Sunday, November 29, 2009

Co my właściwie robimy?

To pytanie zadają mi już nie tylko zatroskani rodzice, ale nawet koledzy, którym moje zdjęcia i opisy na blogu niszczą ułożony wizerunek Oxfordu, uniwersyteckiej legendy. Dlatego postanowiłem przybliżyć Wam odrobinę to, czym zajmujemy się tutaj właściwie (a właściwie to, czym powinniśmy się zajmować przede wszystkim). Poniżej znajduje się odnośnik do zestawu zadań z makroekonomii. Odpowiedzi proszę nadsyłać do następnego poniedziałku, do godziny 12 na mój adres. Ci, którzy pomyślnie rozwiążą zadania, mogą czuć się zaproszeni do Oxfordu na kanapkę w Olives! A nawet formalną kolację w zabytkowej jadalni jednego z college'ów!

https://docs.google.com/fileview?id=0B7QM2ja3K3DKNmVjODI5MTAtZTBmMy00ZmRmLWI5NjQtZjRmYmYyZTk0NGJk&hl=en

Sztuczna inteligencja w Oxfordzie

Kiedy prof. Leszek Kołakowski opowiadał „o co nas pytają wielcy filozofowie”, podziwiałem nie tylko jego przenikliwy umysł i łatwość, z jaką przystępnie tłumaczył trudne idee. Podziwiałem też wnętrza – zabytkowe, upiększone starymi meblami z ciemnego drewna – i świat za oknem: stare mury college’ów o piaskowym kolorze, ludzi, którzy w powiewających płaszczach mknęli na rowerach. Cały ten świat przesiąknięty był silnym choć niewidzialnym intelektualnym nurtem, całym skupiskiem tych nurtów, które niczym delta rzeki rozlewały się na wszystkie strony.

Teraz siedzę na dywanie, z notesem na kolanach wciśnięty w kąt pokoju. Miejsca siedzące i przestrzeń pomiędzy nimi jest dokładnie wypełniona przez zasłuchane twarze. Jak dziadek opowiadający wnukom historię, tak niemłody już pan Wilks z Oxfordzkiego Instytutu Internetowego przedstawia nam dzieje badań nad sztuczną inteligencją.

„Od 20 lat odbywają się zawody, w których komputery konkurują ze „zwykłymi” ludźmi w internetowych czatach. 6 dziennikarzy, prowadząc sieciową rozmowę z oboma muszą ustalić, który z rozmówców jest sztuczną, a który ludzką inteligencją, na podstawie płynności i treści odpowiedzi. I chociaż górna część rankingu jest wciąż zajęta przez człowieka, to wyniki na granicy zaczynają się zacierać – najlepsze programy potrafią zaskakująco dobrze udawać ludzi…

Cóż to znaczy dla ludzkości? Czy człowiek może wejść z emocjonalną relację ze sztuczną inteligencją?” Pan Wilks nie ma wątpliwości: ludzie potrafili bardzo mocno przywiązywać się do „tamagotchi”, malutkich wirtualnych zwierzątek, które w swoim wyrafinowaniu nie sięgały do pięt kuzynom z krwi i kości. „O ileż więc bardziej do programów, które będą zaspokajały wiele ludzkich potrzeb. Mowa bowiem o inteligentnych botach, osobistych programach komputerowych, które będą źródłem wszelkich informacji o nas samych, chodzącą encyklopedią nie tylko zawierającą Internet, ale też rozumującą na tyle, żeby korzystać z zawartych w nim informacji. Czy to nie piękne?”

Czy to nie straszne – pomyślałem. Coś, co będzie posiadało wszelką wiedzę, jaką daje Internet, wszelkie informacje o mnie, jakie kiedykolwiek tam umieściłem, będzie pamiętało wszystkie rozmowy, które z nim odbyłem, będzie mówiło moim głosem…będzie mną? Jest w tym coś fascynującego, niczym odkrywanie kamienia filozoficznego kreacji: człowiek tworzy inteligentny byt. I strasznego – bo przecież w wieku, w którym informacja jest niemal tożsama z władzą, takie programy byłyby idealną siatką szpiegowską w mikro skali.

Pan Wilks pozostaje jednak optymistą. „Wciąż napotykamy duże trudności jeśli chodzi o podtrzymywanie dialogu. Dlatego roboty nie miałyby zastosowania w wychowywaniu i opiece nad dziećmi. Natomiast na pewno sprawdzałyby się dobrze dla starszych ludzi: mogłyby na przykład opowiadać historie ludzi przedstawione na zdjęciach, przywoływać historie, które zatarły się w ludzkiej pamięci…kto z nas nie lubi oglądać zdjęć i słuchać opowieści?

Pomyślcie jeszcze o tym: po śmierci taki „towarzysz” staje się gotową autobiografią, pełnym źródłem danych o moim życiu, staje się nieprzemijającą ikoną mnie, który odszedłem. Moglibyśmy mieć przycisk na grobach, który aktywowałby robota i sprawiał, że można by porozmawiać jeśli nie ze zmarłym z zaświatów, to chociaż z bardzo bliskim towarzyszem-robotem. W średniowieczu płacono księżom za utrzymywanie grobów, może niebawem będziemy płacić Gogolowi za pośmiertne strony internetowe?”

Thursday, November 26, 2009

Z ostatniej chwili! - część 2

Wiadomość o zmianie nazwy samorządu w college'u Magdalene przedostała się do mediów:


http://www.telegraph.co.uk/education/educationnews/6645309/Oxford-University-changes-common-room-name-to-Harry-Potters-Gryffindor.html


http://news.bbc.co.uk/1/hi/england/oxfordshire/8378458.stm


Zarówno Telegraph Daily, jak i BBC opisują uchwałę uczniów i ich starania, żeby przechrzcić 3 inne college na pozostałe nazwy z książek o Harrym Potterze. Na poważnie w nutką sceptyzycmu.

Angielskie potrawy

Na pierwszy rzut oka

Kuchnia włoska – spaghetti i pizza. Kuchnia francuska – bagietki i sery. Kuchnia polska – schabowy i bigos.

Kuchnia brytyjska…Chicken tikka masala! Jeśli ktoś sądzi, że typową angielską potrawą jest fish’n’chips (ryba z frytkami), to musi szybko zorientować się w nowej sytuacji.

W latach ’80 ubiegłego wieku indyjskie restauracje w Londynie wymyśliły przepis, oparty o typową indyjską potrawę ‘chicken tikka’, czyli curry z kurczaka. Recepturę zmieniono do tego stopnia, że stała się odrębnym daniem, którego ze świecą szukać w ojczystych Indiach.


Prawdziwa tradycja

Typowe brytyjskie jedzenie nie jest szczególnie znane za granicą (ani szczególnie popularne w samym królestwie). Nie znaczy to jednak, że jest niedobre – wręcz przeciwnie! Przed Wami trzy przykłady tradycyjnej brytyjskiej kuchni:

1. Cornish pasty – historia Kornwalii, południowo-zachodniego półwyspu Anglii, mówi o nich następująco: kiedy górnicy wybierali się na długie dniówki pod ziemię, dostawali od żon przygotowany posiłek. Musiał być praktyczny i sycący, wytrzymać spartańskie warunki pracy w kopalni i stanowić jednocześnie obiad i deser. Jak spełnić te wymagania? Kornwalijskie żony miały głowy na karku i zaczęły wypiekać wielkie pierogi, wypełnione kawałkami wołowiny, plastrami ziemniaków, kawałkami rzodkwi i cebuli. Ciasto było cienkie ale wytrzymałe, zaś krawędź, która spinała oba brzegi pieroga – twarda. Tak twarda, ażeby ‘pasty’ wytrzymało upadek z krawędzi szybu górniczego. Późniejsza tradycja dodaje, że na jednym z rogów znajdował się słodki deser: dżem lub konfitura z owocami. Co więcej, każda żona znaczyła swój wypiek inicjałem męża. Często bywało bowiem tak, że duże ‘pasty’ służyło jako śniadanie i obiad zarazem, a w ten sposób łatwo było odszukać swój własny posiłek.

Najlepsze Cornish Pasty są naturalnie w Kornwalii. Ja swoją pierwszą kosztowałem w miasteczku Tintagel, nieopodal ruin zamku, które jedni uważają za dawną siedzibę króla Artura, inni – za twierdzę króla Marka z ‘Tristana i Izoldy’. Niewiele gorsze ‘pasties’ napotkałem na północy, Anglii, w okolicach Lake District. Najlepiej jeść te świeżo wypieczone, nawet, jeśli oznacza to kilka minut dodatkowego czekania. ‘Pasties’ znajdziemy też naturalnie w każdym większym mieście: charakterystyczne logo pirata to znak firmowy „West Cornish Pastie”.

Cena: 2.70 funta średnia, 3.20 duża.
Miejsce: (najbliższe) w holu głównym na stacji Liverpool Street lub Victoria Station w Londynie. 




2. Steak and ale pie – czyli tradycyjne angielskie danie. Składają się na nie kawałki wołowiny w gęstym sosie na bazie piwa pieczone w kruchym francuskim cieście. Obok puree ziemniaczane i zielony groszek. Dość popularne (z pewnymi odmianami) zwłaszcza w tradycyjnych pubach. Osobiście polecam „The Anchor”, miejsce o korzeniach sięgających XVI wieku. Mieści się nieopodal London Bridge, gdzie z tarasu na piętrze w pogodny dzień roztacza się majestatyczna panorama City, czyli dzielnicy finansowej, oraz samej Tamizy i sunących po niech wycieczkowych statków.

Cena: ok. 12 funtów
Miejsce: The Anchor, Park Street 34 (między London Bridge a Tate Modern)
  

3. Haggis – W Szkockich dolinach, naznaczonych przez wieki krwią przelaną w bitwach między klanami, mieszczą się teraz wioski i niewielkie miasteczka, ciągną się drogi o malowniczych widokach. Czasem jednak tylko ścieżki wydeptane przez wędrowców jak nić Ariadny prowadzą do położonej wśród bezkresnej równiny gospody. Kingshouse Hotel to szczególne miejsce – w promieniu 20 km nie ma nic oprócz zachwycającej dzikiej przyrody.

Kingshouse hotel jest szczególny także dlatego, że podają tutaj haggis, danie dla Szkotów tak tradycyjne, jak dla Polaków bigos. Wiele osób krzywi się z niesmakiem, słysząc o składnikach i sposobie przyrządzania, dlatego nie będę ich tutaj opisywał. Powiem tylko, że być w Szkocji i nie spróbować haggis to więcej niż błąd. To słuszny pretekst, żeby wybrać się tam jeszcze raz.

Cena: ok. 8 funtów
Miejsce: Kingshouse Hotel, 20km na południe wschód od Glencoe przy drodze A82 (lub 4/5 dzień wędrówki West Highland Way, zaczynając od południa).

Oxford

Oxford natomiast jest, jak pod wieloma innymi względami, nietypowy w stosunku do reszty kraju. Nie widziałem tu dotychczas ani baru, gdzie serwują fish’n’chips (co najwyżej tradycyjnie w pubach), ani zwykłej indyjskiej knajpy. Prawdziwą sławą cieszą się natomiast 2 malutkie sklepiki sprzedające kanapki na ciepło i zimno, przygotowywane na poczekaniu na zamówienie klienta.

1. Alternative Tuck Shop – codziennie ok. 13 otoczony jest kolejką studentów, która nie wychodzi na drugą stronę ulicy tylko dlatego, że obsługa wewnątrz jest nieprawdopodobnie szybka. Na 5 metrach kwadratowych za ladą krzątają się, jak pracowite mrówki, czterej panowie, którzy w mgnieniu oka kroją ciabaty i bagietki, przekładają je wybranym nadzieniem i zawijają w papier, gotowe do odbioru. Przez wiele dni przychodziliśmy tu niemal codziennie, jedni próbując kolejnych smaków z menu, inni wybierając tylko ulubioną kompozycję.

Cena: ok. 3 funty.
Miejsce: róg Holywell Street i Manfield Road 

Warto spróbować kurczaka w pikantnym sosie jalapeno albo suszonych pomidorów z kurczakiem i serem.

2. Olives – Sebastien, nasz kolega z grupy, wspomniał kiedyś mimochodem, że w 'Olives' sprzedają  najlepsze kanapki w mieście. Jedni sądzili, że przesadza, inni, że jest stronniczy (bo zarówno ‘Olives’ jak i Sebastien pochodzą z Francji), wszyscy zignorowali jego rekomendację. To był wielki błąd. Teraz bowiem nikt z nas nie chadza już do „Tuck shop’u”, który spadł w naszych oczach do rangi fast food’u.

‘Olives’ olśniewa: zapachem już od samych drzwi, widokiem francuskich i włoskich drzemów, konfitur, przetworów czy regionalnych specjałów, pod którymi uginają się półki, olśniewa francuskim akcentem pana, który zwraca się do mnie „monsieur” i uśmiechem Francuzki, która podaje mi kanapkę. Prawdziwym objawieniem jest natomiast jedzenie: na ladzie stoją wielkie miski  wypełnione po brzegi gatunkami błyszczących oliwek, w tyle widać różne rodzaje ciabaty i bagietek, a menu wiszące pod sufitem sprawia, że sama wyobraźnia robi się głodna. Można bowiem komponować tutaj własne zestawy kanapkowe: czy połączymy mozarellę z rucolą i szynką parmeńską czy też z kurczakiem i oliwkami? Wybór należy do nas. Możemy jednak zdać się na (doskonały) smak francuzów i zamówić jedną z kilku gotowych kompozycji, które przygotowali na dany dzień. Dlaczego? Bo nie codziennie jest szansa, ażeby w jednej kanapce kosztować tylu smaków, ilu często nie ma nawet 3-daniowy obiad…

Cena: 3 funty
Miejsce: High Street naprzeciwko Examination Schools

Polecam kompozycje dnia w formie półpieczonej bagietki (panini). Zestawy są zaskakujące i niezmiennie przepyszne: kurczak z pesto, rucolą i serem cordon bleu albo plastry wołowiny z topionymi francuskimi serami i pieczarkami.

Nieco droższe i jeszcze lepsze (choć wydawać by się mogło, że smaczniej już być nie może) są bagietki dnia: za ok. 4,5 funta otrzymujemy feerię smaków w świeżym francuskim pieczywie. 

Tuesday, November 24, 2009

Z ostatniej chwili!

Już nie raz wspominałem, że Oxford wygląda czasami jak kraina z bajki, baśniowe królestwo czy, konkretnie, uniwersytet magiczny Hoghwart, na którym studiował słynny Harry Potter. Nic dziwnego zresztą, bo część filmu o tym samym tytule nakręcono właśnie tutaj, na ulicach i w holach słynnych college'ów. Nigdy bym nie przypuszczał, że naśladownictwo takie może pójść w drugą stronę. Zresztą, przeczytajcie sami:

Magdalen JCR changes name to Gryffindor

by Natalya Segrove | 00:17 GMT, Mon 23 November 2009

Photo: Cherwell
Magdalen College JCR has voted to rename itself as Gryffindor in the JCR meeting on Sunday. It will be referred to as such in "all official documents".
JCR President Laurence Mills has also been mandated to contact the JCR Presidents of Christ Church, St. Hugh's and Merton informing that they should rename their common rooms Slytherin, Hufflepuff and Ravenclaw respectively.
The motion, which was passed in the JCR's General Meeting with only six votes in opposition, was proposed by third-year Zoe Tyndall. It noted that, "Magdalen College embodies the values of courage, daring, nerve and chivalry", the characteristics of the Gryffindor house in Harry Potter novels.

Tyndall said, "Magdalen college JCR embodies the exact same values as Gryffindor house at Hogwarts."
She added, "We found the resemblance between Hufflepuff and St Hugh's to be particularly strong - they are, as the motion reads, ‘particularly good finders'. The amount of ‘pure wizarding blood' at Christ Church is overwhelming, and our only conclusion was that they should be called Slytherin."
Matthew Shribman, the third year who originally raised the idea during his JCR presidential bid last week commented, "It's not a question of whether we should rename to Gryffindor, it's whether we should accept that we are Gryffindor."
During the debate on the motion, several amendments were suggested. One would have mandated the JCR President to write to the college President, Professor David Clary, asking if he would change his name to Albus Dumbledore.

Only one speech was made in opposition, and this was to suggest that the motion be changed to mandate the purchase of a sorting hat.

However, the opposition was withdrawn when a friendly amendment was added to the motion, stating that a sorting hat should be purchased. Matt Bilton, who proposed the amendment commented, "I think most of the JCR present agreed that a sorting hat was definitely necessary."
Suggestions that this could become part of the admissions process across the University of Oxford were rejected on the grounds that it could be difficult to implement.

Student reactions to the name change were very positive. First-year Suzie Harrogate commented that she was "quite ecstatic about the whole situation" as she had "always wanted to go to Hogwarts."
Tom Meakin, President-Elect of Magdalen JCR commented, "Magdalen does after all look a little bit like Hogwarts, and not to put any noses out of joint, but my Vice-President does look a little bit like Hagrid."

Page last updated: 2009-11-22 17:52:17
Krótko mówiąc, samorząd studencki w Magdalene College przegłosował uchwałę o zmianie oficjalnej nazwy na Griffindor, jedno z czterech dormitorów (college'ów) które pojawiają się w świecie Harrego Pottera...  

Monday, November 23, 2009

Win-win situation

Razem z Giovannim świetnie się rozumiemy:

- Giovanni, idziesz dziś na seminarium z ekonomii?
- A dają lunch?

Oxfordzki Tematyczny Słownik Cytatów, który niedawno dostałem (Ciociu i Wujku, serdecznie dziękuję!) pod hasłem „ekonomia” podaje: „There is no such thing as free lunch” [nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad], przypisywane Miltonowi Friedmanowi. Codziennie doświadczenie pokazuje jednak, że Oxfordowi bliżej intelektualnie do angielskiego rywala, Cambridge, skąd wywodził się Keynes, promujący idee państwa interweniującego w gospodarkę. Tak czy siak, chodzi tu o ekonomię z ludzką twarzą: chodzimy na seminaria we wtorki i piątki, bo wtedy rozdają kanapki albo bagietki. Matematycznie rzecz ujmując, jest w tym pewne ryzyko: inwestujemy godzinę naszego czasu w zamian za kanapkę (2.75 funta, ale czasem uda się schwycić 2 lub nawet 3 jeśli szczęście dopisze) i przedstawienie jakiegoś badania. Jeśli jest ciekawe, to wygraliśmy, bo każdy z nas woli przez godzinę słuchać o czymś interesującym i jeszcze się najeść, aniżeli pracować fizycznie za, powiedzmy, 6 funtów na godzinę. Jeśli zaś jest nudno? Wtedy można nadrobić zaległości w spaniu lub zadaniach domowych. Po angielsku nazywa się to „win-win situation”…

Fotogeniczny Oxford

Kto był ten wie – Oxford jest niczym grecka rzeźba o pięknych, klasycznych proporcjach.

Najczęściej robimy zdjęcia jako notatki, żeby zapisać obraz, przekazać go bez słów innym, którzy nie widzieli. Czasem jednak wewnętrzny instynkt przymusza nas, żeby – nawet w niedoskonały sposób – ocalić piękno, które mamy przed oczyma, zachować je od zapomnienia.

W Oxfordzie ten wewnętrzny zmysł piękna nie śpi. Każdego dnia, kiedy słońce przedziera się przez chmury, kiedy różowy świt koloruje niebo nad wiekowymi college’ami z żółtego kamienia, kiedy lampy uliczne złotymi promieniami rozpraszają ciemności, wyznaczając ścieżki jasności dla ciemnych sylwetek spacerujących par, każdego dnia rodzi się tu i ginie niepowtarzalne piękno – zachwycające tak, że wymyka się słowom.

Dlatego zapisałem się do klubu fotograficznego. Żeby nauczyć opowiadać inaczej niż słowami, przekazać to, czego język nie opisze. Okazało się, że jest przynajmniej 30 osób, które też to interesuje. I zawodowy fotograf, który dzieli się swoją wiedzą. Zapowiada się dobrze, nawet bardzo dobrze…



Oriel College



Oriel College



Corpus Christi College



Corpus Christi College



Wydział Filozofii, Merton Street



Christ Church College



Christ Church College


Friday, November 13, 2009

Paolo

„Formal hall” to oxfordzkie określenie na formalną kolację. Prawie każdy college ma swoje własne zasady dotyczące czasu, ubioru, przebiegu takiej kolacji. Niektóre, jak Christ Church, wybijają się wysoko ponad inne swoją elitarnością i elegancją (lub, jak mówią niektórzy: snobizmem) – tam wieczorny posiłek spożywa się w garniturach i togach (gown), przy długich stołach oświetlonych światłem świec. Tak jak w Harrym Potterze (bo właśnie tutaj kręcili sceny w wielkiej jadalni). Inne college są dużo mniej restrykcyjne – czasem trzeba mieć tylko togę (gown), nawet jeżeli pod spodem jest Tshirt. W Balliol natomiast obowiązuje ubiór elegancki, ale bez zakładania togi. Częściej jednak wygląda to jak smart-casual.

Posiłki takie są dobrą okazją, żeby wymienić ze sobą nie tylko kilka słów na „dzień dobry”, ale też opowiedzieć coś o sobie, porozmawiać na ciekawy temat albo po prostu pożartować. To wszystko, na co na co dzień nie ma zbytnio czasu (bo rozmowy takie zamykają się w wąskim kręgu współlokatorów danego korytarza).





Wtorek wieczór, siedzimy w czwórkę w wielkie jadalni college’u Balliol. Koło mnie Chang, naprzeciwko Elwin, obaj studiują ze mną ekonomię. Jest z nami jeszcze Paolo, z Włoch. Wiedziałem już, że jego pozycja w świecie fizycznym musi być nie byle jaka, bo przecież nie każdy jeździ do Stanford przeprowadzać eksperymenty. Okazało się jednak, że pobyt w Stanfordzie był częścią czegoś większego. Okazało się, że Paolo pracuje dla CERN’u, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych. A konkretnie – związany jest z eksperymentami przeprowadzanymi w Wielkim Zderzaczu Hadronów (LHC, Large Hadron Collidor), największym akceleratorze cząsteczkowym na świecie.  

To naprawdę niezwykłe mieć przed sobą kogoś o takim życiorysie i słuchać, jak krytykuje on gotowanie spaghetti w wykonaniu Elwyn’a. „Widziałem, jak gotował makaron…” powiedział Paolo załamanym głosem, po czym ukrył twarz w dłoniach. „Zalał gorące spaghetti zimnym sosem! I do tego wymieszał pesto z pieczarkami!”. Ani ja, ani Chang nie wiedzieliśmy, dlaczego pesto z pieczarkami jest ontologicznie gorsze niż samo pesto, ale skoro Paolo tak mówi, to tak już pewnie jest: w tonie jego głosu dało się wyczuć nutkę świętego oburzenia. To pewnie tak samo, jak gdyby ktoś zrównał polski razowiec z angielskim „chlebem” tostowym…



Tuesday, November 10, 2009

Jeffrey Sachs a sprawa polska

- Witam, nazywam się Wojtek i studiuję ekonomię. Widziałem Pana w jednym z odcinków serialu Commanding Heigths, gdzie opowiadał Pan o swojej wizycie w Polsce w 1989 roku i współtworzeniu planu gospodarczego. Czy to prawda, że ten plan powstał „w jedną noc”?

Jeffrey Sachs ścisnął mocno, po Amerykańsku, moją dłoń i uśmiechnął się lekko. Okazało się, że ów plan istotnie powstał w jedną noc – na papierze. W obłokach dymu, przy pomarańczowym świetle żarówki, Jacek Kuroń i Jeffrey Sachs spisywali plan transformacji polskiej gospodarki, który potem, w niemal niezmienionej formie, wdrażał w życie Leszek Balcerowicz. Obrady i dyskusje trwały jednak znacznie dłużej, bo profesor Sachs gościł w Polsce od 4 kwietnia do 5 czerwca.

- A jak, pana zdaniem, można ocenić nasze przemiany gospodarcze z perspektywy 20 lat?

Ocena Jeffa Sachsa była jednoznaczna – reformy zostały wdrożone skutecznie, a gospodarka poddana „terapii szokowej” (której Sachs był wtedy gorącym zwolennikiem) przyniosła pożądane skutki. Gwałtowne wejście w kapitalizm było niespodziewaną, ale pozytywną zmianą. Pozytywną, bo skończyć się to mogło zapaścią ekonomiczną, wkroczeniem Armii Czerwonej albo rewolucją.


Jeffrey Sachs

Ktoś zapyta jednak – jaki jest sens pytać autora o powodzenie swojego dzieła? Ojca reformy o stan jego dziecka, gospodarki? Do dzisiaj nie słabnie rzesza tych, którzy uznają Balcerowicza nie za bohatera okresu transformacji, ale winowajcę, któremu przypisać można bardzo wiele – od bezrobocia i rozwarstwienia społecznego po spiskowanie z wielkimi finansistami ze Stanów Zjednoczonych (bardzo konkretne zarzuty znajdziecie np. tutaj: http://naparkiecie.pl/ftopic11959.html). Sprawę pogarsza jeszcze bardziej obecny kryzys, poprzez który na jaw wychodzą błędy gospodarcze ostatniego ćwierćwiecza. Dawny fundamentalista rynkowy teraz apeluje o interwencje państwa i społeczny aspekt ekonomii, podczas gdy ostatnie 2 dekady upłynęły mu na reformowaniu wschodzących gospodarek pogrążonych w kryzysie. „Zniesienie barier hamujących rozwój I separujących Polskę było oczywiste. Prywatyzacja była oczywista. Ale za tym powinien iść program pomocy, wyrównywania szans, spójności społecznej”. Jeffrey Sachs się „nawrócił”, Balcerowicz zaś nadal pozostaje na swoim stanowisku. Abstrahując od ekonomii, warto zaznaczyć, że ocenianie decyzji sprzed 20 lat przez pryzmat dzisiejszej wiedzy ekonomicznej, wszystkich zmian i błędów, które wzbogaciły rozumienie mechanizmów gospodarczych i wreszcie informacji wydaje się być niesprawiedliwe. Jak mówi sam Jeff Sachs: ”Szok – zmiana systemu, nowe wyzwania, nowe możliwości – wymuszał uproszczenie debaty. Gdy wszystko się waliło, nie było czasu na niuanse i rozważania. Trzeba było działać według prostych schematów’.

Jeszcze trzeci głos w tej dyskusji: badania empiryczne. Analiza wskaźników ekonomicznych w kontekście sposobu przeprowadzenia reformy dawała jasną odpowiedź – Polska przoduje wśród krajów postkomunistycznych, właśnie ze względu na „terapię szokową”.

Zdrowy rozsądek podpowiada jeszcze, że być może ocenę transformacji powinno się dokonywać nie tylko w odniesieniu do innych państw, gdzie reformy mogły pójść jeszcze gorzej, ale w duchu „co można było zrobić lepiej”…

Są wśród Was ci, którzy 20 lat temu wchodzili w świat biznesu – napiszcie proszę, jakie jest Wasze zdanie na ten temat!

--------------------------------------------------

Wspomniane odcinki znajdziecie tutaj:
(cała seria jest świetnie zrobiona, przyjemna i przystępna w odbiorze, ale naznaczona kapitalistyczną supremacją)

Cytaty na podstawie wywiadu Jacka Żakowskiego i mojej rozmowy z Jeffrey’em Sachsem. 

Monday, November 9, 2009

„It’s P90X!” Tak zaczynamy drugi już tydzień porannych ćwiczeń. Kilku zaspanych studentów i studentek patrzy na ścianę, gdzie wyświetlany jest dzisiejszy trening. „Ramiona i plecy” – mówi z entuzjazmem trener na filmie instruktażowym, a my podziwiamy jego mięśnie, rzeźbione tak, jak gdyby wyszły spod  dłuta samego Michała Anioła. 




Za 90 dni my też mamy wyglądać podobnie. I chociaż nikt w to do końca nie wierzy, to jednak coś każe nam wstawać przed 7 rano i przez godzinę wylewać siódme poty, padać ze zmęczenia i stękać z wysiłku. To samo, co każe nam później z niekłamaną satysfakcją brać prysznic i uśmiechać się radośnie przez cały dzień. Bo wysiłek i zmęczenie to dobra rzecz.

Zawsze sądziłem, że pompki to ćwiczenie, które nie powinno sprawiać mi trudności. Owszem, kiedyś potrafiłem zrobić ich dużo, nawet sto się zdarzyło. Ale literka „X” w nazwie ćwiczeń oznacza „eXtreme” i nie na darmo tam stoi. Przez prawie godzinę na przemian podciągaliśmy się i robiliśmy pompki – w najdziwniejszych konfiguracjach: z nogami wysoko, rękami szeroko, łokciami przy ciele…w pewnym momencie i dla mnie miarka się przebrała i ostatnie pompki tego dnia były już raczej podrzutami rozpaczy. Ale i tak było fajnie. Bo wysiłek i zmęczenie to dobra rzecz.

Sunday, November 8, 2009

Niedzielne popołudnie

W niedzielę około godziny 6 cały Oxford rozbrzmiewa. Powietrze wibruje, niosąc daleko uderzenia dzwonów na kościelnych wieżach. Każdy college i każda kaplica wzywają na Evensong*. Przypomina to trochę zestrajanie się orkiestry przed występem – później wewnątrz chóry rozpoczynają swój anielski śpiew.

Ja w tym czasie biegłem przez park uniwersytecki. W porównaniu do Królewskiego Parku w Windsorze ten tutaj można by przyrównać to zadbanego skweru zieleni, bo wystarczy niecałe 20 minut, żeby go całego okrążyć. Drzewa powoli się przebarwiają, ale dywanu złotych liści, w którym brnąłem, który rozsypywałem na wszystkie strony albo rzucałem wysoko w powietrze, patrząc jak powoli opada, tutaj nie zobaczę. Typowy angielski park, zadbany do tego stopnia, że oprócz sporadycznych wysokich drzew i milimetrowej trawy nie rośnie tu prawie nic. Natknąłem się za to na rzeczkę Charwell, która w Oxfordzie łączy swój bieg z Tamizą. Uroczy mostek, zgrabnie wygięty nad wodą, przeprowadził mnie na łąki college’u, które ponoć od średniowiecza pozostały nietknięte – przez kilkaset lat rok w rok niezmiennie pasą się tu krowy. W drodze powrotnej trochę pobłądziłem, więc przeskoczyłem po drodze przez dwie bramy, zwiedzając przy okazji jeszcze jeden mały, ale uroczy college: St. Margaret’s Hall. 



*Evensong to anglikańska kopia nieszporów

Thursday, November 5, 2009

Niedziela, dnia 25 października...

Poplątały mi się w notatkach niedziele, bo teraz skaczemy tydzień do przodu, ale niech będzie - w końcu coś zamieścić trzeba...

----------

Dzisiejsza niedziela upływa na wizycie w Catholic Chaplaincy, czyli duszpasterstwie akademickim. Miejsce rozczarowuje (żeby nie powiedzieć – zniesmacza): kościół to mała hala, pusto strasznie, z sufitu zwisają reflektory, zamiast prezbiterium jest podwyższenie dla księży i ołtarza, które wygląda jak kilka palet przykrytych dywanem. Obrazy „zdobiące” wnętrze też są „nietypowe” – ani to ekspresjonizm, ani realizm…Sama liturgia co najmniej taka sobie, broni się jedynie kazanie szkockiego księdza – ale kazanie to za mało…Co więcej, w ogłoszeniach parafialnych oznajmiono, że sala w najbliższy piątek zamienia się (pewnie nie pierwszy raz) w taneczny parkiet. Ach, jak ci zmyślni Anglicy potrafią wydajnie zarządzać swoimi zasobami! Może jeszcze urządzić ryneczek w sobotę, wieczorami ławki zamienić na stoliki i otworzyć kawiarnię…W tym jednak i tak przoduje kościół Anglikański, który niepotrzebne (bo opustoszałe) kościoły wyprzedaje jako rozparcelowane apartamenty albo zamienia w biblioteki, galerie czy restauracje czy kluby (tak, właśnie: kluby, jak np. "Freud" w Oxfordzie:





Po mszy tradycyjnie miał miejsce obiad dla części studentów: jest tu mianowicie taka tradycja, że katolicy z poszczególnych college’ów są kolejno zapraszani na niedzielny lunch. Mieści się on w „the Old Palace”, który z zewnątrz i od środka wygląda na co najmniej kilkaset lat. W słynnej Sali Niebieskiej (Blue Room), wnętrzu godnym renesansowego pałacyku, jemy i rozprawiamy: o nawróceniu się Anglikanów – tradycjonalistów, o liturgii we Francji, o spuściźnie religijnej Oxfordu. Słyszę potwierdzenie tego, co już spostrzegłem – Oxford jest bodaj najbardziej katolickim miastem w Anglii.

Popołudniu biblioteka. Nie idzie. 2 godziny spędzam nad jednym zadaniem, dopóki w głowie nie odblokowuje mi się klapka. A i tak niewiele to daje. Nawet ludzie po 3 czy 4 latach studiów matematycznych borykają się z niektórymi problemami. To nie jest normalne. Ale Oxford też nie jest normalny. O 18 wychodzimy z biblioteki jako ostatni, jedni bardziej, drudzy mniej zadowoleni, a wszyscy – zmęczeni i sfrustrowani.

Wieczorem wpada na chwilę Sasza, dzwonimy na Skypie do Pardis i narzekamy, ile w tym roku mamy pracy.  Potem idę z Saszą na spacer i pokazuję mu kawałek college’u i Oxfordu. Jest zachwycony. Czuję się jak dziadek, który oprowadza wnuczka po krainie swoich wspomnień…pewnie nie ostatni raz…

Tuesday, November 3, 2009

Powrót do Domu

Dom. Rzecz? Miejsce? Idea?

Te pytania towarzyszą mi nieprzerwanie od ponad 3 lat, kiedy rozpocząłem studia w Anglii. Obce kultury, obcy ludzie, obce miejsca i brak korzeni - wszystko to rzuciło mi wyzwanie, nieustannie a dociekliwie pytało: gdzie teraz jest twój dom?

Pierwsza odpowiedź: Polska. Ale cóż to znaczy, że Polska? Przecież Polska jest ogromna, tyle w niej miast i wsi, tylu ludzi, czy można więc poważnie powiedzieć, że wszytskie te miejsca i wszyscy ci ludzie to mój dom?

Druga odpowiedź: polskość. A więc nie tylko miejsca i osoby, ale to, co je razem spaja - kultura i tradycja. Ale przecież i naszym kraju mnóstwo jest różnych kultur i subkultur, tych, które uważam za własne oraz tych, z którymi nie chciałbym mieć nigdy nic wspólnego.

Odpowiedź trzecia, ostatnia: serce. Ale kto i co jest w moim sercu? Ludzie i miejsca, które zapisały się w księdze mojego życia, do których wracam pamięcią, do których się przywiązałem i samo ich wspomnienie przywołuje żywe emocje, obrazy, z których buduje się moja przeszłość, mozaika układająca się w dwa słowa: "Wojtek Szymczak".

Witajcie więc w moim metafizycznym domu. W dziesiątkach pokoi wiszą setki obrazów, półki uginają się od albumów ze wspomnieniami, powietrze wibruje od opowieści...dziś jednak ugoszczę was w najpiękniejszym z nich, najstarszym i najbardziej mi drogim.

Nie jestem przywiązany do fizycznej przestrzeni, przysłowiowych "czterech ścian". Przez 8 lat mieszkałem na Śląsku, kolejne 10 w Poznaniu, ostatnie 3 w Anglii. Ten prawdziwy Dom przenikał wszystkie te miejsca jednakowo. Jak to - zapyta ktoś - przecież każde z tych miejsc jest zupełnie różne od pozostałych! A jednak...

Podłogi zawsze czyste, posiłki "jak u Mamy", szare parapety i ciemne kąty rozświetlane bujną zielenią kwiatów, fikusów, aloesu, drobne upominki, które uczyły co znaczy myśleć o kimś bliskim, brak obowiązków, który pozwalal skupic się na nauce obowiązki, które z domowego inwalidy przemieniły mnie w namiastkę gospodarza, radosny brzęk sztućców i talerzy, które budząc mnie ze snu, wołały na sobotnie śniadania godne najlepszych krakowskich kafejek, kolacje czekające na mnie w dni późnych powrotów, zapach ciasta, witający mnie zawsze po powrocie z Anglii,  proste prawdy dzieciństwa, które po kilkunastu latach odkrywa się jako życiowe mądrości i recepty na szczęście: "Najpierw obowiązki, potem przyjemności", "Jak już coś robić, to porządnie", "Trzeba zawsze innym pomagać", "Bądź dla ludzi uprzejmy i miły"... krytyka, krytyka, krytyka, w ogniu której kształtował się gust i smak, w której wykuwał się ład i porządek, nie tylko w moim pokoju, ale i w sercu, przykłady i lekcje poświęcenia i oddania, zapamiętane chociaż nierozumiane, których wartość odkryłem dopiero przez ich brak...inicjatywa, działanie, wytrwałość, przewidywanie: ucieleśnione w codziennych przykładach, wreszcie miłość, miłość i pomoc, tak codzienne, że niemal "wyssane z mlekiem matki"...

Czy to magia? Nie, to mama. Moja magiczna, kochana Mama.
  

NOM vs Tridentina

1962-1965. We współczesnej historii Kościoła Katolickiego to istotne lata. Na czas ten przypadł Sobór Watykański II, zgromadzenie biskupów z całego świata, które pod przewodnictwem ówczesnego papieża, Pawła VI, radziło, w którym kierunku powinny zmierzać i jaką formę przybrać zmiany konieczne do przeprowadzenia wewnątrz Kościoła.

Perspektywa ostatniego półwiecza daje wielu krytykom podstawy do bardzo ostrej oceny nie tyle samego soboru, co reform przeprowadzonych w jego skutek. Sam Kościół przyjął te zmiany bardzo różnie: od radykalnego sprzeciwu, który przerodził się w świadomy i jawny bunt (słowa kluczowe: Marcel Lefebre i Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X) po radosną akceptację ożywczego „ducha Soboru” i zmian, jakie przyniósł.

Dziś powiemy kilka słów o liturgii.

1. Starsi czytelnicy pamiętają niewątpliwie, że kiedyś oprócz czytania i niektórych śpiewów językiem mszy świętej była łacina. Pamiętają też, że ksiądz odwrócony był w stronę ołtarza, a cały obrządek miał charakter wiecznego, niezmiennego od wieków, rytuału. Świętą przestrzeń domu Bożego wypełniała zwykle modlitwa, surowe kazanie lub polifoniczny chorał.  

2. Młodsi czytelnicy natomiast zetknęli się pewnie z mszą dla młodzieży, gdzie wpadające w ucho, przyjemne melodie „rozpalają” zmysły (wiary, jak twierdzą niektórzy, emocji, jak mówią krytycy), a konkluzja jest nierzadko radosna – Bóg nas kocha, zawsze i mimo wszystko, więc i wszystko nam wybaczy. Niedzielna Eucharystia to spotkanie – z Bogiem i współmiernymi – i źródło duchowej „mocy” (lub, jak się ostatnio modnie mówi: „ładowanie akumulatorów”) na cały nadchodzący tydzień. Pamiętają też może z czasów dzieciństwa „piosenki z pokazywaniem”, którymi księża próbowali zająć maluchy podczas mszy lub proste (niektórzy dodają: prostackie) kazania, które łatwym językiem miały tłumaczyć najmłodszym uczestnikom podstawowe prawdy naszej wiary.

Dlaczego o tym piszę? Powszechna percepcja ostatnich 40 lat i zmian, które zaszły w tym czasie to przejście od zakurzonego, zniszczonego zębem czasu obrazu mszy nr 1 do tętniącego życiem, pełnego ducha i żywej, by nie rzec: spontanicznej wiary (w przeciwieństwie do „skostniałego rytu) obrazu mszy nr 2. Niestety, diabeł tkwi w szczegółach. Weźmy kilka przykładów:


Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie msze są sprawowane w ten sposób. Nie oznacza to też, że msza Novus Ordo Missae (czyli msza w nowym, posoborowym rycie) jest gorsza właśnie z powodu kilku przykrych przykładów. Natomiast sam fakt, że takie msze w ogóle mają miejsce świadczy na niekorzyść zmian i sugeruje, że liturgia i sama msza straciła swoją powagę, centralną rolę w życiu kościoła i przynależną jej świętość. Logiczna konkluzja każe sądzić, że zmiany liturgiczne podczas ostatniego soboru były złe. Do niedawna sam tak sądziłem.

Sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana. Tak się składa, że między uchwałami biskupów a faktycznym wprowadzeniem ich w życie zaszła istotna różnica (wielu mówi dziś: wypaczenie) i zamiast liturgicznej ewolucji nastąpiła rewolucja (słowa kluczowe: Annibale Bugini oraz reforma liturgiczna w latach 70-tych). Niektóre efekty tej rewolucji pokują zdjęcia powyżej.

Nie jestem uprawniony bądź kompetentny, ażeby przeprowadzić obiektywną krytykę przemian, w trakcie których dorastałem. Ale właśnie z tej racji, że osobiście, tak jak wielu z was, przechodziłem przez nie i na własnej (duchowej) skórze doświadczałem najróżniejszych wersji liturgii, od „starych” mszy trydenckich, gdzie kazania wzbudzają bardziej poczucie winy niż zadowolenia, przez msze-nacjonalizmy, na których ochoczo powiewały polskie flagi, a „Barka”, brzmiąca jednym głosem z wszystkich piersi, wyciskala z oczu łzy, przez msze-domówki na stole w kącie jadalni, wielotysięczne msze-widowiska na ogromnych polach „pod rybą”, zdziecinniałe msze dla dzieci, wysokoenergetyzujące msze dla młodzieży po msze w nowym rycie celebrowane pięknie w zgromadzeniach zakonnych. Każdy z nas inaczej odbiera zapewne wymienione wyżej „typy” mszy, ale nie chodzi tu o subiektywne wrażenie estetyczne, a o teologiczny ich sens. W tej kwestii tylko pierwsza i ostatnia wchodzą w rachubę – pamiętajmy bowiem, że msza jest dla Boga, nie dla nas.

W tej dziwnej alternatywie nigdy nie umiałem pogodzić teologicznej wyższości, którą dostrzegałem w mszy według dawnego obrządku, z przyzwyczajeniem do rytu, w którym wyrosłem, który znałem i rozumiałem, ceniłem i kochałem.

Kończę już, bo dochodzimy do sedna: dzisiejszej niedzieli uczestniczyłem w Eucharystii, która była dla mnie idealnym – powtarzam: idealnym – połączeniem obu światów. Mszy, która była bez cienia wątpliwości najdoskonalszą mszą w nowym rycie, jaką tylko potrafię sobie wyobrazić. Z całym szacunkiem dla moich dotychczasowych mistrzów liturgii, dominikanów: ich liturgia nie ma w sobie takiej świętości, co ta, którą przeżyłem dziś w oxfordzkim kościele. Może to dlatego, że Novus Ordo Missae z definicji nie ma takiej mocy, co ryt trydencki?

I po matrykulacji...

Z Sheldonian wylało się czarno-białe morze studentów, dumnych, radosnych, znudzonych. Każdy udał się do swojego college’u. My po drodze zatrzymaliśmy się w Turf Tavern,  jednym z tych miejsc, na których opiera się legenda tego miasta. Początki sięgają 13 wieku, kiedy otwarto ją tuż za murami miasta, aby władze nie mogły interweniować w hazard odbywający się w tawernie (są też nowsze wydarzenia, które podtrzymują renomę tego miejsca: http://en.wikipedia.org/wiki/File:BobHawkeYardofale.jpg). Była dopiero 10 przedpołudniem, więc co rozsądniejsi na śniadanie w ów wietrzny poranek zamówili gorącą czekoladę. Większość natomiast – angielski „pint”, czyli półlitrowe piwo. Vit z Czech próbował mnie przekonać, że 2 duże piwa to kaloryczny odpowiednik śniadania – jak powiedział, tak zresztą zrobił.



Na właściwe śniadanie przyszedł czas po powrocie do college’u. Starsi powitali nas iście po królewsku: stół zastawiony był świeżym pieczywem*, łososiem i babeczkami, na boku w równych rzędach czekały już butelki szampana, a obok nich truskawki, winogrona…Tak wyglądał nasz brunch, czyli śniadanio-lunch, w ten pamiętny dzień









*świeżym angielskim pieczywem, czyli trochę mniej gąbczastymi wyrobami chlebo- lub rogalopodobnymi

Monday, November 2, 2009

Immatrykulacja





- 'Insignissime Vice-Cancellarie, praesentamus tibi hos nostros scholares ut referantur in Matriculam Universitatis.'


- 'Scitote vos in Matriculam Universitatis hodie relatos esse, et ad observandum omnia Statuta istius Universitatis, quantum ad vos spectent, teneri.'





Wszyscy usiedli. To już. Ceremonia zakończona i możemy oficjalnie nazwać Uniwersytet Oxfordzki swoim własnym. Jesteśmy studentami Oxfordu.

Co się właściwie dzieje? Dlaczego musimy nosić na sobie ten dziwaczny strój: biała koszula z białą muszką przy kołnierzu, czarny garnitur przykryty czarną togą, a w ręce kwadratowy Mortarboard (Doktorhut po niemiecku, proszę o polski odpowiednik!), której nie mamy prawa nosić na głowie? Dlaczego musieliśmy wstać o siódmej rano w sobotę tylko dlatego, że jesteśmy prawie najstarszym college’em w Oxfordzie, a ceremonia musi odbyć się w tym niewielkim starym teatrze Sheldonian?  

Niektórzy Amerykanie mówią mi, że to napuszony ceremoniał, forma bez treści – ale co Amerykanie mogą wiedzieć o tradycji? To, czego doświadczyliśmy dziś, zaczęło się tu wiele wieków wcześniej, zanim w ogóle zaczęły istnieć Stany Zjednoczone!

Immatrykulacja. Oficjalne przyjęcie w szeregi studentów, akademickie namaszczenie, rytuał przejścia do świata nauki. Tradycja, która uderza i zachwyca zarazem, wiekowa powaga łaciny i stroje, które niczym szaty liturgiczne symbolizują przynależność do innego świata.

Ale co to za świat? Miejsce, gdzie egzaminy ustne prowadzą światowi specjaliści w danych dziedzinach, college, w którym dawniej nauczał człowiek, którego teorie studiuje się podczas wykładów, a portrety z jego podobizną podziwia w sali jadalnej…

‘Witajcie w Oxfordzie. Od teraz jesteście oficjalnie członkami Uniwersytetu Oxfordzkiego, wraz z wszystkimi przywilejami i obowiązkami, które do was należą […] Mam nadzieję, że wypisaliście się już z klubów, do których przyłączyliście się podczas Fresher’s Fair w zeszłym tygodniu (ja sam zapisałem się do paru…). Ale nie ze wszystkich – bo Oxford to zarówno nauka, jak i szansa, żeby poszerzać swoje uzdolnienia, zamiłowania i pasje […] Znaleźliście się w miejscu o szczególnej randze naukowej – wykorzystajcie to!...”

Cisza. Powolne kroki rozbrzmiewały echem pod udekorowaną freskami kopułą, gdy wicedyrektor w niewielkim orszaku uroczyście wymaszerował z sali. My wyszliśmy za nim, do innego świata – do naszego Oxfordu. 

P.S.
Jeśli myslicie, że Oxford to sztywniacy, to się mylicie: http://www.youtube.com/watch?v=WAiP26hRSbQ&feature=related



Sunday, November 1, 2009

Wspomnienie

Ten rok zapowiadał się intensywnie i cały był związany z USA. Zanim jednak zaczałem zakuwać słówka do GRE, był przede mną inny wielki test, nie intelektualny, ale równie trudny. 

To niezwykłe jak celowość nadaje rytm biegowi dni: już nie tylko niedzielne msze, ale popołudniowe treningi co drugi dzień stały się częścią mojego stałego planu. Jezioro w Królewskim Parku Windsoru było mi i przyjacielem, i wrogiem: miłe, kiedy kończyłem bieg ostatnią prostą, wrogie, kiedy miałem przed sobą perspektywę kilku okrążeń i dwóch godzin biegu...

Mglisty poranek, kolorowy zachód słońca, chmurne dni z ich parnym powietrzem i chłodne wieczory, gdy księżyc i gwiazdy przypatrywały się z góry, bujne kolory jesieni które dojrzewały tak, jak dojrzewało moje bieganie - wszystkie je podziwiałem na wciąż tym samym szlaku. 

Mówi się, że nie liczy się cel, ale droga. Ale czy jest prawdziwa droga bez celu? Sądziłem, że prawdziwym sukcesem były dwumiesięczne samotne treningi, tempówki, w których sam siebie próbowałem oszukiwać, skracając dystans sprintu, a wydłużając czas truchtu, że sukcesem były kolejne okrążenia tego samego jeziora: 7, 14, 21, 28, w końcu 35 kilometrów. Ale to tak, jakby napisać symfonię bez finału, powieść bez puenty. Bo na finał przyszedł czas w Nowym Yorku.

Właściwie nie czułem wielkiej euforii na starcie (raczej przenikliwy wiatr...). Zmieniała się sceneria, ale przecież bieg i wysiłek ten sam. A jednak otoczenie zmienia wiele - bo jak można odpuścić tempo, zignorować oklaski i okrzyki setek, tysięcy, dziesiątek tysięcy ludzi, których mijam na trasie? Już nie dla siebie samego biegnę, ale dla nich, ten maraton to nasze wspólne dzieło i wspólny sukces. Więcej jeszcze, bo maraton to nie tylko bieg - to lekcja pokory. Pokory która każe zwolnić ze zdumienia, kiedy mija się na 3 godzinie żwawego jeszcze dziadka, pokory która nie pozwala przestać się dziwić, widząc niepełnosprawnych, którzy ramię w ramię z pozostałymi biegną przeciwko własnej słabości, pokory, która wyciska w duszy łzy wzruszenia, gdy widzę tych, którzy biegną dla kogoś: dla rodziny, szefa albo ojca, który zginął w katastrofie...

To wszystko można zrozumieć naprawdę tylko wtedy, kiedy wraz z wszystkimi innymi kuśtyka się powili za linią mety. To jedyny właściwy układ odniesienia, który pozwala spojrzeć wstecz i zrozumieć to, co się dokonało. Być może z zewnątrz wygląda to tylko na sportowy wyścig. Ale to nieprawda - ten bieg to rytuał przejścia, który bezpowrotnie zmienia człowieka. To cel i droga zarazem, droga do tego, żeby wznieść się ponad własne słabości i ograniczenia. Tak jak mój Tata, który ostatnie dni przed maratonem spędził w szpitalu, żeby potem siłą woli bardziej niż nóg też przekroczyć linię mety. 

Paradoks tego wydarzenia towarzyszy mi po dziś dzień: to, co wcześniej miało byc tylko kolejnym elementem moich treningów, po Nowym Yorku na stałe wpisało się w moje wspomnienia. Mówi się, że spełnione marzenia odchodzą, zastąpione przez nowe - ale co z marzeniami, które powstały dopiero wtedy, kiedy już się ziściły? Mój Tata przez 7 lat nosił w sobie to jedno: żeby ten maraton przebiec razem ze mną. I zrobiliśmy to, wbrew wszelkim przeciwnościom, jakie stawiał przed nami los. A teraz to marzenie przeszło na mnie. Dziękuję ci Tato!