Kiedy dziewczyny przestały rozmawiać, na krótką chwilę zrobiło się zupełnie cicho. Tylko cichy plusk długiego kija, którym odpychałem nas od mulistego dna, potwierdzał, że nie tkwimy w bezruchu. Czasami tuż nad głową zaszeleściły liście zbyt blisko mijanych gałęzi, innym razem w szuwarach rozlegały się dzikie kaczki, którym pewnie przeszkadzaliśmy spać. Stopniowo wszystko spowijała noc, rzucając cień na oba brzegi, a rzekę rozświetlając niczym błyszczącą wstęgę. Czas sunął tak powoli, jak nasza barka.
------------------------------------------------------------------
„Punting” jest w Oxfordzie niezmiernie popularny, nie mniej niż same zawody wioślarskie. Każdy college, który posiada swoją przystań i łodzie regatowe, ma też płaskodenne barki, czyli „punts”. Od pierwszych ciepłych dni w Trinity Term, a więc od początku maja, na rzekach Isis i Cherwell pojawiają się barki ze studentami. Tymi, którzy szczęśliwie zakończyli już sesję i tymi, którzy uciekają w ciche meandry rzeki od nużącej powtórki w suchym powietrzu bibliotek.
Tak jak we wszystkich innych dziedzinach studenckiego życia, w pływaniu płaskodenną łodzią również zaznacza się różnica między Oxfordem, Cambridge i resztą świata. Tradycja nakazuje sterującemu stać wewnątrz, z tyłu łodzi (stern), kierując łódź przodem (bow) w kierunku płynięcia. Oxfordzki zwyczaj każe natomiast ustawić się na samym przedzie barki i odpychać w przeciwną stronę, aby zabudowana część (till) wskazywała drogę. W „the other place” dominuje natomiast technika odwrotna: sterujący stoi na niezabezpieczonym burtami pokładzie (till), co umożliwia sterowanie kijem po każdym odepchnięciu. Wikipedia słusznie przyznaje, że Oxfordzki styl jest bliższy tradycji. Poglądu tego nie podzielają jednak studenci z Cambridge i do tego stopnia uparcie trwają przy swoim, że dwa końce łodzi zwykło się nazywać „oxfordzkim” i „cambridge’owskim”.
Sterowanie za pomocą kija jest dużo trudniejsze niż może się z początku wydawać. Pewnie dlatego każda załoga dostaje dodatkowo małe wiosło, gdyby kij wyślizgnął się z ręki albo ugrzązł w dnie. I jedno, i drugie jest wcale prawdopodobne podczas spływania oxfordzkimi rzekami. Potrafią nieoczekiwanie zmieniać głębokość, przez co drąg zanurza się w wodzie niemal po sam koniec. Kiedy indziej zaś twarde dno zamienia się nagle w muł i zbyt mocne odepchnięcie może się skończyć w najlepszym razie spowolnieniem łodzi, w najgorszym – nieoczekiwaną kąpielą.
----------------------------------------------------------------------------
Spojrzałem na brzeg: mijaliśmy właśnie St. Margaret’s College. Za chwilę pojawi się college St. Catherine, później Magdalene i gdyby tak dalej sunąć między zwisającymi nad wodą gałęziami i przewieszonymi mostkami, dotarlibyśmy do Isis, rzeki na której rozgrywają się oxfordzkie zawody wioślarskie. Stamtąd zaś dalej do Tamizy i wielkiego Londynu. Patrząc na przesuwający się monotonnie brzeg, wspomniałem Tomka Sawyera i jego spływ tratwą. Kto wie, może myślał o tym, o czy ja teraz: że wystarczy zrobić jeden krok, odpłynąć kilka metrów od lądu, żeby cały świat stał się tak dziwnie odległy. Tak jakby trwał sobie tylko po to, żebyśmy mogli patrzeć na niego z pokładu naszej barki. Bo na pewno go nie potrzebowaliśmy. Przynajmniej nie teraz: butelka wina, deska serów i cisza zapadającego wieczora były wszystkim, co było nam potrzebne do szczęścia.
\

Zdobywca powrócił w wielkim stylu!Po tygodniach milczenia, dopisał na blogu poruszającą opowieść, która oddaje klimat i nastrój poza- książkowego Oxfordu w niezrównany sposób. Czekamy na następne obrazy malarza ulotnych chwil !
ReplyDeletePiękny wieczór i jaki romantyczny. Czy byłeś jedyną osoba która stała u steru? Czyżby doświadczenie minionego lata na łajbie po Bałtyku było przydatne. Naprawdę świetny przerywnik w trakcie sesji.Za tydzień powtórka?
ReplyDelete"Wikipedia słusznie przyznaje, że Oxfordzki styl jest bliższy tradycji".
ReplyDeleteBo jakże Wojtek mógłby napisać, że jest inaczej. ;-)
Pozdrowienia od żeglarza barek płaskodennych z Cambridge z sierpnia 2008 roku :-)
Te barki bardzo przypominaja te, którymi płyną turyści Dunajcem w naszych Pieninach. Czy flisacy wyglądaja podobnie, tzn. czy ubierają się w stroje ludowe?
ReplyDeleteBardzo romantyczne.
ReplyDeletePozdrawiam autora i jeszcze raz dziękuję za oprowadzenie po Oxfordzie.
Wojutusiu,piekne wrażenia. Ale takie barki, zwane na Górnym Śląsku galarami, pływały po Przemszy w Mysłowicach juz w XIX wieku.Ciągnęły je konie, kroczace po brzegach rzeki. Galarami wożono węgiel do Krakowa. Urządzano na nich także atrakcyjne, jak w Twoim przypadku, wycieczki. Wojtusiu "trzymamy" z babcią kciuki na poniedziałek, wtorek i środę.
ReplyDelete