Monday, December 7, 2009

Angielskie kościoły

Dzisiejsza niedziela upływa na wizycie w Catholic Chaplaincy, czyli duszpasterstwie akademickim. Miejsce rozczarowuje: kościół to mała hala, pusto strasznie, z sufitu zwisają reflektory, zamiast prezbiterium jest podwyższenie dla księży i ołtarza, które wygląda jak kilka palet przykrytych dywanem. Obrazy „zdobiące” wnętrze też są „nietypowe” – ani to ekspresjonizm, ani realizm…Sama liturgia co najwyżej taka sobie, broni się jedynie kazanie szkockiego księdza…Co więcej, w ogłoszeniach parafialnych oznajmiono, że sala w najbliższy piątek zamienia się (nie pierwszy raz) w taneczny parkiet. Ach, jak ci zmyślni Anglicy potrafią wydajnie zarządzać swoimi zasobami! Może jeszcze urządzić ryneczek w sobotę, wieczorami ławki zamienić na stoliki i otworzyć kawiarnię, a w tygodniu nalać wody i otworzyć kąpielisko…W tym jednak i tak przoduje kościół Anglikański, który niepotrzebne (bo opustoszałe) kościoły wyprzedaje jako rozparcelowane apartamenty albo zamienia w biblioteki, galerie czy restauracje, kluby czy mieszkania:












źródło: www.apartmenttherapy.com


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po mszy tradycyjnie miał miejsce obiad dla części studentów: jest tu mianowicie taka tradycja, że katolicy z poszczególnych college’ów są kolejno zapraszani na niedzielny lunch. Mieści się on w „the Old Palace”, który z zewnątrz i od środka wygląda na co najmniej kilkaset lat. W słynnej Sali Niebieskiej (Blue Room), wnętrzu godnym renesansowego pałacyku, jemy i rozprawiamy: o nawróceniu się Anglikanów – tradycjonalistów, o liturgii we Francji, o spuściźnie religijnej Oxfordu. Słyszę potwierdzenie tego, co już spostrzegłem – Oxford jest bodaj najbardziej katolickim miastem w Anglii. 

Oxford by night

Każde miasto ma charakterystyczne elementy, które tworzą jego tożsamość i nastrój. Poznań to urocze kafejki w zaułkach Starego Rynku, Kraków – oddech historii miedzy Wawelem a teatrem Słowackiego oraz zapiekanki u Endziora, te najlepsze w mieście. Londyn – tłumy czarne taksówki i czerwone piętrowe autobusy, ogrom historii i możliwości.

A Oxford? Oprócz budowli college’ów, które uosabiają swoim wyglądem minioną epokę, są jeszcze rowery. Całe mnóstwo rowerów – w centrum jest ich nieporównywalnie więcej niż samochodów. Miejsc do ich przypięcia jest mało, więc często widzi się je przymocowane do barierek pionowo albo oparte o mur. Prawdziwa magia pojawia się jednak dopiero o zmroku – każdy rower zmienia się wtedy w białego świetlika, a ulica w ruchliwy ul. Światełka przecinają ciemności, rozjeżdżają się i krzyżują, pojawiają się nowe, a inne gasną w oddal. A za tymi światełkami – ludzie: twarze schowane pod zimową czapką albo koroną rozwianych włosów, płaszcz, który unosi się delikatnie, kiedy mkną naprzód przez High Street, spodnie spięte odblaskową obręczą, żeby nogawki nie wkręcały się w łańcuch. I ja przez chwilę jestem częścią tego korowodu, ale zatrzymuję się, spinam rower i idę do budki Hassan’a na kebab, ten najlepszy w mieście.


źródło: www.williams.edu

Wednesday, December 2, 2009

Adwent w Oxfordzie

Piątek, procesja świateł na Broad Street

Przez wąskie okno na szczycie wieży college’u spoglądałem w dół na przesuwające się przez ciemny tłum jaśniejące postacie. Lśniące bielą anioły, gwiazdy, a nawet niewielki kościół – wszystkie zmierzały powoli w kierunku zamku w Oxfordzie.










Pod zamkiem rozłożyła się namiastka świątecznego jarmarku – trzy stragany sprzedawały słodycze i grzane wino. Obok stał stały element Oxfordzkiego krajobrazu, wagonik z kebabem. W tle natomiast rozbrzmiewał najbardziej oklepany popowy przebój świąteczny, czyli „Last Christmas” (http://www.youtube.com/watch?v=3354flS1KJs )

Sobota, nieszpory u Dominikanów

Wedle tradycji żydowskiej, dzień zaczyna się o zmroku dnia poprzedniego. Właśnie dlatego obchodzimy Wigilię (czyli poprzedzający wieczór) 24 grudnia, kiedy dzień Bożego Narodzenia wypada 25ego. Z tego samego powodu pierwsza niedziela Adwentu zaczyna się w sobotę wieczorem. Uroczystymi nieszporami.


Mój adwentowy entuzjazm przygasił trochę Luke, który zauważył, ze Adwent to czas pokuty. Ale w drodze do domu i tak nuciłem pod nosem radosne melodie kolęd.

Niedziela, kolędowanie w kaplicy

Siedzę na schodach i w milczeniu patrzę na zapełniającą się kaplicę. Wiele osób stoi przed wejściem, bo ciasne ławki są już pozajmowane, a na ziemi siadać nie wolno. W słabym świetle ledwie dostrzegam drugi koniec pomieszczenia, gdzie w drzwiach ustawia się już równymi rzędami chór.

Pieśń na wejście to tradycyjne „Veni veni Emmanuel”, utwór adwentowy z  XII/XIII wieku (http://www.youtube.com/watch?v=XNJ_Kr5VK-g&feature=PlayList&p=74591193BAB16701&playnext=1&playnext_from=PL&index=49). Przy każdym „Gaudet!” delikatnie rozbrzmiewa złoty dzwonek, które każdy mężczyzna w chórze trzyma w prawej dłoni. 

Słucham czytań, które w przyśpieszonym trybie prowadzą nas przez historię narodzin Jezusa, od Zwiastowania do pasterzy w stajence, i przyglądam się zebranym ludziom. To miłe widzieć tyle znajomych twarzy wśród chórzystów i pozostałych zebranych. Zdaje się jednak, że dla ogromnej większości jest to zdarzenie czysto kulturalne, ot, okazja do pośpiewania. Ale jest co śpiewać – oprócz kolęd angielskich (In the Break Midwinter [http://www.youtube.com/watch?v=xRobryliBLQ] czy Hark! the herald angels sing! [http://www.youtube.com/watch?v=iWlgDARDPzo]) są też takie, które znam w rodzimej (lub łacińskiej) wersji: Adeste Fideles (http://www.youtube.com/watch?v=37IY4NU5HMw) czy piękne antyfony.



Ale to nie koniec świętowania: po uczcie dla (d)ucha przyszedł czas na ucztę dla ciała, czyli nieprawdopodobnie smaczne, ciepłe „mince pies” oraz porto…


źródło: Wikipedia