 sekundy…

Byłem pod wrażeniem. Dużym wrażeniem. Wszystko dostałem podane na tacy, nie tylko co do przebiegu przedstawienia, ale nawet konkretnych ujęć. Jonathan pokazał mi dodatkowo zdjęcia z próby generalnej, żebym wiedział, czego mniej więcej się spodziewać.

Rozejrzałem się po sali Sheldonian, szukając pierwszych ciekawych ujęć i miejsc z dobrą perspektywą. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z całej strategii, którą kierowała się grupa chińskich fotografów. Na drugim piętrze, dokładnie naprzeciwko sceny, stało stanowisko snajperskie: na statywie zamontowany był długi obiektyw wycelowany w sam środek (przypuszczalnie 100-400). Nieco z prawej, piętro niżej, siedział za balustradą Max, strzelając z drugiej linii. Przy wejściu, po tej samej stronie stał jeszcze statyw z kamerą i kolejny obiektyw. Jonathan i ja działaliśmy natomiast w pierwszej linii, biegając w przysiadzie pod wzrokiem widowni niczym żołnierze uciekający przed świszczącymi w powietrzu pociskami.

Kiedy zabrzmiał pierwszy akord i słowo piosenki, zrozumiałem swój błąd. Byłem na wielkich obchodach Chińskiego Nowego Roku, świętowanych przez długi wieczór przedstawień i występów, 3-godzinną celebrację chińskiej kultury. I nie znałem chińskiego.

I jeszcze ten stres. Po pierwszej godzinie zapełniłem jedną kartę pamięci. Została tylko druga i…2 godziny, które zapowiadały się równie ciekawie. Ostatecznie zmniejszyłem format zdjęć – małe zdjęcie jest w końcu lepsze niż żadne (z RAW na sRAW, mniejsza rozdzielczość, ale wciąż pozwala na szeroki wachlarz możliwości przy edytowaniu).

Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z ważniejszych lekcji fotografii w moim życiu, kiedy to musiałem mieć oczy dookoła głowy, dwie dodatkowe ręce do zmieniania obiektywów, stabilną dłoń po 2 godzinach mierzenia przez wizjer i przewidywanie na 5 sekund do przodu. Nie wiem, na ile udało mi się to zrealizować, ale samo wyzwanie było wielkim przeżyciem. I jeszcze jedna nauka, którą na pewno zapamiętam na długo – nawet w świecie fotografii nie biegniemy do mety sami. 




Chińska lutnia, "pipa"

Mnich z Shaolin, rozbijający na czole metalową sztabę


Tradycyjny Chiński teatr 


Wtorek

Wtorek:

[pisząc to z perspektywy całego minionego tygodnia mogę powiedzieć, że to właśnie we wtorek wieczorem zaczął się fotograficzny maraton, który skończył się dopiero w niedzielę; muszę też przyznać, że dał mi nie mniej satysfakcji, co ten biegowy]

Nad Oxfordem zapadał wczesny zimowy zmierzch. Wszedłem do recepcji college’u Keble, który – cały z czerwonej cegły – przypominał budynek poznańskiej Marynki ze światowym rozmachem.

Portier skierował mnie na drugi koniec zabudowań, gdzie pod ziemią mieścił się niewielki teatr. Wszedłem do ciemnej sali, tylko na przedzie reflektor rozjaśniał scenę. Zacząłem wyjmować aparat, kiedy z surową miną podeszła do mnie reżyserka spektaklu…

To zadziwiające, jak bardzo ludzie rozpromieniają się, słysząc: „Jestem z gazety studenckiej Cherwell, przysłano mnie tutaj żebym zrobił kilka zdjęć”. Surowa mina ustąpiła miejsca uprzejmym słowom, wprowadzono mnie pokrótce w fabułę i przebieg scen po czym rozpoczęła się próba generalna.

Jeśli ktoś z was miał kiedyś okazję być jedynym widzem przedstawienia, przyzna, że jest to uczucie szczególne – to tak, jak gdyby cały zamknięty świat przedstawienia kręcił się wokół ciebie i dla ciebie. Jak gdyby podmiotem przedstawienia był nie główny bohater, ale ty-widz. Jeśli dodamy do tego fakt, że mogłem przemieszczać się po całej widowni, balkonie i krawędziach sceny, uzyskamy interaktywną rzeczywistość 3D – o stokroć prawdziwszą niż Awatar w IMAXie!

Aktorzy i reżyser byli na tyle uprzejmi, że odegrali kluczową scenę zanim musiałem wyjść. Dostałem więc, ja i mój aparat, samą esencję spektaklu. Efekty poniżej:







Poniedziałek

Nie ma to jak dobrze zacząć tydzień – myślałem, idąc na poranny wykład. Coś jednak było nie w porządku (i nie chodzi o to, że wyjątkowo byłem na czas). Na sali wykładowej siedział tylko Raoul.



Byliśmy jednymi z nielicznych, którzy nie wiedzieli o zmianie planu na ten tydzień. Ale cóż – do domu nie mam daleko, a mały spacer po śniadaniu jeszcze nikomu nie zaszkodził…

Tuesday, February 16, 2010

Operacja syrop

Opisywałem wcześniej Dziwny Stół, który pojawił się na naszym korytarzu. Był on w bezpośrednim sąsiedztwie strefy 0, gdzie trwała walka z wirusem. Nasz korespondent wojenny przesyła zdjęcia z linii frontu:

Corinna i Jerry

Fred i Corinna

Brooks

Niedziela

Jak z pizzy zrobić spaghetti z pesto?

Mieliśmy zjeść razem kolację. Mieliśmy przygotować pizze i świętować spóźnione moje urodziny, dawne urodziny Corinny i przyszłe urodziny Mirosławy. Cały korytarz miał się zebrać. Nie wyszło.

Porażka w planowaniu i brak zgrania skończył się tym, że ad hoc każdy przyniósł, co miał i wyszła z tego: pokaźna sałatka na ciepło-zimno oraz makaron 3 rodzajów z tak ogromną ilością pesto, że mam go dosyć na najbliższy tydzień. Na deser znalazły się jeszcze lody.

Z okazji Walentynek Eric pokazał nam filmik o misiu [bez słów] do obejrzenia tutaj:

A potem pośmialiśmy się jeszcze ze innego skeczu: http://www.youtube.com/watch?v=Sv5iEK-IEzw

Sobota w Londynie - bis

Londyn. Przeddzień Walentynek i wilija Chińskiego Nowego Roku. A tu prawie nic. Zdjęciowo, się znaczy. Udało mi się zebrać kilkanaście fotografii w coś na kształt opowieści:


http://picasaweb.google.com/gitano.de.sacromonte/LoveForSaleValentineSDayLondon#


Na West Endzie jest mnóstwo teatrów i kin, które grają przeróżne filmy i spektakle. Wśród nich jest jeden szczególny, wystawiany niemal codziennie od 26 lat – musical Nędznicy.

Nię sądzę, żeby słowa mogły dobrze oddać nastrój i treść przedstawienia, ale jeśli jeśli chcecie bliżej zapoznać się z dramatem nawróconego skazańca z Rewolucją Francuską w tle, najlepiej sięgnąć po oryginał napisany przez Victora Hugo. Osobiście uważam, że to nie tylko najlepszy musical, jaki obecnie* można zobaczyć z Londynie, ale też jeden ze wspanialszych dramatów, z jakimi się zetknąłem. Myślę, że pod względem treści mógłby śmiało stanąć przeciwko Antygonie czy Hamletowi, zaś pod względem formy (chociaż nie „klasycznej”) dorównuje takim operom jak „Carmen” czy „Traviata”. Do Nędzników można powracać wciąż na nowo i za każdym razem przeżywać spektakl tak mocno, jak za pierwszym razem.


Dla chętnych kilka najlepszych utworów:

*Podobno „Cats” były fenomenalne, ale niestety już się ich nie wystawia.

Czwartek

„Angielska pogoda” – cóż to znaczy? Myślisz pewnie o zamglonym wilgotnym Londynie, gdzie w kałużach odbijają się światła czarnych taksówek, a parasolowe pielgrzymki nieskutecznie zaklinają nie kończącą się mżawkę…albo widzisz Brighton, letnią Mekkę plażowiczów na południowym wybrzeżu, w chłodny, zachmurzony lipcowy dzień?

Jest pierwsza i jak zawsze ruszamy na High Street do Olives. Wizja ciepłej bagietki pokrzepia, bo po kilku metrach mamy już włosy przyprószone śniegiem i mocniej zapinamy płaszcze. Wszędzie wokół prószy śnieg i odległe budynki widać jak przez mgłę. Na przystankach stoją ludzie o ściągniętych twarzach – niezadowolenie miesza się na nich z niedowierzaniem – przecież zima już się chyba skończyła?



Kwadrans później wracam przez Broad Street. W kałużach odbijają się czyste niebieskie niebo i lśniące w przejrzystym powietrzu college. Nie ma śladu śniegu, twarze przechodniów się rozchmurzyły i wszystko wygląda piękniej.



Ciekawe, czy na wieczór będzie padał deszcz…

Thursday, February 11, 2010

Dziś krótko...

...mnie obcięli. Mam wrażenie, że to standardowy "Oxford cut", który aplikują tu wszystkim studentom. Może stąd właśnie bierze się stereotyp "angielskiego studenta"?

Ale miało być krótko, więc powiem tylko, że wyszło mi dziś przepyszne "risotto Milanese style" (jak określił je Paolo, nasz włoski mistrz kuchni).

Na koniec: ekonomiczny hip hop! O tyle dobry, że nasycony treścią na tyle, że chyba się go nauczę na pamięć do egzaminów: http://www.youtube.com/watch?v=d0nERTFo-Sk  

Wednesday, February 10, 2010

Dziwny Stół

Brooks, Amerykanka z naszego korytarza, jest chora. Jakiś wirus ją powalił i przykuł do łóżka. Brookes ma jeszcze na tyle sił, żeby nas słuchać, śmiać się i opowiadać. To jednak nie jest dziwne.

Dziwny jest stół, który pojawił się dziś przed jej drzwiami. Dziwne są przedmioty, które na nim się znajdują. Dziwna jest nieco pudełko z lateksowymi rękawiczkami, dziwne bardziej wielkie białe wiadro z jednorazowymi nawilżonymi chusteczkami i duży dozownik płynu dezynfekującego. Zupełnie przedziwne są natomiast wielka szpula plastiku, na którą nawinięte są jednorazowe foliowe fartuchy oraz kartonik z maseczkami na usta, przypominającymi „Na dobre i na złe” czy „Doktora House’a”. Obrazu dopełnia jaskrawożółta torba.

Pierwsza myśl: coś jest na rzeczy, szykuje się bal w tematyce szpitala, będą się przebierać za pielęgniarki i lekarzy…nagle pojawiają się Fred i Corinna, inni sąsiedzi z korytarza, wręczają mi bez słowa aparat i zaczynają się przebierać! Trudno mi opowiedzieć, jak wyglądali, odziani w gumę i folię na dłoniach, korpusie i twarzy, dlatego jutro zamieszczę ich zdjęcia. Ale tak przygotowani, z poważnymi minami wkroczyli do pokoju Brooks. Wchodzę za nimi, czuję, że to przecież jakiś lepszy żart, zaplanowana akcja, będzie okazja, żeby się pośmiać i zrobić ciekawe zdjęcia. A tu…Brooks wygląda spod kołdry i wita nas słabym głosem.

Epilog: Anglicy w swojej przezorności dali nam tyle środków dezynfekcyjnych i ochronnych, że cały nasz korytarz mógłby się wykąpać w szambie, a zaraz potem pójść na uroczysty obiad. Z jednej strony to doskonale racjonalne, żeby zapobiegać rozprzestrzenianiu się wirusa, z drugiej…nadal Dziwny Stół wymyka się mojemu postrzeganiu świata.

Tuesday, February 9, 2010

Generał mówi: dialog na XXI wiek

Pokój Niebieski w Starym Pałacu, siedzibie oxfordzkiego duszpasterstwa, pęka w szwach. Siedzę ściśnięty na podłodze, a dwa metry przede mną, na fotelu przed kominkiem, wygodnie rozparł się generał. Założył nogę na nogę, rozejrzał spokojnie po zebranych, zerknął na trzymaną w ręku czerwoną teczkę i rozpoczął.

„Stoją przed nami dwie drogi: pierwsza, powrót do getta, nie jest realna. Jeśli wszyscy zamknęlibyśmy się w zakonach, to odcięlibyśmy się od świata i zniknęli. Druga, asymilacja, też do nikąd nie prowadzi: jeśli będziemy przytakiwać wszystkiemu, co nas otacza, czasem tylko nieśmiało wtrącając nasze przekonania, to wszystko się rozpłynie. To napięcie między jest szczególnie wyraźne u Żydów: od wieków zmagają się z pytaniem, którą drogą mają kroczyć. Jonatan Sachs, główny Rabbi Korony Brytyjskiej, zadaje w swojej książce pytanie: „czy powinniśmy mieć Żydowskie wnuki?”.

Spokój generała mocno kontrastował ze skupieniem, które zmieniało twarze słuchaczy w maski powagi. W powietrzu unosiło się napięcie pomiędzy wagą jego słów a lekkim tonem, który im nadawał.

„Musimy stworzyć otwartą, żywą kulturę, która będzie w dynamicznej interakcji ze światem. Która będzie otwarta wobec tego, czym sama nie jest. Stwierdzenie, iż „potrzebujemy najpierw oświadczenia naszego stanowiska, a dopiero potem dialogu” to fałszywa dychotomia. Prawdziwy dialog zakłada bowiem otwartość na stanowisko drugiej strony, otwartość na możliwość przemiany: pierwszym, który musi się nawrócić, jestem ja sam.”

Ciekawe słowa. Przez myśl przeszedł mi Tischner ze swoją filozofią dialogu i przedstawienia teatralnego, gdzie na scenie następuje Spotkanie. W tym tonie wypowiadał się też Karl Rachner, podobnie pisał Rosenzweig w „Gwiedźie Zbawienia”. A teraz taka „zachęta do otwartości” przychodzi ze strony byłego generała zakonu dominikanów. Ciekawe to tym bardziej, że Rahner nie do końca zgadza się z Neotomizmem, za którym dominikanie (ogólnie rzecz ujmując) stoją murem.

„Chesterton mówił o „nieustającej przygodzie ortodoksji”. Doktryna Świętej Trójcy, którą większość chrześcijan zwykło uważać za abstrakt, jakąś niebiańską matematykę, jest de facto fundamentem nasze wiary, przekłada się na wszystkie aspekty naszego życia. Bez tego pojęcia Bóg mógłby darzyć nas co najwyżej takim szacunkiem, jakim my darzymy naszego psa (warto tu zaznaczyć – dodał z lekkim uśmieszkiem - że wielu Anglików ceni swoje psy bardziej od swoich partnerów…). Ale zamiast tego mamy Ojca, który jest w nieustannym dialogu z Synem, dialogu miłości, którym jest właśnie Duch Święty. W Biblii dialog Boga z człowiekiem pojawia się nieustannie: Jezus rozmawia z każdym, nawet grzesznikiem, nie mówi prostytutce: „popraw się i przyjdź za tydzień”, przyjmuje wszystkich: chorych, wykluczonych, celników (to odpowiednik dzisiejszych bankierów). Zawsze był tam dialog. Nawet św. Dominik założył swój zakon…w pubie!”

„Ale prawdziwy dialog może rozgrywać się tylko między ludźmi otwartymi na słowa drugiej strony, między przyjaciółmi. Jezus, kiedy przekazywał im Nowe Przykazanie, nazwał Apostołów „przyjaciółmi”. My też musimy pozostawać w przyjaźni z tymi, z którymi toczymy dialog, bo tylko wtedy będziemy mogli znaleźć takie słowa, które będą jednocześnie wierne tradycji i rzucą nowe światło na rozważane zagadnienie.”

„Jeszcze krótko powiem o moralności. Wydaje się powszechne uważać, że być Chrześcijaninem znaczy tyle, co być posłusznym Magisterium Kościoła i przestrzegać 10 przykazań. Bertrand Russel mówił, że 10 przykazań powinno być jak pytania egzaminacyjne: piszący nie powinni odpowiadać na więcej niż sześć…Ale tradycyjnie moralność oznaczała nie to, co wolno i czego nie wolno, ale to, do czego jesteśmy powołani, oznaczała rozwój cnót.”




 Tak właśnie Timothy Radcliffe, generał dominikański w latach 1992-2001, mówił nam o chrześcijaństwie na XXI wiek. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami: nazwiska, które cytował nie cieszą się w Kościele jednogłośnie nieskazitelną opinią, zaś zarzuty wobec idei, które promują, nie są zupełnie bezpodstawne. Wracając podzieliłem się wątpliwościami z Francois’em i okazało się, że odebrał wszystko nieco bardziej optymistycznie i, rzec by można, pozytywnie. Ja osobiście mam pewną nieufność wobec „ogólnych modeli”, bo – jak wszyscy wiemy – diabeł tkwi w szczegółach.