Saturday, May 29, 2010

Punting czyli barką przez Oxford

Kiedy dziewczyny przestały rozmawiać, na krótką chwilę zrobiło się zupełnie cicho. Tylko cichy plusk długiego kija, którym odpychałem nas od mulistego dna, potwierdzał, że nie tkwimy w bezruchu. Czasami tuż nad głową zaszeleściły liście zbyt blisko mijanych gałęzi, innym razem w szuwarach rozlegały się dzikie kaczki, którym pewnie przeszkadzaliśmy spać. Stopniowo wszystko spowijała noc, rzucając cień na oba brzegi, a rzekę rozświetlając niczym błyszczącą wstęgę. Czas sunął tak powoli, jak nasza barka.

------------------------------------------------------------------

„Punting” jest w Oxfordzie niezmiernie popularny, nie mniej niż same zawody wioślarskie. Każdy college, który posiada swoją przystań i łodzie regatowe, ma też płaskodenne barki, czyli „punts”. Od pierwszych ciepłych dni w Trinity Term, a więc od początku maja, na rzekach Isis i Cherwell pojawiają się barki ze studentami. Tymi, którzy szczęśliwie zakończyli już sesję i tymi, którzy uciekają w ciche meandry rzeki od nużącej powtórki w suchym powietrzu bibliotek.

Tak jak we wszystkich innych dziedzinach studenckiego życia, w pływaniu płaskodenną łodzią również zaznacza się różnica między Oxfordem, Cambridge i resztą świata. Tradycja nakazuje sterującemu stać wewnątrz, z tyłu łodzi (stern), kierując łódź przodem (bow) w kierunku płynięcia. Oxfordzki zwyczaj każe natomiast ustawić się na samym przedzie barki i odpychać w przeciwną stronę, aby zabudowana część (till) wskazywała drogę. W „the other place” dominuje natomiast technika odwrotna: sterujący stoi na niezabezpieczonym burtami pokładzie (till), co umożliwia sterowanie kijem po każdym odepchnięciu. Wikipedia słusznie przyznaje, że Oxfordzki styl jest bliższy tradycji. Poglądu tego nie podzielają jednak studenci z Cambridge i do tego stopnia uparcie trwają przy swoim, że dwa końce łodzi zwykło się nazywać „oxfordzkim” i „cambridge’owskim”.




Sterowanie za pomocą kija jest dużo trudniejsze niż może się z początku wydawać. Pewnie dlatego każda załoga dostaje dodatkowo małe wiosło, gdyby kij wyślizgnął się z ręki albo ugrzązł w dnie. I jedno, i drugie jest wcale prawdopodobne podczas spływania oxfordzkimi rzekami. Potrafią nieoczekiwanie zmieniać głębokość, przez co drąg zanurza się w wodzie niemal po sam koniec. Kiedy indziej zaś twarde dno zamienia się nagle w muł i zbyt mocne odepchnięcie może się skończyć w najlepszym razie spowolnieniem łodzi, w najgorszym – nieoczekiwaną kąpielą.

----------------------------------------------------------------------------

Spojrzałem na brzeg: mijaliśmy właśnie St. Margaret’s College. Za chwilę pojawi się college St. Catherine, później Magdalene i gdyby tak dalej sunąć między zwisającymi nad wodą gałęziami i przewieszonymi mostkami, dotarlibyśmy do Isis, rzeki na której rozgrywają się oxfordzkie zawody wioślarskie. Stamtąd zaś dalej do Tamizy i wielkiego Londynu. Patrząc na przesuwający się monotonnie brzeg, wspomniałem Tomka Sawyera i jego spływ tratwą. Kto wie, może myślał o tym, o czy ja teraz: że wystarczy zrobić jeden krok, odpłynąć kilka metrów od lądu, żeby cały świat stał się tak dziwnie odległy. Tak jakby trwał sobie tylko po to, żebyśmy mogli patrzeć na niego z pokładu naszej barki. Bo na pewno go nie potrzebowaliśmy. Przynajmniej nie teraz: butelka wina, deska serów i cisza zapadającego wieczora były wszystkim, co było nam potrzebne do szczęścia.
\