Wednesday, January 27, 2010

Nietypowy zimowy poniedziałek

Scena pierwsza: Mroźno, sucho, słonecznie. Piękny dzień. Słabe słońce rozjaśniało ściany starych budynków, kiedy pędziłem na rowerze przez Holywell Street, by odebrać w centrum zdjęcia. Przede mną już majaczy się charakterystyczna biała wieżyczka Sheldonian Theatre, zza rogu wyłania się już gmach Bodleian Library, a po prawej, za zaparowana szybą, studenci jedza lunch w popularnym pubie "King's Arms". Zatrzymuje mnie czerwone światło na skrzyżowaniu z Broad Street. Wtedy dopiero patrzę przed siebie. Widok jest uderzający. Po drugiej stronie na światłach stoją...dwa konie! Na koniach zaś: policjanci w odblaskowych kamizelkach. Przeklinając się po stokroć, że nie zabrałem aparatu, chłonąłem ten niesamowity widok: prawdopodobnie student, który 500 lat temu szedł tą ulicą (szedł, bo na konia raczej nie było go stać), też mógł zobaczyć konnych stróżów prawa na tle wysokich kolumn jednej z najstarszych bibliotek w Europie. Tak mnie ów widok zachwycił, że ledwo zauważyłem, kiedy światło zmieniło się na zielone. Chciałem ruszyć z kopyta, ale musiałem gwałtownie nasicnąć hamulec. Policyjna konnica, z iście lordowskim spokojem, wyciągnęła od niechcenia lewą rękę i konie przeszły w poprzek skrzyżowania. Zaskoczenie zmieszało się we mnie z gniewem: kiedy ja tak zrobiłem na egzaminie z prawa jazdy, to oblałem za wymuszenie pierwszeństwa!

Scena druga: Cornmarket Street, jak juz dobrze wiecie, to pole do popisu dla wszystkich tych, którzy mają dość odwagi, by publicznie występować. To galeria osobliwości, gdzie uliczni grajkowie mieszają się z żonglerem pochodni, zbieraczami datków, nauczającymi Muzułmanami, uzdrawiającymi Chrześcijanami czy chińczykami, którzy promują drogę do Oświecenia przez medytację i ćwiczenia oddechu. Zawsze, kiedy się tam zbliżam, rośnie we mnie eskcytacja: co niezwykłego dziś zobaczę? Kto i czym mnie zaskoczy?
Przechodziłem akurat przed straganem z chustami, kiedy dotarły do mnie słowa:

"...I had a dream my life would be
So different from this hell I'm living,
So different now from what it seemed...
Now life has killed the dream I dreamed..."

Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie: toż to piosenka z mojego ulubionego musicalu, Nędzników! "Ale jak to" - pytałem sam siebie - "jak to być może, że słyszę je na żywo tutaj, na oxfordzkim deptaku?" Deptaku który w 2002 został uznany za druga najgorszą ulicę w Anglii? Prawdą okazuje się, że najpiękniejsze kwiaty rosną na kupie gnoju...
Odwróciłem się. Niska pani, ubrana w czarną skórzaną kurtkę, kolorowy szal, w wytartych dżinsach i kapeluszu, dziękowała właśnie komuś, kto do kupki miedziaków dorzucił jej złotą monetę. Wyszperałem z kieszeni drobne i, wrzucając, zapytałem, czy zna jeszcze jakieś utworu z musicalu. Wiedziałem, że pytanie będzie retoryczne: zapytała tylko, czy jej wybór mi odpowiada, a kiedy kiwnąłem głową, zamknęła oczy i zaśpiewała "I love him":


Stałem zasłuchany przez kilka minut. Nieczęsto spotyka się na ulicy osoby, które potrafią poprawnie wyśpiewać trudny utwór. Stałem też, zadziwiony, bo nikt spośród przechodniów nie zatrzymał się nawet, każdy pędził do przodu ze swoimi torbami pełnymi przecen. 

Okazało się, że pani jest pielęgniarką położną i bardzo chce pojechać na jakąś konferencję do Rosji. Ściema? Nie wiem. Ale i tak ładnie śpiewała!


Scena trzecia: Newman Society, Blue Room. Za oknem w ciemnościach dumnie jaśnieje oświetlona wieża Christ church college. My - kilkanaście osób, które przyszły wysłuchać dzisiejszego gościa - siedzieliśmy wygodnie na niebieskich sofach. Kilkadziesiąt lat temu w tym samym pomieszczeniu pojawiał się i opowiadał Tolkien, Chesterton, a Knox był swego czasu opiekunem duszpasterstwa. Całe miejsce przesiąknięte jest historią.
Rozpoczęło się spotkanie z Charlsem Moorem, dziennikarzem i redaktorem ważnych angielskich gazet. Opowiadał o tym, co jego zdaniem czeka chrześcijaństwo angielskie w najbliższych kilku latach. Na koniec wspomniał o swoim spotkaniu z kardynałem Ratzingerem, zanim jeszcze został on wybrany Papieżem. Na to odezwał się starszy pan w tyłu sali, mówiąc, że to jemu właśnie pan Moore zlecił zadanie przeprowadzenia wywiadu z przyszłym Ojcem Świętym. "Ratzinger powiedział, że kiedy przyjedzie na wizytę do Anglii, koniecznie chce odwiedzić Oxford. Powiedziałem, że zabiorę go do Cambridge. On się zmarszczył i powiedział: "nie, Oxford"...

Tuesday, January 26, 2010

Burns Night


Some hae meat and canna eat,
And some wad eat that want it;
But we hae meat, and we can eat,
Sae let the Lord be thankit.




Kiedy wybrzmiały już słowa szkockiego Selkirk Grace, czyli krótkiego błogosławieństwa przed posiłkiem, 150 osób zasiadło przy długich drewnianych stołach. Przez chwilę wielki refektarz, którego okna przypominały gotycką katedrę, a ściany muzeum, wypełniony był tylko ciszą i złotym blaskiem świec. Wtem do sali wdarły się ostre tony szkockiej melodii. Zaraz po nich wmaszerował dudziarz w tradycyjnym stroju i kucharz, niosący na wielkim srebrnym półmisku atrakcję wieczoru. 



W takt rytmicznej melodii [http://www.youtube.com/watch?v=9ycc2RdhirU], między rzędami milczących uczestników, kierowali się w stronę "High Table", głównego stołu u szczytu sali. Tam pochód się zatrzymał, srebrny półmisek ustawiono u wezgłowia, a ostatnie nuty rozpłynęły się w powietrzu. Chris Miller, rodowity Szkot z Glasgow, odczytał ze wspaniałym akcentem „Address to a Haggis” [Oda do Haggis*, tekst, a nawet deklamacja: http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/address_to_a_haggis/] napisany przez Roberta Burnsa i jak co roku tradycyjnie przywoływany, by okazać szacunek tej szczególnej potrawie. „Gie her a haggis!” [„dajcie jej haggis!”] brzmiały ostatnie słowa, które były sygnałem do nacięcia haggis i oficjalnego rozpoczęcia kolacji.




Ale czym właściwie jest haggis? Co tu robią szkoccy dudziarze? Dlaczego czytane są wiersze Burns’a? Odpowiedź na te pytania zawiera się w dwóch słowach: „Burns Night”. „Burns Night” to tradycja zrodzona po śmierci poety, który tak jak Mickiewicz w Polsce, odcisnął swoją twórczością wielkie piętno na epoce szkockiego romantyzmu. Podobnie też jak nasz wieszcz, uznawany jest  w swoim kraju za jej prekursora. 25 stycznia, na pamiątkę urodzin poety, świętuje się zarówno jego twórczość, jak i szkocką tożsamość, którą on sam nieraz w swoich wierszach podkreślał. Address to a Haggis” można porównać w znaczeniu i poetyckim kunszcie do mickiewiczowskiego opisu bigosu z „Pana Tadeusza”. 

Przebieg Burns Night ma ściśle określoną strukturę i przebieg. Następnym punktem było wspomnienie poety. Jeden ze studentów wstał i rozpoczął opowieść o życiu Burns’a. Zamiast gloryfikacji popłynęły słowa o prawdziwej twarzy Roberta, który (znów jak nasz narodowy wieszcz) pozostawił po sobie nie tylko zbiory świetnej poezji, która inspirowała późniejszych romantyków, ale i gromadkę ślubnych i nieślubnych dzieci, które żyły, dając świadectwo o lekkich obyczajach ojca.  Nie przeszkadza to jednak Szkotom uważać go za Wieszcza („The Bard”) i ulubionego poetę.

W międzyczasie na talerzach pojawiło się daniegłówne; haggies, neeps and tatties, czyli haggies, ziemniaki i rzepa. Sam haggis, będący jednocześnie narodową potrawą Szkocji, to zmielone owcze podroby, duszone w owczym żołądku (wbrew powszechnemu mniemaniu owczy żołądek nie pojawia się na talerzu) z dodatkiem cebuli, mąki, tłuszczu i przypraw. To właśnie te ostatnie decydują o jakości potrawy , a każdy szkocki klan ma własną, wypracowaną przez wieki i pilnie strzeżoną recepturę.

W tradycji wieczoru jest jeszcze element przemowy, w której jeden z mężczyzn zwraca się do zebranych na sali kobiet, w domyśle z komplementem. Nowe czasy przynoszą jednak nowe obyczaje, więc usłyszeliśmy sarkastyczną przemowę na temat cnót czystości i charakteru kobiet w naszym college’u, imiennie zaadresowaną do konkretnych osób. Damska odpowiedź była niewiele lepsza, ale cała rzecz zakończyła się toastem i szkocka whisky pozwoliła zapomnieć o niemiłym akcencie.

Mówiąc o whisky, nie sposób nie wspomnieć o kilku, najważniejszych zaledwie, sprawach jej dotyczących. Whisky produkuje cała Szkocja, destylarnie rozsiane są po całym kraju i dzielą się na kilka regionów, z których każdy ma swoje najbardziej znane gatunki. Mamy więc Island whiskies (z wysp na zachodnim wybrzeżu Szkocji, np. Mull czy Skye bądź archipelagu Orkney na północy): delikatnie wędzone w torfowym dymie Tobermory czy Highland Park; 



Lowland whisky (z południowych nizin przy granicy z Anglią): waniliowe Auchentoshan o złowym kolorze; Campbeltown (południowo-zachodni półwysep) produkujące pikantne Glen Scotia; Highland whiskies (cała zachodnia część Szkockiego stałego lądu): słodkie, gęste Loch Lomond czy Glenmorangie; Speyside Whiskies (ze wschodniej części kraju): żółte, miodowo-cytrusowe Benromach traditional, Macallan fine oak o dębowym posmaku czy słodkie, imbirowe Glen moray classic. Obrazu dopełnia region Islay (wyspa na południowym zachodzie), gdzie whisky takie jak złotawe Bowmore jest mocno wędzone i pozostawia lekki słony posmak.

Zwyczaj każe przeplatać czas kolacji znanymi wierszami poety. Chociaż u nas tak się nie stało, odczytuje się zwykle: „Ae fond Kiss”, „My Luve is like a Red Red Rose” czy „Holy Willie’s prayer” (http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/ae_fond_kiss/, http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/my_luve_is_like_a_red_red_rose/ (czyta sam książę Walii), http://www.bbc.co.uk/robertburns/works/holy_willies_prayer/). Warto zaznaczyć, że sama idea obchodów „Burns Night” nie była od początku tak silna. Swoją popularność zawdzięcza w dużej renesansowi, który twórczość poety przeżyła na początku XX wieku. W tym sensie jest świętem wykreowanym i wielu Szkotów nieszczególnie się z nim identyfikuje, nie chcąc wpadać w stereotyp „Szkota w spódnicy jedzącego haggis”. Wspomniany wyżej Chris przyznał, że było to jego pierwsze Burns Night od czterech lat, bo w domu obchodzi się to głównie w szkołach, na uczelniach i w różnych stowarzyszeniach, ale niekoniecznie w gronie rodziny czy znajomych.


Na koniec, trzymając się za ręce, odśpiewaliśmy „Auld Lang Syne”, jedną z najbardziej znanych szkockich pieśni. Sama melodia jest znana na całym świecie, w Polsce funkcjonuje jako harcerska piosenka „Ogniska już dogasa blask”. Słowa niosą w sobie dużo sentymentu - już tytuł brzmi „Dawne, dobre czasy”. Tradycyjnie śpiewa się ją w Szkocji na Nowy Rok. Ale pozostańmy jeszcze na chwilę przy stołach w jadalni college’u. College’u Balliol, bo tylko on jeden spośród wszystkich 38 oxfordzkich college'ów uroczyście obchodzi Burns Night. Dlaczego?  Założycielem-sponsorem był John de Balliol, ojciec późniejszego króla Szkocji, który ufundował budynek dla studentów w centrum miasta w 1263 roku. Budynek był formą przeprosin dla lokalnego biskupa Durham, z którym Balliol się pokłócił. 





Salę znów wypełniła muzyka, zagłuszając wszelkie rozmowy. Dudziarz, niczym czarodziej uwodzący nas swoją melodią, skierował się w stronę wyjścia, by poprowadzić pochód studentów przez miasto. Ile trzeba mieć pary w płucach, żeby jednocześnie grać, nadymając się, ściskając wielki worek z powietrzem, i raźnie maszerować! Na wszystkich przechodniach nasza procesja w takt marszowej melodii „Scotland the Brave” [‘Dzielna Szkocja”, http://www.youtube.com/watch?v=ZWvwOX_RPhs&feature=PlayList&p=73211A0B0F12C401&playnext=1&playnext_from=PL&index=19]  robiła wielkie wrażenie. Wyobraź sobie: tłum młodych ludzi w czarnych garniturach i sukniach, który idzie, maszeruje, podskakuje do rytmu i podąża za przewodnikiem: dudziarzem w spódniczce w szkocką kratę. Skryte w półmroku tło: budynki, które przez kilkaset lat swojego istnienia widziały już nie jeden pochód, zamieszki i uroczystości, przyglądają się milcząco ze swoich wysokich iglic. Przestrzeń drży od nut potężnej melodii, która bardziej niż do studentów na oxfordzkiej ulicy pasuje do wojowników Braveheart'a maszerujących na pole bitwy. Niezwykły widok, nawet jak na Oxford.








Wreszcie – ceilidth! Jako że Burns Night, odwołując się do twórczości poety-romantyka, nawiązuje też do tradycji ludowej, ceilidth jest nieodłącznym elementem wieczoru. Kapela raźno przygrywała i zabawa trwała przez prawie dwie godziny. Kto by przypuszczał, że z tańców ludowych może płynąć tyle radości…i tyle zmęczenia! Ciągłe podskakiwanie i żywa muzyka są na szczęście połączone z łatwymi do opanowania krokami. Po kilku minutach każdy wiedział już, jak zatańczyć prosty taniec: w parach, w trójkach czy w długich rzędach, kiedy mężczyźni i kobiety stoją naprzeciwko siebie. 



Długi dźwięk skrzypiec lub akordeonu to wstęp i sygnał. Sekundę później wszyscy kręcą się już w wielkim kole albo podskakują, charakterystycznym krokiem przeplatając się między innymi parami. Później mocno chwytasz partnerkę i wirujecie szaleńczo, otoczeni klaszczące dłonie i roześmiane oczy. Nie ma czasu na myślenie - jest tylko ruch, rozwiany włos i ręce, które chwytam, kręcąc się jak spirala między rzędem kobiet i mężczyzn. Nie ma miejsca na błąd - gdybym nie trafił na kolejne ramię, o które trzeba się zaczepić, pęd wyrzuciłby mnie na zewnątrz. Twarze dziewcząt zmieniają się przede mną w mgnieniu oka i zlewają w jedność. Dopiero kiedy ustawiam się na końcu linii, mogę się rozejrzeć i zobaczyć, z kim miałem przyjemność tańczyć.






 Próżno opisywać różne rodzaje tańców, jak „The Reel” czy „Dashing White Sergent”. Zobaczcie sami:



W końcu szkocka melodia, która prowadziła nas przez cały wieczór, ustaje. Wraz z ostatnim przeciągłym tonem Burns Night dobiega końca. Na szczęście w Oxfordzie jest grupa tańcząca ceilidth i mogę się do nich w każdy wtorek przyłączyć.


A tak wyglądają dudy i "kilt", czyli szkocka spódniczka:






Wednesday, January 20, 2010

Co słychać?

Zdaje się, że już najwyższy czas skończyć z odkładaniem na później, dopisywaniem "jutro" na liście zadań i graniem z samym soba w ciuciubabkę. Zdaje się, że czas coś napisać.

"Co słychać?" to najczęstsze pytanie, które zadają mi rodzice, przyjaciele i znajomi. Jak na to spojrzeć uważniej, to pytanie okazuje sie raczej dziwne. Dziwne, bo przecież pytający zwykle nie jest głuchy i sam może sobie na nie odpowiedzieć. Może jednak pyta, żeby sprawdzić czy odbieramy na tych samych falach: jeśli ja słyszę to, co i on, to mamy punkt wspólny, który nas zbliża. Można wtedy porozmawiać o hałasie dochodzącym z ulicy, muzyce, która płynie w tle, zbyt głośnej rozmowie przy stoliku obok albo komórce, która właśnie zadzwoniła. Zauważmy jednak, że nie tylko początek, ale i koniec rozmowy naznaczony jest swego rodzaju sprawdzianem. Amerykanie mówią np. "take it easy", co sugerowałoby, że są luzakami i nam też tego życzą. Anglicy, nieco poważniej, radzą: "take care", chcą więc, żebyśmy o siebie dbali.* Ale w obu przypadkach jest to część większego planu, który później bezlitośnie realizują, pytając na wstępie: "How are you?", czyli "Jak się masz?". Sprawdzają więc, czy stosowaliśmy się do ich zaleceń. Mogą następnie z udawaną litością powiedzieć, że wyglądasz na zmęczonego, albo jowialnie oznajmić, że dobrze cię widzieć.

*Polacy mówią "Trzymaj się", co po dłuższym zastanowieniu okazuje się głębokim absurdem.

Zostawmy jednak na boku gierki pedantów językowych i przejdźmy do rzeczy.

W poniedziałek mieliśmy pierwsze (i jedyne chyba) w tym roku kolokwium. Z ekonometrii.
Zaczęliśmy też nowy program ćwiczeń porannych: nazywa się dla niepoznaki Insanity (nienormalność) i wydaje się dość intensywny...ale to pewnie efekt świąt i miesięcznej przerwy od jakiegokolwiek ruchu.

Wczoraj wygrzebałem z lodówki przywiezione z Polski kabanosy. Jako że Mirosława (sąsiadka z korytarza, pół-Polka wychowana w Meksyku) była akurat w kuchni i zgodziła się, że musi odkrywać polską stronę swojej tożsamości, prawie cała paczka została zjedzona. Przy okazji nauczyłem Mirosławę kilku pozytecznych słów: "kiełbasa", "parówka", "kabanos". Potrafi też ładnie przeczytać nalepkę na opakowaniu: "Piotr i Paweł. Kabanosy Wiejskie. Dziękujemy. Zapraszamy ponownie."


Dziś rozpracowywałem estymator największej wiarygodności, jego nieobciążoność i zgodność, i to, jak rozwiązywać przy jego użyciu ucięte zestawy danych (muszę przyznać, że to zdanie brzmi po polsku kosmicznie i sam go nie rozumiem). Potem przyjechał Sasza z Myrą. Znowu coś mu się dzieje z samochodem, bo przyjechał na dwójce, a samo auto sapie i klekocze jakby się miało zaraz rozlecieć.

Sunday, January 17, 2010

Strrraszna historia Oxfordu

około AD 600: Pierwsi chrześcijanie osiedlają się w Oxfordzie i budują klasztor. Święta Frideswide (650 - 735) ukrywa się przed człowiekiem, który chce ją poślubić w oxfordzkiej stajni. A że cuda się zdarzają, święta Frideswide umiera.

AD 911: Mieszkańcy oxfordu obawiają się najazdów Duńczyków, więc budują wokół miasta peirwsze mury.

AD 1002: Pokojowo nastawieniu osadnicy Wikingów zostają zmasakrowani przez tutejszych Anglików, więc...

AD 1009: ...nienawistni Wikingowie w ramach zemsty spalają całe miasto. Na jakiś czas kontrolę przejmuje król Wikingów, Sweyn.

AD 1071: Normański rycerz Robert d'Oilly otrzymuje ziemie w Oxfordzie i buduje pierwszy oxfordzki zamek. Normańska księga* mówi jednak, że miasto jest opustoszałe i jałowe.** Ale d'Oilly buduje most, więc Oxford staje się popularnym miejscem do przekraczania Tamizy suchą nogą.

*chodzi o Doomesday Book, czyli spis-inwentarz wszystkich ziemi pod panowaniem Wilhelma Zdobywcy, przeprowadzony w roku 1086

**nieprzetłumaczalna gra słów: Po zdaniu "But a Norman book says the town is 'waste'" następuje gra słowna: "An Oilly [nawiązanie do nazwiska nowego właściciela] waste. Yeuch" czyli  "tłusto jałowe. Bleee."

AD 1132: Król Henryk I wznosi w Oxfordzie pałac (na miejscu dzisiejszej Beaumont Street). Spędza w nim lato.

AD 1135: Henryk umiera, a jego kuzyn (Stefan) i córka (Matylda) biją się o tron. Oxford zamienia się w pole bitwy.

AD 1142: Królowa Matylda jest uwięziona w oxfordzkim zamku i otoczona armią wroga, Stefana. Kiedy już prawie kończy się żywność, zostaje opuszczona z zamku na linie i ucieka  przez pokryte śniegiem pola. Nikt jej nie zauważa, bo ma na sobie maskujący biały płaszcz.

AD 1263: Tutejszy szlachcic John de Balliol rozpoczyna budowę college'u. Balliol obraził biskupa Durham - w ten sposób chciał powiedzieć: "Sorry, biskup".

AD 1258: Szymon de Montfort i 23 innych zbuntowanych baronów spotyka się w Oxfordzie. Buntownicy zmuszają króla Henryka III do zmiany sposobu, w jaki włada Anglią. Henryk musi przystać na 'Prowizje Oxfordzkie'*. Mówią, że król musi być posłuszny 'radzie' mądrych Anglików. Ale nuda.

*"Niestety Henryk zmienił później zdanie. Baronowie poszli przeciwko niemu na wojnę i...przegrali. Szymon stracił nie tylko wojnę, ale i głowę...to musiało boleć."

AD 1355: 10 lutego, w dniu Świętej Scholastyki, wybuchają zamieszki. Nie pierwsze, ale najgorsze spośród zamieszek, w których lud Oxfordu walczył ze studentami.

1555: Królowa Maria z dynastii Tudorów każe spalić na stosie poza murami miasta dwóch biskupów i arcybiskupa. Dziś wieczorem barbecue.

1646: Król Karol toczy wojnę domową i obiera Oxford za swoją stolicę. Jajogłowi* atakują. Karol ucieka w nocy 27 kwietnia. 24 czerwca jajogłowi wkraczają do miasta. Oxford się poddaje. Koniec Wojny Domowej.

*jajogłowi [ang. roundheads] to obraźliwa nazwa Parlamentarzystów, którzy walczyli przeciwko królowi. Nazwa wzięła sie stąd, że wielu z nich strzygło się krótko, tuż przy skórze (na obrazach z epoki przypomina to przeciętną fryzurę męską dzisiaj), co mocno kontrastowało z długimi lokowanymi fryzurami.

1683: Muzeum Ashmolean, zaprojektowane przez Christophera Wrena, zostaje otwarte. Jest to pierwsze muzeum uniwersyteckie i ma w swojej kolekcji ciało ostatniego ptaka dodo widzianego w Europie. Do 1755 z ptaka zostały tylko głowa i stopa!

około 1840 Wielka Kolej Zachodnia łączy Oxford z Londynem. Do tego sadza, która dusi Oxfordczyków i brudzi budynki.Drzemiące iglice zasługują na mycie*

* w oryginale: 'Dreaming spires become need-cleaning spires'; Oxford został kiedyś poetycko nazwany "miastem drzemiących iglic" i tak już zostało...

1954 Roger Bannister, student medycyny, zosteje pierwszym człowiekiem, który przebiegl milę poniżej 4 minut*. Nowy rekord. Może dlatego, że obrabował bank?

*1 mila lądowa w 4 minuty to dystans 1,610km z prędkością 24,15km/h. Nieźle.

2002: Słuchacze radiowi wybierają Cornmarket Street [Oxfordzki deptak] jako druga najgorszą ulicę w Wielkie Brytanii. Rok później zostaje wymieniona kostka brukowa i wstawiają nowe ławki.


Przedruk z "Horrible Histories. Oxford", autor: Terry Deary. Tłumaczenie moje.



  

"They create wasteland and they call it peace"

"Zmieniają kraj w pustynię i mówią, że przynieśli pokój"  mówił Tacyt dwa tysiące lat temu o Rzymskim imperuim. Teraz w ślad za nim powtórzył to Shengwu Li, który swoją przemową na temat "Media powinny pokazywać okropieństwo wojny" zwyciężył w światowych zawodach w debatowaniu. To znaczy: jest obecnie najlepszym wśród studentów mówcą na świecie.

Treść wystąpienia traktuje o powodach, dla których media powinny relacjonować wszystko, co ma miejsce podczas wojen, nawet śmierć i gwałt. Mówi, że zmarli wręcz "domagają się", ażeby ukazać ich śmierć światu, uświadomić i przestrzec, by następni nie ginęli tak samo - przywołuje tu przykład muzeum w Auschwitz, które w ten sposób świadczy i służy ludzkości. Nie przekonuje go argument przeciwnika domagający się uszanowania godności i osobistych praw jednostki (na przykład zakazu fotografowania wśród bardziej religijnych muzułmanów) - odpowiada utylitarnym argumentem, że takie prawo jest mniejsze od prawa świata (w domyśle: widzów) do poznania faktycznego obrazu zbrodni. Jego zdaniem jest to nie tylko skuteczny sposób na uświadomienie światu, jakie jest prawdziwe oblicze wojny. Twierdzi również, że potęga medium, jakim jest fotografia i film pozwolą na pociągnięcie do odpowiedzialności sprawców, a przez to ograniczenie zbrodni wojennych, tortur i śmierci.

Moje pytanie do Shewgu byłyby następujące:
- czy założenie, że więcej obrazów śmierci w jeszcze bardziej drastycznej formie faktycznie skłoni społeczeństwa do organizowania się i działania i wywierania presji na rządy, by pociągały sprawców do odpowiedzialności nie jest zbyt optymistyczna? Wydaje się, że drugą stroną medalu może być spowszednienie całej kwestii - bo przecież ciągłe życie ze świadomością (rozbudzaną nieustannie przez media), że na naszych oczach giną i są krzywdzeni ludzie, nie może długo trwać. A jeśli jednostka jest za słaba, by coś zmienić, to drugim wyjściem jest wyparcie, zapomnienie.

- Shengwu mówi o prawach świata jako słuszniejszych, bo "większych" (ilościowo? jakościowo?) niż prawo jednostki do uszanowania jej woli. Ale za tym stwierdzeniem kryje się założenie, że: moje prawo do decydowania o sobie może być naruszone pod pretekstem uświadamiania wielu (czy taki argument zachowałby swoją siłę, gdyby zdjęcie lub film miał trafić tylko do jednej osoby?) oraz przy założeniu, że życie jest ważniejsze od osobistej wolności i prawa do decydowania o swoim losie. nie wydaje mi się to zbyt oczywiste...a poza tym żaden szanujący się fotograf nie opublikuje zdjęcia, które byłoby jawnie i celowo zrobione wbrew woli fotografowanego.

Piszę o tym nie tylko dlatego, że sama mowa jest naprawdę godna wysłuchania, a argumenty warte tego, by zatrzymać się nad nimi dłużej. Rzecz w tym, że Shengwu jest z Oxfordu, a co więcej studiuje ekonomię i codziennie siedzi w rzędzie przede mną. Brawo Shengwu!

Wystąpienie:
http://theonlinecitizen.com/2010/01/li-shengwus-finale-speech-at-world/

Friday, January 15, 2010

Wieża Babel

Nazywa się Wieża Kalifa i sięga nieba. Dawniej żeglarze dostrzegali wyłaniające się zza horyzontu szczyty przybrzeżnych gór, dziś podróżni zmierzający do Dubaiu drogą północ-południe z Omanu widzą wznoszącą się nad pustynnym horyzontem iglicę dumnej budowli. Z odległości 100km to jedyny element wystający ponad pustynny krajobraz.


Pamiętam, że kiedy jako mały chłopiec uczyłem się na geografii o najwyższych budowlach świata, wszystkie w głowie łączyły się pod hasłem "Zachód". Jak szybko wiedza traci na ważności! Dziś USA ledwie mieści się w pierwszej piątce: Sears Tower w Chicago zarówno konstrukcją, jak i symboliką zaczyna być reliktem minionej epoki. Przez pół wieku, począwszy od Empire State Building w 1931, Stany Zjednoczone trzymały niepodzielny prymat wśród drapaczy chmur: w 1972-3 powstało World Trade Centre (, a rok później olbrzym z Chicago. A gdzie dziś znajduje sie potęga, która chce sięgać nieba? 


- Petronas Towers, Kuala Lumpur, Malezja: 452m, rok 1998



Petronas Panorama II.jpg

(Wikipedia)


- Światowe Centrum Finansów, Shanghai, Chiny: 494m, rok 2008






(Businessweek.com)


- Taipei 101, Taipei, Tajwan: 510m, rok 2004





- Burj Khalifa, Dubai, Zjednoczone Emiraty Arabskie: 828m


828 metrów. Ile to jest? Wieża Eiffel'a ma 200 metrów. Ale czy możemy sobie wyobrazić cztery takie wieże, postawione jedna na drugiej? Nie możemy, bo ludzka wyobraźnia nie pojmie takich rozmiarów. Najwyższy klif wśród norweskich fiordów, Preikestollen, to 600 metrów czystej przepaści. Żadne zdjęcie tego nie ogarnia. A Wieża Kalifa ma 828 metrów: gdybyśmy na norweskim klifie postawili wieżę Eiffel'a i stanęli na jej samiuteńkim szczycie, to jeszcze potrzebowalibyśmy długiej drabiny strażackiej, żeby wspiąć się do tego, kto machałby nam z najwyższego piętra arabskiej budowli. 


Takie myślowe konstrukcje nie zawsze są przekonujące. Przyjmijmy zatem, że Wieża Kalifa stanęła na Helu. Na jej szczycie snajper, wycelował broń poziomo na południe, w kierunku Tatr. Strzela: kula leci przez pas nizin przybrzeżnych, mknie nad wzgórzami, które lodowiec pozostawił na pojezierzach, mija równinne centrumkraju, przelatuje nad Górą Zamkową (marne 504 m n.p.m) na Jurze, nad wieżą klasztoru na Jasnogórskiego, nad całym Górnym Śląskiem. Czy minie całą Polskę? Zatrzymuje się dopiero na stokach Beskidu Żywieckiego, gdzie to, co stworzyła natura, wciąż jeszcze przewyższa ludzką technikę.




Otwarcie, jak przystało na taki budynek, było najwyższej klasy:









Z zewnątrz:
















I wewnątrz:

















Arabski cud architektury zaczęto wznosić, kiedy świat finansowy szalał, a ludzie sądzili, że za kilka lat wszyscy będą bogaci i szczęśliwi. Inwestorzy mieli zbijać fortunę na każdej inwestycji w nieruchomośli. Dziś, kiedy i rynek, i ludzie przejrzeli na oczy, ceny kupna i najmu spadły w Dubaju o 50%. Eksperci przewidują jeszcze 30% redukcji zanim sektor się ustabilizuje. 


Mahmud z Bahrainu mówi, że w Dubaju połowa mieszkań stoi pustych. Może przesadza, ale jest wielu, którzy twierdzą podobnie. Odkąd z USA wypłynął na świat kryzys rynku nieruchomości, wspaniałe plany zostały wstrzymane, a te, które ukończono, jeszcze długo na siebie nie zarobią. 


"Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi." Wieża Babel: symbol ludzkiej potęgi i symbol braku jedności. Oba wydają się dzisiaj aktualne. Wieża Kalifa to najwyższy budynek na świecie. Ale Mahmud mówi, że Arabowie nigdy nie potrafią się dogadać, a Emiraty ostro ze soba konkurują. Jest już projekt kolejnego drapacza chmur, który stanie kilka ulic dalej na Dubajskim wybrzeżu. Ma się wznosić na ponad kilometr...

Śniegowe opowieści

Andreas: Ja miałem przygodę ze śniegiem…Heathrow, szósta wieczorem. Siedzimy już w samolocie, a tu nagle komunikat: „przepraszamy, ale dzisiejszy lot jest odwołany; niestety nie mamy w tej chwili wolnego autobusu, który mógłby państwa odwieźć z powrotem do terminalu”. Siedzieliśmy tak, gotowi do odlotu, dwie godziny, zanim nas stamtąd zabrali. Powiedzieli jeszcze, że wszystkie loty zostały odwołane, że żadna inna linia nie kursuje – patrzę za okno a tam: KLM startuje, Lufthansa startuje, tylko BA* nie lata…w końcu wracamy, ale przez kontrolę celną. Pani w okienku pyta, skąd przyleciałem. Co ja jej miałem powiedzieć? Odparłem, że znikąd…(spojrzała na mnie jak na kompletnego debila)…bo odwołali lot. „Czyli że krajem wylotu była Anglia?...”

*British Airways, czyli ichni LOT.

----------------------------------------------------------------------------------

Wracając z zajęć, musiałem przeskakiwać zaspy na skraju drogi. Nie wiem jak osoby na wózkach miałyby przedzierać się przez wysokie na 30cm zwały brudnej mazi. Akurat za zakrętem pojawił się angielski porządkowy, więc pomyślałem, że zapytam go, kto tu dba o porządek.

- Kto jest odpowiedzialny za odśnieżanie chodników?
- Nikt.

Żart? Może niedokładnie się wyraziłem.

- Jak to nikt? W kraju, w którym wszystkim rzeczom przypisana jest odpowiedzialna za nie osoba, chodniki mogą leżeć tak beznadziejnie zaśnieżone?
- No niestety tak jest.
- A rada miasta? To nie do niej należą publiczne chodniki?
- Rada miasta ma obowiązek odśnieżać drogi, przede wszystkim te główne.

Faktycznie, droga była czarna, sucha, bez grama śniegu.

- Naprawdę nic się nie da z tym zrobić? Rozmawiałem z kolegami, zagraniczni tak jak ja, każdy byłby chętny trochę pomachać szuflą, bo denerwuje nas to, jak te chodniki wyglądają…niechby rada miasta kupiła kilkadziesiąt szufli, rozdała college’om, a ochotnicy by się znaleźli.
- Mnie się wydaje, że by się nie znaleźli, ale zniknęli, i to razem z łopatami…

Anglia. Kraj wysokiego zaufania społecznego.  

- A czy to prawda, że mogą mnie pozwać do sądu za odśnieżanie?
- Nieeee, to się nie zdarza. Jest przepis, który mówi, żeby nie odśnieżać na własną rękę, bo jeżeli pogorszy się przez to faktyczny stan drogi, to bierze się za to odpowiedzialność. Ale to jest głównie przeciwko takim, którzy próbowali usuwać śnieg wrzątkiem…wiesz, brali wiadro z gorącą wodą, polewali, a potem „o-o!”, bo się zorientowali, że zamarzło…a co do rady miasta, to nic nie zrobią, bo odśnieżanie chodnika nie jest „absolutnie konieczne”. Jak się przewrócisz i będziesz chciał ich pozwać, to odpowiedzą, że nie byłeś wystarczająco ostrożny…

Spojrzałem jeszcze raz na chodnik. Przypomniał mi się wczorajszy wieczór, kiedy przez kilkaset metrów ciągnąłem walizkę, która jak pług żłobiła w śniegu ślady. Jak rolnik w kaloszach ślizga się w gnoju, tak ja w górskich butach ślizgałem się w brei. A wokół mnie: PGR, bo wszyscy inni tak samo się ślizgali. Niektórzy nawet w gumiakach.

Policjant kontynuował:

…ale wiem, o co ci chodzi: sam przez trzy lata mieszkałem w Alpach, w Val d’Isere*, tam to są przygotowani na śnieg, nie to co w tym kraju.

*znany kurort narciarski w Alpach Francuskich

------------------------------------------------------------------------

Zasłyszane na zajęciach z prawa: „Dajcie spokój…ile jeszcze wyrysowanych fallusów zmieścicie na śniegu na głównym dziedzińcu college’u?”

-------------------------------------------------------------------------

W college’u Balliol – znaczy się u nas – na głównym dziedzińcu stały dwa obiekty. Pierwszy: tabliczka ostrzegawcza, żeby nie rzucać się śnieżkami w pobliżu budynków i przejść. Pomyślałem, że to miło z ich strony, że zakaz nie obejmuje rzucania się śniegiem w ogóle. Pewnie sami profesorowie brali udział w tych bitwach…





Drugi obiekt: iglo! Wysokie na tyle, że w środku można prawie stanąć prosto, z otworem w suficie na dym z nielegalnego ogniska, z belkami umacniającymi półokrągłe wejście. „Widziałam jak wycinają i układają bloki śniegowe…” – powiedziała Brianna z Kanady – „…dobra robota!”. Pewnie wie co mówi, skoro przez te święta było u niej -62 stopnie. Celsjusza.



--------------------------------------------------------------------------------

Twarzowe (to niestety rzadkość) zimowe kalosze:



Wednesday, January 13, 2010

Anglia pod śniegiem

Kilka scen:

1. Wokół przystanku kręci się pan z obsługi lotniska. Postanowiłem dowiedzieć się, czym jest ów „grit”, którym posypują tu drogi.
- Przepraszam, co to jest?
- To jest „grit”.
- Czyli co dokładnie?
- W tym kraju używamy mieszaniny soli i piasku. Kiedy na nią nadepniesz, aktywuje się i roztapia śnieg.

Pokiwałem głową, ale przez chwilę myślałem, że jednak nie rozumiem: „mieszanina” „aktywuje”…brzmi jak wyszukany wynalazek. Dla tych, którzy znają brytyjską naturę trochę bliżej, brzmi bardziej jak żart – Brytyjczycy lubią przesadzać w słowach. Uśmiechnąłem się zatem i kontynuowałem:

- Słyszałem, że powoli się kończą zapasy?

Pan z obsługi lotniska nie podzielał chyba mojego swobodnego podejścia, bo powiedział:

- Takiej zimy, żeby padał śnieg na koniec roku, a potem jeszcze na początek, to nie pamiętam…od 1972 nie było takich opadów. Gatwick zamknęli, Birmingham zamknęli, ale my w Luton działamy…

Wstrzymał głos, żeby dodać dramatyzmu:

-…jeszcze.

2. Przyjechał autobus, pół godziny opóźnienia. Zagaduję wesoło kierowcę:

– Pół godziny opóźnienia w takich warunkach to prawie punktualnie!
– O tak! Musimy się cieszyć, że w ogóle jeszcze jeżdżą…
- A jak sytuacja na drogach?
- Wszyscy jeżdżą strasznie powoli, główne drogi są odśnieżone, ale na mniejszych ciągle leży śnieg…co za bałagan…beznadzieja, tak bym to nazwał*

*W oryginale: „Hopeless, that’s the word I’m looking for…

3. Wysiadam w Oxfordzie przystanek wcześniej, bo wydaje mi się, że stąd bliżej do akademika. W tym planowaniu zignorowałem jednak „niezwykle niebezpieczne warunki pogodowe” – nie na drogach, na chodnikach! Ulica tworzyła uroczy zimowy kontrast: mokra czerń jezdni ujęta była w białe wstęgi chodników. Wyglądało to tak, jak gdyby chodników nikt nie odśnieżał. Nie wczoraj, nie przez tydzień: nie odśnieżał w ogóle. Ale to przecież niemożliwe, prawda?

Po 300 metrach przeciągania walizki w pół-rozdeptanej, śliskiej brei dotarłem do pokoju. Widać nie byłem pierwszy, bo szedłem już po śladach innej torby podróżnej, która się tędy przedzierała. Zastanawiam się po cichu – czy Anglicy wiedzą, co to szufla do śniegu? Czy oxfordzkie chodniki są jak niedźwiedzie, które czekają pierwszych odwilży, żeby wyjrzeć na światło dzienne?

Moje wątpliwości rozwiali współlokatorzy, którzy zorientowali się już w sytuacji.

Corina (Massachusetts, USA): To jest chore! Odwołali dziś wszystkie autobusy do Londynu, bo spadło 5 centymetrów śniegu!

Dhananjay (Texas, USA): Brakuje im soli, dopiero pod koniec miesiąca ma przypłynąć kontenerowiec z USA…a poza tym zaczyna też brakować gazu – w pewnym momencie okazało się, że Anglia ma zapasów gazu grzewczego na 6 dni…

Chris (Ontario, Kanada): Niestety, w tym kraju nie można odśnieżać chodników, bo…ktoś może cię pozwać, jak się przewróci i coś mu się stanie. Bo to ty odśnieżałeś. A kto jest tak naprawdę za to odpowiedzialny? Chyba nikt…


4. Prognoza pogody – czyżby przychodziła stabilizacja?


(źródło: BBC)