Wednesday, January 20, 2010

Co słychać?

Zdaje się, że już najwyższy czas skończyć z odkładaniem na później, dopisywaniem "jutro" na liście zadań i graniem z samym soba w ciuciubabkę. Zdaje się, że czas coś napisać.

"Co słychać?" to najczęstsze pytanie, które zadają mi rodzice, przyjaciele i znajomi. Jak na to spojrzeć uważniej, to pytanie okazuje sie raczej dziwne. Dziwne, bo przecież pytający zwykle nie jest głuchy i sam może sobie na nie odpowiedzieć. Może jednak pyta, żeby sprawdzić czy odbieramy na tych samych falach: jeśli ja słyszę to, co i on, to mamy punkt wspólny, który nas zbliża. Można wtedy porozmawiać o hałasie dochodzącym z ulicy, muzyce, która płynie w tle, zbyt głośnej rozmowie przy stoliku obok albo komórce, która właśnie zadzwoniła. Zauważmy jednak, że nie tylko początek, ale i koniec rozmowy naznaczony jest swego rodzaju sprawdzianem. Amerykanie mówią np. "take it easy", co sugerowałoby, że są luzakami i nam też tego życzą. Anglicy, nieco poważniej, radzą: "take care", chcą więc, żebyśmy o siebie dbali.* Ale w obu przypadkach jest to część większego planu, który później bezlitośnie realizują, pytając na wstępie: "How are you?", czyli "Jak się masz?". Sprawdzają więc, czy stosowaliśmy się do ich zaleceń. Mogą następnie z udawaną litością powiedzieć, że wyglądasz na zmęczonego, albo jowialnie oznajmić, że dobrze cię widzieć.

*Polacy mówią "Trzymaj się", co po dłuższym zastanowieniu okazuje się głębokim absurdem.

Zostawmy jednak na boku gierki pedantów językowych i przejdźmy do rzeczy.

W poniedziałek mieliśmy pierwsze (i jedyne chyba) w tym roku kolokwium. Z ekonometrii.
Zaczęliśmy też nowy program ćwiczeń porannych: nazywa się dla niepoznaki Insanity (nienormalność) i wydaje się dość intensywny...ale to pewnie efekt świąt i miesięcznej przerwy od jakiegokolwiek ruchu.

Wczoraj wygrzebałem z lodówki przywiezione z Polski kabanosy. Jako że Mirosława (sąsiadka z korytarza, pół-Polka wychowana w Meksyku) była akurat w kuchni i zgodziła się, że musi odkrywać polską stronę swojej tożsamości, prawie cała paczka została zjedzona. Przy okazji nauczyłem Mirosławę kilku pozytecznych słów: "kiełbasa", "parówka", "kabanos". Potrafi też ładnie przeczytać nalepkę na opakowaniu: "Piotr i Paweł. Kabanosy Wiejskie. Dziękujemy. Zapraszamy ponownie."


Dziś rozpracowywałem estymator największej wiarygodności, jego nieobciążoność i zgodność, i to, jak rozwiązywać przy jego użyciu ucięte zestawy danych (muszę przyznać, że to zdanie brzmi po polsku kosmicznie i sam go nie rozumiem). Potem przyjechał Sasza z Myrą. Znowu coś mu się dzieje z samochodem, bo przyjechał na dwójce, a samo auto sapie i klekocze jakby się miało zaraz rozlecieć.

5 comments:

  1. Przywykliśmy do puenty, zaskakującego zakończenia czy finału niczym w V Symfonii, a tu nic. Jak gdyby coś urwało bloga w połowie.
    Tak to jest, Wojtek, jak się rozbudzi wysokie oczekiwania wśród czytelników, to potem tak jest....

    ReplyDelete
  2. Zgadzam się, że puenty są dobre. Ale i tak warto móc poczytać, co u Wojtka widać. ;-)

    ReplyDelete
  3. A jednak udało się Tobie odpowiedzieć na to, jakże banalne i według Ciebie dziwne pytanie, "co słychać": słychać spięcia na synapsach podczas pisania kolokwium, słychać trzask łamanego polskiego kabanosa, Mirosławę ćwiczącą wymowę "parówki" i klekoczący samochód Saszy.
    Jak odpowiedziałbyś na "How are you?" ?
    Pozdrawiam

    ReplyDelete
  4. Tato, a skąd wiesz czy to nie dopiero pierwszy akt?;)

    A Anonymous słusznie zauwazył, ze jednak co nieco "słychać"

    Jak odpowiedziałbym na How are you? Zobaczymy wkrótce!

    ReplyDelete
  5. A więc: Looking forward to see more !

    ReplyDelete