Tuesday, January 26, 2010

Burns Night


Some hae meat and canna eat,
And some wad eat that want it;
But we hae meat, and we can eat,
Sae let the Lord be thankit.




Kiedy wybrzmiały już słowa szkockiego Selkirk Grace, czyli krótkiego błogosławieństwa przed posiłkiem, 150 osób zasiadło przy długich drewnianych stołach. Przez chwilę wielki refektarz, którego okna przypominały gotycką katedrę, a ściany muzeum, wypełniony był tylko ciszą i złotym blaskiem świec. Wtem do sali wdarły się ostre tony szkockiej melodii. Zaraz po nich wmaszerował dudziarz w tradycyjnym stroju i kucharz, niosący na wielkim srebrnym półmisku atrakcję wieczoru. 



W takt rytmicznej melodii [http://www.youtube.com/watch?v=9ycc2RdhirU], między rzędami milczących uczestników, kierowali się w stronę "High Table", głównego stołu u szczytu sali. Tam pochód się zatrzymał, srebrny półmisek ustawiono u wezgłowia, a ostatnie nuty rozpłynęły się w powietrzu. Chris Miller, rodowity Szkot z Glasgow, odczytał ze wspaniałym akcentem „Address to a Haggis” [Oda do Haggis*, tekst, a nawet deklamacja: http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/address_to_a_haggis/] napisany przez Roberta Burnsa i jak co roku tradycyjnie przywoływany, by okazać szacunek tej szczególnej potrawie. „Gie her a haggis!” [„dajcie jej haggis!”] brzmiały ostatnie słowa, które były sygnałem do nacięcia haggis i oficjalnego rozpoczęcia kolacji.




Ale czym właściwie jest haggis? Co tu robią szkoccy dudziarze? Dlaczego czytane są wiersze Burns’a? Odpowiedź na te pytania zawiera się w dwóch słowach: „Burns Night”. „Burns Night” to tradycja zrodzona po śmierci poety, który tak jak Mickiewicz w Polsce, odcisnął swoją twórczością wielkie piętno na epoce szkockiego romantyzmu. Podobnie też jak nasz wieszcz, uznawany jest  w swoim kraju za jej prekursora. 25 stycznia, na pamiątkę urodzin poety, świętuje się zarówno jego twórczość, jak i szkocką tożsamość, którą on sam nieraz w swoich wierszach podkreślał. Address to a Haggis” można porównać w znaczeniu i poetyckim kunszcie do mickiewiczowskiego opisu bigosu z „Pana Tadeusza”. 

Przebieg Burns Night ma ściśle określoną strukturę i przebieg. Następnym punktem było wspomnienie poety. Jeden ze studentów wstał i rozpoczął opowieść o życiu Burns’a. Zamiast gloryfikacji popłynęły słowa o prawdziwej twarzy Roberta, który (znów jak nasz narodowy wieszcz) pozostawił po sobie nie tylko zbiory świetnej poezji, która inspirowała późniejszych romantyków, ale i gromadkę ślubnych i nieślubnych dzieci, które żyły, dając świadectwo o lekkich obyczajach ojca.  Nie przeszkadza to jednak Szkotom uważać go za Wieszcza („The Bard”) i ulubionego poetę.

W międzyczasie na talerzach pojawiło się daniegłówne; haggies, neeps and tatties, czyli haggies, ziemniaki i rzepa. Sam haggis, będący jednocześnie narodową potrawą Szkocji, to zmielone owcze podroby, duszone w owczym żołądku (wbrew powszechnemu mniemaniu owczy żołądek nie pojawia się na talerzu) z dodatkiem cebuli, mąki, tłuszczu i przypraw. To właśnie te ostatnie decydują o jakości potrawy , a każdy szkocki klan ma własną, wypracowaną przez wieki i pilnie strzeżoną recepturę.

W tradycji wieczoru jest jeszcze element przemowy, w której jeden z mężczyzn zwraca się do zebranych na sali kobiet, w domyśle z komplementem. Nowe czasy przynoszą jednak nowe obyczaje, więc usłyszeliśmy sarkastyczną przemowę na temat cnót czystości i charakteru kobiet w naszym college’u, imiennie zaadresowaną do konkretnych osób. Damska odpowiedź była niewiele lepsza, ale cała rzecz zakończyła się toastem i szkocka whisky pozwoliła zapomnieć o niemiłym akcencie.

Mówiąc o whisky, nie sposób nie wspomnieć o kilku, najważniejszych zaledwie, sprawach jej dotyczących. Whisky produkuje cała Szkocja, destylarnie rozsiane są po całym kraju i dzielą się na kilka regionów, z których każdy ma swoje najbardziej znane gatunki. Mamy więc Island whiskies (z wysp na zachodnim wybrzeżu Szkocji, np. Mull czy Skye bądź archipelagu Orkney na północy): delikatnie wędzone w torfowym dymie Tobermory czy Highland Park; 



Lowland whisky (z południowych nizin przy granicy z Anglią): waniliowe Auchentoshan o złowym kolorze; Campbeltown (południowo-zachodni półwysep) produkujące pikantne Glen Scotia; Highland whiskies (cała zachodnia część Szkockiego stałego lądu): słodkie, gęste Loch Lomond czy Glenmorangie; Speyside Whiskies (ze wschodniej części kraju): żółte, miodowo-cytrusowe Benromach traditional, Macallan fine oak o dębowym posmaku czy słodkie, imbirowe Glen moray classic. Obrazu dopełnia region Islay (wyspa na południowym zachodzie), gdzie whisky takie jak złotawe Bowmore jest mocno wędzone i pozostawia lekki słony posmak.

Zwyczaj każe przeplatać czas kolacji znanymi wierszami poety. Chociaż u nas tak się nie stało, odczytuje się zwykle: „Ae fond Kiss”, „My Luve is like a Red Red Rose” czy „Holy Willie’s prayer” (http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/ae_fond_kiss/, http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/my_luve_is_like_a_red_red_rose/ (czyta sam książę Walii), http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/holy_willies_prayer/). Warto zaznaczyć, że sama idea obchodów „Burns Night” nie była od początku tak silna. Swoją popularność zawdzięcza w dużej renesansowi, który twórczość poety przeżyła na początku XX wieku. W tym sensie jest świętem wykreowanym i wielu Szkotów nieszczególnie się z nim identyfikuje, nie chcąc wpadać w stereotyp „Szkota w spódnicy jedzącego haggis”. Wspomniany wyżej Chris przyznał, że było to jego pierwsze Burns Night od czterech lat, bo w domu obchodzi się to głównie w szkołach, na uczelniach i w różnych stowarzyszeniach, ale niekoniecznie w gronie rodziny czy znajomych.


Na koniec, trzymając się za ręce, odśpiewaliśmy „Auld Lang Syne”, jedną z najbardziej znanych szkockich pieśni. Sama melodia jest znana na całym świecie, w Polsce funkcjonuje jako harcerska piosenka „Ogniska już dogasa blask”. Słowa niosą w sobie dużo sentymentu - już tytuł brzmi „Dawne, dobre czasy”. Tradycyjnie śpiewa się ją w Szkocji na Nowy Rok. Ale pozostańmy jeszcze na chwilę przy stołach w jadalni college’u. College’u Balliol, bo tylko on jeden spośród wszystkich 38 oxfordzkich college'ów uroczyście obchodzi Burns Night. Dlaczego?  Założycielem-sponsorem był John de Balliol, ojciec późniejszego króla Szkocji, który ufundował budynek dla studentów w centrum miasta w 1263 roku. Budynek był formą przeprosin dla lokalnego biskupa Durham, z którym Balliol się pokłócił. 





Salę znów wypełniła muzyka, zagłuszając wszelkie rozmowy. Dudziarz, niczym czarodziej uwodzący nas swoją melodią, skierował się w stronę wyjścia, by poprowadzić pochód studentów przez miasto. Ile trzeba mieć pary w płucach, żeby jednocześnie grać, nadymając się, ściskając wielki worek z powietrzem, i raźnie maszerować! Na wszystkich przechodniach nasza procesja w takt marszowej melodii „Scotland the Brave” [‘Dzielna Szkocja”, http://www.youtube.com/watch?v=ZWvwOX_RPhs&feature=PlayList&p=73211A0B0F12C401&playnext=1&playnext_from=PL&index=19]  robiła wielkie wrażenie. Wyobraź sobie: tłum młodych ludzi w czarnych garniturach i sukniach, który idzie, maszeruje, podskakuje do rytmu i podąża za przewodnikiem: dudziarzem w spódniczce w szkocką kratę. Skryte w półmroku tło: budynki, które przez kilkaset lat swojego istnienia widziały już nie jeden pochód, zamieszki i uroczystości, przyglądają się milcząco ze swoich wysokich iglic. Przestrzeń drży od nut potężnej melodii, która bardziej niż do studentów na oxfordzkiej ulicy pasuje do wojowników Braveheart'a maszerujących na pole bitwy. Niezwykły widok, nawet jak na Oxford.








Wreszcie – ceilidth! Jako że Burns Night, odwołując się do twórczości poety-romantyka, nawiązuje też do tradycji ludowej, ceilidth jest nieodłącznym elementem wieczoru. Kapela raźno przygrywała i zabawa trwała przez prawie dwie godziny. Kto by przypuszczał, że z tańców ludowych może płynąć tyle radości…i tyle zmęczenia! Ciągłe podskakiwanie i żywa muzyka są na szczęście połączone z łatwymi do opanowania krokami. Po kilku minutach każdy wiedział już, jak zatańczyć prosty taniec: w parach, w trójkach czy w długich rzędach, kiedy mężczyźni i kobiety stoją naprzeciwko siebie. 



Długi dźwięk skrzypiec lub akordeonu to wstęp i sygnał. Sekundę później wszyscy kręcą się już w wielkim kole albo podskakują, charakterystycznym krokiem przeplatając się między innymi parami. Później mocno chwytasz partnerkę i wirujecie szaleńczo, otoczeni klaszczące dłonie i roześmiane oczy. Nie ma czasu na myślenie - jest tylko ruch, rozwiany włos i ręce, które chwytam, kręcąc się jak spirala między rzędem kobiet i mężczyzn. Nie ma miejsca na błąd - gdybym nie trafił na kolejne ramię, o które trzeba się zaczepić, pęd wyrzuciłby mnie na zewnątrz. Twarze dziewcząt zmieniają się przede mną w mgnieniu oka i zlewają w jedność. Dopiero kiedy ustawiam się na końcu linii, mogę się rozejrzeć i zobaczyć, z kim miałem przyjemność tańczyć.






 Próżno opisywać różne rodzaje tańców, jak „The Reel” czy „Dashing White Sergent”. Zobaczcie sami:



W końcu szkocka melodia, która prowadziła nas przez cały wieczór, ustaje. Wraz z ostatnim przeciągłym tonem Burns Night dobiega końca. Na szczęście w Oxfordzie jest grupa tańcząca ceilidth i mogę się do nich w każdy wtorek przyłączyć.


A tak wyglądają dudy i "kilt", czyli szkocka spódniczka:






4 comments:

  1. Ciekawe, natomiast mam wrażenie, że nie starczyło Ci czasu na zastosowanie jakichś uatrakcyjniających zabiegów kompozycyjnych. :-)

    ReplyDelete
  2. Cały ten odcinek prosto do gazety! W całości. Najlepiej jutro, bo jeszcze świeży i pachnący, jak dobrze wypieczony chleb z piekarni na Ćmoku!

    ReplyDelete
  3. Napewno do gazety,tylko czy do GW Turystyka, czy do Angory. Piękne przeżycie!

    ReplyDelete
  4. Skoro szkockie ceilidh już zaliczyłeś i Cię wciągnęło, to teraz czas najwyższy na irlandzkie ceili ;-) Najlepiej 17 marca w Dublinie, miałbyś co opisywac. I zaczęłyby się problemy typu: dlaczego mam dwie nogi i która tak właściwie to ta prawa...

    ReplyDelete