Wednesday, January 27, 2010

Nietypowy zimowy poniedziałek

Scena pierwsza: Mroźno, sucho, słonecznie. Piękny dzień. Słabe słońce rozjaśniało ściany starych budynków, kiedy pędziłem na rowerze przez Holywell Street, by odebrać w centrum zdjęcia. Przede mną już majaczy się charakterystyczna biała wieżyczka Sheldonian Theatre, zza rogu wyłania się już gmach Bodleian Library, a po prawej, za zaparowana szybą, studenci jedza lunch w popularnym pubie "King's Arms". Zatrzymuje mnie czerwone światło na skrzyżowaniu z Broad Street. Wtedy dopiero patrzę przed siebie. Widok jest uderzający. Po drugiej stronie na światłach stoją...dwa konie! Na koniach zaś: policjanci w odblaskowych kamizelkach. Przeklinając się po stokroć, że nie zabrałem aparatu, chłonąłem ten niesamowity widok: prawdopodobnie student, który 500 lat temu szedł tą ulicą (szedł, bo na konia raczej nie było go stać), też mógł zobaczyć konnych stróżów prawa na tle wysokich kolumn jednej z najstarszych bibliotek w Europie. Tak mnie ów widok zachwycił, że ledwo zauważyłem, kiedy światło zmieniło się na zielone. Chciałem ruszyć z kopyta, ale musiałem gwałtownie nasicnąć hamulec. Policyjna konnica, z iście lordowskim spokojem, wyciągnęła od niechcenia lewą rękę i konie przeszły w poprzek skrzyżowania. Zaskoczenie zmieszało się we mnie z gniewem: kiedy ja tak zrobiłem na egzaminie z prawa jazdy, to oblałem za wymuszenie pierwszeństwa!

Scena druga: Cornmarket Street, jak juz dobrze wiecie, to pole do popisu dla wszystkich tych, którzy mają dość odwagi, by publicznie występować. To galeria osobliwości, gdzie uliczni grajkowie mieszają się z żonglerem pochodni, zbieraczami datków, nauczającymi Muzułmanami, uzdrawiającymi Chrześcijanami czy chińczykami, którzy promują drogę do Oświecenia przez medytację i ćwiczenia oddechu. Zawsze, kiedy się tam zbliżam, rośnie we mnie eskcytacja: co niezwykłego dziś zobaczę? Kto i czym mnie zaskoczy?
Przechodziłem akurat przed straganem z chustami, kiedy dotarły do mnie słowa:

"...I had a dream my life would be
So different from this hell I'm living,
So different now from what it seemed...
Now life has killed the dream I dreamed..."

Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie: toż to piosenka z mojego ulubionego musicalu, Nędzników! "Ale jak to" - pytałem sam siebie - "jak to być może, że słyszę je na żywo tutaj, na oxfordzkim deptaku?" Deptaku który w 2002 został uznany za druga najgorszą ulicę w Anglii? Prawdą okazuje się, że najpiękniejsze kwiaty rosną na kupie gnoju...
Odwróciłem się. Niska pani, ubrana w czarną skórzaną kurtkę, kolorowy szal, w wytartych dżinsach i kapeluszu, dziękowała właśnie komuś, kto do kupki miedziaków dorzucił jej złotą monetę. Wyszperałem z kieszeni drobne i, wrzucając, zapytałem, czy zna jeszcze jakieś utworu z musicalu. Wiedziałem, że pytanie będzie retoryczne: zapytała tylko, czy jej wybór mi odpowiada, a kiedy kiwnąłem głową, zamknęła oczy i zaśpiewała "I love him":


Stałem zasłuchany przez kilka minut. Nieczęsto spotyka się na ulicy osoby, które potrafią poprawnie wyśpiewać trudny utwór. Stałem też, zadziwiony, bo nikt spośród przechodniów nie zatrzymał się nawet, każdy pędził do przodu ze swoimi torbami pełnymi przecen. 

Okazało się, że pani jest pielęgniarką położną i bardzo chce pojechać na jakąś konferencję do Rosji. Ściema? Nie wiem. Ale i tak ładnie śpiewała!


Scena trzecia: Newman Society, Blue Room. Za oknem w ciemnościach dumnie jaśnieje oświetlona wieża Christ church college. My - kilkanaście osób, które przyszły wysłuchać dzisiejszego gościa - siedzieliśmy wygodnie na niebieskich sofach. Kilkadziesiąt lat temu w tym samym pomieszczeniu pojawiał się i opowiadał Tolkien, Chesterton, a Knox był swego czasu opiekunem duszpasterstwa. Całe miejsce przesiąknięte jest historią.
Rozpoczęło się spotkanie z Charlsem Moorem, dziennikarzem i redaktorem ważnych angielskich gazet. Opowiadał o tym, co jego zdaniem czeka chrześcijaństwo angielskie w najbliższych kilku latach. Na koniec wspomniał o swoim spotkaniu z kardynałem Ratzingerem, zanim jeszcze został on wybrany Papieżem. Na to odezwał się starszy pan w tyłu sali, mówiąc, że to jemu właśnie pan Moore zlecił zadanie przeprowadzenia wywiadu z przyszłym Ojcem Świętym. "Ratzinger powiedział, że kiedy przyjedzie na wizytę do Anglii, koniecznie chce odwiedzić Oxford. Powiedziałem, że zabiorę go do Cambridge. On się zmarszczył i powiedział: "nie, Oxford"...

6 comments:

  1. i tak przepadła być może szansa na zdjęcie roku w jakimś prestiżowym magazynie forograficznym...

    ReplyDelete
  2. wyjątkowo miły zimowy poranek i nie tylko, jak dobrze że piszesz bloga bo tak wiele chwil z Twojego życia gdzieś daleko by nam umknęło!A swoją droga mały aparat mógłbyś nosić w kieszeni.

    ReplyDelete
  3. Wojtku , dziękuję Ci za tak ciekawe opisy Twoich przygód.Z niecierpliwością czekam na dalsze.

    ReplyDelete
  4. Ciekawa zapewne była prelekcja co czeka Kościół anglikański w przyszłości.Dużą atrakcją był koncert na deptaku oxfordzkim w wykonaniu pani w dżinsach: piosenki "I love him". Nie można było sfotografować "boby" na koniach za pomocą komórki?

    ReplyDelete
  5. Pewnie prawdziwy fotograf z Canonem na ramieniu nie uznaje zdjęć robionych komórką...
    Ale czasem lepsze jest zdjęcie komórką niż żadne.( Nie wiemy, czy czasem bateria w komórce nie była rozładowana...)

    ReplyDelete
  6. Bateria w komórce jest naładowana, ale zdjęcia nią zrobione są wielkości znaczka pocztowego. Wniosek:

    albo musżę mieć lepszą komórkę, albo naprawdę nosić aparat ZAWSZE. Chyba wybieram to drugie...

    Ale sugestia o małym aparacie słuszna, zawsze się zmieści w kieszeni...

    ReplyDelete